sobota, 26 grudnia 2015

JEDEN. Wszyscy zachowują się dziwnie.

Złota drachma poszybowała w górę. Leciała i leciała, a ja śledziłam jej ruch, choć odbite przez nią światło słoneczne oślepiało i powodowało straszny ból oczu. Musiałam zobaczyć. Musiałam.
W momencie kulminacyjnym swojego lotu na moment zawisła nieruchomo w powietrzu, a ja usiłowałam dojrzeć, co przedstawia jej awers. Patrzyłam jednak pod słońce, więc moneta była jedynie ciemną plamką na tle tarczy słonecznej. Potem moneta zaczęła spadać, zdecydowanie szybciej niż leciała do góry. Upadła na posadzkę z metalicznym brzdękiem i wirowała nie mogąc się zdecydować, na którą stronę upaść.
W napięciu przyglądałam się jak zwalnia, zatacza coraz szersze kręgi. Jeszcze chwila i zobaczę… Jeszcze moment i dowiem się…
Usiadłam gwałtownie na łóżku, zastanawiając się, co mnie obudziło. Znów miałam ten sen. I znowu nie dowiedziałam się, jak upadała moneta. Nie wiedziałam, czemu ta informacja była dla mnie tak istotna. A była istotna. Herosom nic nie śni się ot tak.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu zegarka, ale go nie potrafiłam znaleźć. Wstałam więc i wyszłam przed domek Hermesa. Nie zdążyłam nawet zejść z wycieraczki, kiedy usłyszałam ryk. To chyba on mnie obudził poprzednio. Wróciłam się do domku i szybko chwyciłam miecz, który obecnie przybrał postać spinki do włosów kształcie morskich fal. Zapięłam ją szybko i miecz urósł do swoich oryginalnych rozmiarów. Obróciłam się, by wybiec z domku i wpadłam wprost na Luke'a.
- Dokąd to, mała?
- Sam jesteś mały! – warknęłam. – Nie słyszałeś? – dodałam łagodniej, bo w gruncie rzeczy go lubiłam. No dobra, bardzo go lubiłam. Jakby nie było, był moim przyjacielem. W sumie jedynym.
- Nie – odparł, ale nie do końca mu uwierzyłam. Zwłaszcza, że po chwili dźwięk rozległ się ponownie.
- Jasne – sarknęłam. – Tego też pewnie nie słyszałeś? Muszę to sprawdzić. – Odepchnęłam go i wyszłam przed domek.
- Alex, poczekaj! – zawołał i wybiegł za mną. – Cokolwiek to jest, nie wejdzie do Obozu. Idź lepiej spać.
- Co ty mówisz? – Z wrażenia aż się zatrzymałam. – Powinniśmy przynajmniej sprawdzić co to…
- Mówię poważnie, Alex. Idź spać.
Nie cierpiałam, kiedy to robił. Nie cierpiałam, kiedy korzystał z dzielącej nas różnicy wieku i jego pozycji grupowego naszego domku. Hej, byliśmy przyjaciółmi, tak? A ja górowałam nad nim doświadczeniem, tak? A mimo to miał prawo odesłać mnie teraz do łóżka. To nie było fair.
Obróciłam się na pięcie i bez słowa ruszyłam z powrotem w kierunku domku numer jedenaście.
- Tylko bez żadnych numerów, jasne? – zawołał za mną.
- A ty nie wracasz? – Zatrzymałam się zdziwiona.
- Muszę coś załatwić – uciął i zniknął w ciemności otaczającej trawnik przed domkami.
Kusiło mnie, żeby jednak sprawdzić, co tak hałasowało, ale od dłuższej chwili panowała kompletna cisza. Z daleka widziałam, że w Wielkim Domu palą się światła, co oznaczało, że Chejron (albo chociaż pan D.) czuwa. Gdyby coś było nie tak, już postawiliby na nogi cały obóz (w każdym razie Chejron, reakcji dyrektora nie byłam taka pewna), wyglądało więc na to, że spokojnie mogę iść spać.
Wróciłam nieco niechętnie do łóżka, jednak bardzo długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiało mnie dziwne zachowanie Luke'a i tajemnicze ryki. W końcu postanowiłam, że zajmę się tym rano. Mimo to, kiedy zasnęłam, powoli już świtało.

***

Obudził mnie jak zwykle poranny harmider. Naciągnęłam poduszką na głowę i próbowałam ukraść Morfeuszowi jeszcze kilka drogocennym minut snu.
- Ludzie, dajcie spać! - jęknęłam, bo przez przypadek zerknęłam na zegarek, który poinformował mnie, że spałam trochę ponad godzinę.
Zza ściany dobiegały dźwięki bitwy na poduszki. Najbardziej było słychać braci Hood – nastoletnich synów Hermesa, czyli prawowitych mieszkańców domku numer jedenaście.
Wiele bym dała, by mój boski rodzic wreszcie się do mnie przyznał. Co jak co, ale dwunasty rok spędzony w zatłoczonym domku Hermesa potrafi dać w kość. Nie mam nic do innych obozowiczów zamieszkujących go, czy to na stałe, czy to tylko chwilowo, ale, bogowie, w końcu któryś z was mógłby się do mnie przyznać!
Nieopodal mojego łóżka coś wybuchło, niemal rozsadzając mi bębenki. Wściekła zerwałam się z łóżka.
- Który chce być dziś moim manekinem?! – wrzasnęłam, a mój wzrok padł na uśmiechniętego Connora.
- Wybacz.  - Posłał mi uśmiech aniołka, jednak nie dałam się na to nabrać. – Eksperyment się nie udał.
- Nie uda to ci się dziś poskładać do kupy po ćwiczeniach – warknęłam, czując jak rodzący się ból głowy powoli zaczyna rozsadzać mi zatoki. – Która godzina? – zapytałam retorycznie, bo przed nosem miałam zegar. Nie czekając na odpowiedź, chwyciłam kosmetyczkę i pognałam do łazienki. Miałam trochę ponad pół godziny żeby się ogarnąć i zjeść śniadanie.
Umyłam szybko zęby i wzięłam błyskawiczny prysznic. Kiedy pędziłam na jadalnię nagle na kogoś wpadłam. Na kogoś bardzo futrzastego.
- Grover! – zwołałam, chwytając go mocno za ramię, bo w innym wypadku wylądowałabym na ziemi. – Wróciłeś!
- No, jak widać. – Uśmiechnął się szeroko. – Nic się nie zmieniłaś… Prawie.
- A twoje rogi są coraz większe – odparłam, choć nadal nie dało się ich dostrzec.
- Naprawdę? – Mimowolnie pomacał się po czole. Grover był młodym satyrem i ze zniecierpliwieniem oczekiwał momentu, w którym jego rogi staną się widoczne. – Też tak mi się wydawało… Myślisz, że niedługo będą widoczniejsze?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zapytałam:
- Kiedy wróciłeś?
- W nocy. – Obejrzał się nerwowo, jakby się czegoś obawiał.
- W nocy? – powtórzyłam jak echo. – Więc może wiesz, co tak hałasowało. Obudziły mnie jakieś ryki.
- Ja, eee… - zaczął się jąkać. – Wiesz, właśnie sobie przypomniałem…
- Grover! – zawołałam, bo widziałam, że chce zwiać bez odpowiedzi, co samo w sobie było już mocno podejrzane.
- Bo widzisz, Chejron prosił mnie bym… No wiesz, jak on o coś prosi…
- Grover! – nadałam mojemu głosowi najstraszniejszy ton, na jaki było mnie stać, jednak satyr już oddalał się w kierunku Wielkiego Domu.
Westchnęłam. Najwyraźniej nie chciał mi o czymś powiedzieć. I to nietypowe zachowanie Luke'a w nocy… Spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że mam kwadrans na zjedzenie śniadania, więc rzuciłam się biegiem w kierunku jadalni.
Z trudem znalazłam wolne miejsce przy stoliku Hermesa, zazdrośnie zerkając na puste stoły Zeusa, Hery, Artemidy i Posejdona. Zarówno Posejdon jak i Zeus, a także Hades, po II Wojnie Światowej przyrzekli, że nie będą się wiązać ze śmiertelnikami i jak na razie dochowywali przysięgi. Hera, jako bogini małżeństwa, zawsze pozostawała wierna Gromowładnemu, a Artemida ślubowała czystość. Z tego powodu zarówno domki, którym patronowali, jak i odpowiadające im stoły na jadalni były całkowicie puste. W przeciwieństwie do domku i stolika Hermesa.
Szybko połknęłam tosty i owsiankę, pragnąc jak najszybciej znaleźć się z dala od tego hałasu. Głowa bolała mnie coraz bardziej, ale zacisnęłam zęby i podeszłam do trójnogu, by złożyć bogom ofiarę składającą się z dwóch tostów i połowy kubka herbaty.
- Bogowie, przyjmijcie moją ofiarę – wyszeptałam i dodałam w myślach – „Nie chciałabym być upierdliwa, ale dwanaście lat w domku Hermesa… Wiecie o co chodzi, prawda?”
Westchnęłam i pobiegłam do domku, by przygotować się do zajęć. Od tylu lat wciąż ta sama prośba. Wciąż niewysłuchana.

***

Na zajęcia wpadłam spóźniona, w biegu nakładając zbroję. Obóz był bardzo rozległy, co w tej chwili przeklinałam z całej duszy. Wszyscy już ćwiczyli, podobierani w pary, a Chejron krążył dookoła nadzorując to wszystko i poprawiając ewentualne błędy.
Na mój widok rozejrzał się dookoła, by znaleźć mi jakiegoś przeciwnika.
- Ach, Alex. Kto późno przychodzi, ten…
- …sam sobie szkodzi – wysapałam. – Jakby co, mogę poznęcać się nad manekinem.
- Nie, dołączysz do Annabeth i Clarisse.
- Coo?! – jęknęłam. 
Wszystko, tylko nie one. Każda z osobna jest w porządku, ale obie naraz? Żadna mnie nie znosiła, a na dodatek nie znosiły siebie wzajemnie. Efekt? Całe to „nieznoszenie” kumulowało się na mnie. Mało przyjemny początek dnia.
- Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi. – Uśmiechnął się Chejron i dałabym sobie rękę uciąć, że skazanie mnie na obecność córek Ateny i Aresa sprawiało mu złośliwą przyjemność.
Odszukałam wzrokiem moje rywalki i ruszyłam w ich kierunku. Clarisse walczyła długą włócznia, a Annabeth jednoręcznym mieczem. Powietrze między nimi było aż naelektryzowane, a ostrza krzesały iskry.
- Wchodzę! – zawołałam i skoczyłam między nie, odbijając cios Annabeth, który miał ugodzić Clarisse w kolano, a jednoczenie wymijając ostrze włóczni tej ostatniej.
- Spadaj, smarkulo! Tu się walczy! – warknęła córka Aresa, próbując mnie odepchnąć, jednak zrobiłam unik i pacnęła w ramię Annabeth. Ta zareagowała odruchowo i machnęła mieczem na odlew. Kucnęłam, by nie oberwać ostrzem w głowę, a grot włóczni zarył pod moimi nogami. – Won, powiedziałam!
- Polecenie Chejrona – odkrzyknęłam tylko.
Choć obie się nie znosiły (delikatnie powiedziane), teraz wspólnie robiły wszystko, by mnie rozbroić. I szło im całkiem nieźle, szczerze powiedziawszy. Ale „nieźle” to za mało, gdy ma się do czynienia z kimś, kto ćwiczy szermierkę od prawie dziesięciu lat. Nauczyłam się trzymać miecz, jeszcze zanim opanowałam wiązanie butów i liczenie do dziesięciu.
Clarisse zamachnęła się włócznią, jednak cios, który miał mnie przyszpilić do ziemi, trafił w pustkę i włócznia wbiła się w trawnik, unieruchamiając na chwilę dziewczynę. Chciałam podciąć ją płazem miecza, by ostatecznie ją rozbroić, jednak najpierw musiałam odeprzeć gwałtowny atak Annabeth. Cofałam się przed jej szybkimi sztychami, aż w końcu upadłam na ziemię. Odturlałam się na bok, a ostrze miecza spadło tuż przed nosem podnoszącej się właśnie Clarisse, odcinając jej kosmyk włosów, które wymknęły się z kucyka. Córka Aresa wrzasnęła dziko i rzuciła się na Annabeth, a ja w tym czasie podniosłam się z ziemi, uśmiechając się pod nosem. Ten fortel zawsze działał, a one zawsze się na niego nabierały.
- Alex, nie obijaj się! – zawołał Chejron, widząc, że jedynie przyglądam się walce.
- Same się wykończą, po co się przemęczać? – odkrzyknęłam.
Dziewczyny jednak to usłyszały i przypomniały sobie, że to one miały mnie wykończyć mnie. Cóż, a było tak pięknie… Rzuciły się na mnie obie. Clarisse ze wściekłością, Annebeth z chłodną rozwagą. Odbiłam sztych córki Ateny, zrobiłam piruet, zakręciłam mieczem, a włócznia Clarisse zboczyła z kursu i zamiast trafić mnie w pierś, ugodziła Annabeth w lewy bok. Dziewczyna gwałtownie wypuściła powietrze i padła na kolana. Gdyby nie pancerz, już miałaby połamane żebra. Clarisse nie grzeszyła delikatnością.
Annabeth miałam z głowy, ale zaistniał inny problem. Odbijając cios włóczni, straciłam miecz, który leżał teraz dobrych kilka metrów od pola walki. A Clarisse już pędziła na mnie wściekła, unosząc broń do ciosu. Myśląc więc gorączkowo, zrobiłam unik i padłam na ziemię. Cios chybił, ale moja przeciwniczka wpadła na mnie z impetem, boleśnie przygniatając do ziemi. Włócznia wypadła jej z ręki, więc rzuciła się na mnie z pięściami. Chwyciłam ją za nadgarstki, jednak w walce wręcz miała dość spore szanse mnie pokonać. No dobra, to ja miałam nikłe szanse wygrać.
- Dość! – Nad nami pojawił się Chejron, a kiedy Clarisse nie usłuchała, chwycił ją za ramię i oderwał ją ode mnie. – Wystarczy, dziewczyny. Annabeth, wszystko w porządku?
Dziewczyna skinęła głową, a centaur spojrzał na Clarisse. Ta jednak tylko łypała na mnie gniewnie.
- Bardzo dobrze, Alex – pochwalił mnie Chejron. – Tylko następnym razem postaraj się nie wykorzystywać nieporozumień między przeciwniczkami do osiągnięcia sukcesu, dobrze?
- To było silniejsze ode mnie. – Wyszczerzyłam się.
- Sukcesu?! – wysyczała w tym momencie Clarisse. – Zgniotłabym ją jak robaka! Jednym palcem!
- Tego właśnie próbowałem uniknąć. – Uśmiechnął się Chejron. – Proponuję małą zamianę. Annabeth, myślę, że powinnaś pójść już do Wielkiego Domu. – Spojrzał na nią znacząco, jakby mieli jakiś wspólny sekret
- Jasne, już idę. – Skinęła głową w sposób, który upewnił mnie, że o czymś nie wiem. O czymś istotnym. Ale co tam. W końcu jestem tylko obozowiczką z najdłuższym stażem. Nikt nie miał więcej pamiątkowych koralików niż ja. 
- Clarisse, ochłoń trochę przy manekinach, a ty Alex, chodź ze mną.
Córka Aresa odmaszerowała w kierunku manekinów, a ja posłusznie podążyłam za centaurem. Kiedy odeszliśmy od areny dobrych kilkaset metrów, a centaur nadal milczał, zapytałam:
- Coś się stało?
- Luke wspominał mi, że wybierałaś się gdzieś w nocy… - zaczął Chejron.
- Słyszałam jakieś porykiwania – wyjaśniłam. – Chciałam to sprawdzić, ale Luke kazał mi wracać do łóżka. – Skrzywiłam się na to wspomnienie.
Nienawidzę, kiedy ludzie traktują mnie jak małe dziecko. No dobra, mam dwanaście lat, ale nie jestem dzieckiem, jasne? Jestem herosem. A heros to nie dziecko. Herosi nie mają dzieciństwa.
- Przed bramą był Minotaur – wtrącił Chejron.
Zatrzymałam się oszołomiona.
- Jak to? W nocy? Dziś w nocy?
Skinął głową.
- Czemu nikt nie wszczął alarmu?
- Bo zanim się o tym dowiedzieliśmy, był już martwy – odparł.
- Martwy?
- Mamy nowego obozowicza – dodał mimochodem Chejron, pozornie z zupełnie innej beczki.
No tak. Dopiero teraz dotarło do mnie, co oznaczał powrót Grovera, który zniknął kilka miesięcy temu, bo wpadł na trop jakiegoś dziecka półkrwi.
- Musi być potężny skoro osobiście musiałeś mieć na niego oko. – Skojarzyłam kolejne fakty, a Chejron jedynie znów pokiwał głową, ciężko zamyślony. Przez ostatnie miesiące bywał w Obozie sporadycznie. Oficjalnie załatwiał sprawy Olimpu, ale tajemnicą poliszynela było, że chodzi o nowego herosa. Najwidoczniej ów heros właśnie dotarł na miejsce. – Super, w domku już zupełnie nie będzie miejsca – mruknęłam, kiedy nie doczekałam się innej reakcji ze strony centaura.
Znaczna cześć nowych obozowiczów była nieokreślona, to znaczy, że ich boscy rodzice jeszcze się do nich nie przyznali. Czasem nie mieli na to ochoty, czasem było to dla nich niezręczne, a czasem po prostu zapominali. Przypominali sobie zazwyczaj wtedy, kiedy ich śmiertelne dziecko dokonywało czegoś wielkiego, prawie przy tym ginąc.
W każdym razie, wszyscy ci nieokreśleni trafiali do domku Hermesa, który jako patron wędrowców (między innymi, bo wielu kojarzy go raczej z bogiem złodziei, ale jego dzieci nie bardzo lubią, gdy się o tym wspomina), chętnie brał ich w opiekę, że tak powiem. A ponieważ każdego roku przybywało kilku nowych obozowiczów… Cóż, w domku jedenastym zawsze panował spory ruch.
- Sam pokonał Minotaura. Bez przeszkolenia – zaznaczył Chejron, jakby to mogło usprawiedliwić nowego.
- Wow, gratulacje, ale przez to nie będzie zajmować mniej miejsca – sarknęłam.
- Dochodzi do siebie w Wielkim Domu, wciąż się nie obudził – wyjaśnił Chejron, a ja teatralnie odetchnęłam z ulgą.
- Uff, będzie jeszcze czym oddychać przez parę dni. Tak na marginesie, co jest w nim takiego wyjątkowego, że mi o nim mówisz? Zazwyczaj nie informujesz wszystkich personalnie o przybyciu nowego obozowicza…
Chejron uśmiechnął się tajemniczo lecz nic nie odpowiedział.
- Niedługo zaczyna się obiad – zauważył po chwili milczenia. – Nie ma sensu wracać na arenę.
- Chejronie, zwolnij mnie z popołudniowych zajęć – poprosiłam nagle. Po obiedzie teoretycznie miałam zajęcia z łucznictwa, które mogłam opuścić bez żalu. Dzieci Apolla uwielbiają przechwalać się swoją celnością. Nie miałam dziś na to ochoty. Ten bóg miał do mnie chyba jakiś osobisty uraz. 
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? – zapytał, nagle zatroskany.
Pomyślałam o moim dzisiejszym śnie, ale pokręciłam głową.
- Nie, po prostu potrzebuję chwili dla siebie. 
Nie pytał, skinął jedynie przyzwalająco głową, a ja pobiegłam do domku, by przebrać się na obiad.

***

Z jadalni poszłam prosto nad zatokę. Musiałam pomyśleć. A to oznaczało kąpiel.
Odkąd pamiętam moim żywiołem była woda. W wodzie najlepiej mi się rozmyślało, woda dodawała mi energii. Kiedy byłam zmęczona, wystarczyło, że przepłynęłam kilkaset metrów, a czułam się jak nowonarodzona. Czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem moim rodzicem nie było jakieś pomniejsze wodne bóstwo... Tak, czy siak, nie kwapiło się, by się do mnie przyznać.
Tym razem nawet się nie zatrzymałam, by przebrać się w strój kąpielowy. Tak jak stałam, ruszyłam pędem w dół zbocza, bosymi stopami odbiłam się od brzegu pomostu i w krótkich spodenkach oraz bluzce na ramiączkach wskoczyłam na główkę do wody. Przez krótki jak mgnienie oka moment, nim przebiłam wyjątkowo dziś spokojną taflę zatoki, widziałam w niej swoje odbicie. Opalona skóra, lekko umięśnione ramiona i spięte na karku w niedbały kok ciemne włosy. Potem zanurzyłam się w wodach zatoki.
Od razu poczułam ulgę. Opadło ze mnie całe zmęczenie, myśli się rozjaśniły. Przepłynęłam pod wodą kilkaset metrów, nim musiałam się wynurzyć, by zaczerpnąć oddechu. Brzeg majaczył się spory kawałek dalej, ale nie martwiłam się tym. Umiałam doskonale pływać, niemalże od urodzenia. A w wodzie jeszcze nigdy nie spotkała mnie żadna krzywda.
Zaczerpnęłam powietrza i zanurkowałam. Nieopodal zauważyłam dwie nereidy – wodne nifmy – które szeptały coś do siebie, wskazując na mnie. Pomachałam im, ale nie zwróciły na mnie uwagi. Zawsze zachowywały dystans, choć nie uciekały jak na widok innych obozowiczów. Może nawet mnie, czy ja wiem, lubiły?
Nereidy szybko straciły zainteresowanie moją osobą i odpłynęły w kierunku ujścia strumieniu Zefira. Położyłam się na plecach na powierzchni wody i lekko sterując ruchami dłoni dryfowałam sobie kilkaset metrów od brzegu. Pierwszą sprawą, którą musiałam przemyśleć był Luke. Może mi się wydawało, ale dziś w nocy zachowywał się inaczej niż zwykle. Zazwyczaj on pierwszy rzuciłby pomysł, żeby sprawdzić, co jest nie halo. Ale tym razem…
Znałam go od pięciu lat. Kiedy przybył do Obozu miałam zaledwie siedem lat, on z kolei czternaście. Nie przeszkodziło mi to w daniu mu niezłego łupnia na pierwszych zajęciach z szermierki, choć przyznaję, nie był kompletnym nowicjuszem. Razem z nim do Obozu przybyła Annabeth, wówczas podobnie jak ja siedmioletnia i Thalia, której jednak nie udało się dotrzeć do bramy. Tuż przed nią poświęciła życie, by ratować przyjaciół, a bogowie zmienili ją w sosnę, która strzegła teraz granic Obozu.
Annabeth za mną nie przepadała, nie wiem dlaczego. No dobra, wiem. Najzwyczajniej w świecie jest ogromną fanką Luke'a. Opiekował się nią przez dość długi okres i, gdyby mogła, założyłaby jego fanklub. W związku z powyższym, nie w smak jej, że Luke mnie lubi. To głupio brzmi, ale jest o niego zazdrosna, choć nie ma o co… Hej, hej, jesteśmy przyjaciółmi, jasne? Ludzie kochani, on ma dziewiętnaście lat. A ja dwanaście. Nie trzeba być dzieckiem Ateny, żeby policzyć, że to siedem lat różnicy. A ona się czepia, w zasadzie nie wiadomo o co. Z Lukiem łączy mnie ten specyficzny rodzaj przyjaźni, który polega na tym, że jesteśmy dla siebie totalnie wredni, ale wiemy, że jakby co możemy sobie całkowicie ufać, że ta druga osoba nie wyśmieje naszych problemów, kiedy naprawdę będziemy potrzebować pomocy.
Słońce przygrzewało dość mocno, więc czułam jak moja skóra, a przynajmniej ta jej część, która wystawała ponad wodę, zaczyna wysychać. Zanurzyłam się więc ponownie i przepłynęłam kilkadziesiąt metrów, zbliżając się do brzegu. Ponownie położyłam się na plecach, by poleniuchować do czasu, gdy słońce znów da mi w kość.
Drugą sprawą, która nie dawała mi spokoju był dziwny sen. Śnił mi się w kółko od dobrych kilku dni. Czasem w całości, czasem fragmentami. Szczegóły różniły się, ale niezależnie od tego, czy wpatrywałam się w złotą drachmę, czy też w amerykański cent, nigdy nie udało mi się zobaczyć awersu (ani też rewersu) monety. Teoretycznie, wiedziałam co każda z tych monet ma wygrawerowane z obu stron. Ale równocześnie wiedziałam, że moneta ze snu, nie była zwykłą monetą. Nie mogła być zwykła.
Sny herosów zawsze niosą ze sobą pewną symbolikę. Kojarzycie Morfeusza, prawda? To taki bóg, który zajmuje się snami. Czasem potrafi być naprawdę wredny, jak na przykład ta moja moneta. Śmiertelnicy mogą sobie śnić o czym chcą, ale dla herosów ma przygotowany specjalny repertuar.
W końcu zadecydowałam, że jednak opowiem Chejronowi o moim śnie. Istniała możliwość, że to coś ważnego.
Chciałam zanurkować i tym razem trochę popływać, bo skóra znów mi nieprzyjemnie wyschła, ale usłyszałam, że ktoś mnie woła z brzegu. O wilku mowa!
Na plaży stał Luke i czekał aż do niego podpłynę. Po kilku energicznych pociągnięciach ramion standardowo zaszorowałam kolanem o brzeg. Wstałam, krzywiąc się lekko i wykręciłam włosy tuż pod nogi chłopaka.
- Hej, uważaj, maleńka! – zwołał, gdy woda prysnęła mu na sandały.
- Z cukru nie jesteś – odparłam. – I przestań z tą „maleńką”, bo to się robi wkurzające - poprosiłam.
- Siła przyzwyczajenia. Faktycznie zdążyłaś trochę urosnąć w międzyczasie. – Uśmiechnął się. Po chwili jednak spoważniał. – Wszystko ok?
- Jesteś już drugą osobą, która dziś o to pyta – westchnęłam.
- Bo wyglądasz na, bo ja wiem, zatroskaną?
- Nie spałam dziś najlepiej – odparłam zgodnie z prawdą.
- I nie było cię na zajęciach z łucznictwa – kontynuował.
- Nie miałam ochoty patrzeć, jak dzieciaki od Apollina puszą się po każdym strzale. Po dwunastu latach to zaczyna się robić nudne – mruknęłam. – A na serio, to musiałam przemyśleć parę spraw.
- Jakich? – zainteresował się.
Chwilę się wahałam, czy nie skłamać, ale w końcu stwierdziłam, że powiem mu prawdę. Nie lubiłam, kiedy między nami było coś nie tak.
- Zastanawiało mnie, dlaczego w nocy… Dokąd wtedy poszedłeś?
- Pod bramę obozu – odparł prosto. – Chciałem sprawdzić, co tak hałasowało.
- Pod… Co?! – zawołałam. – Ale przecież…
- Wiem, nie podoba ci się, że odesłałem cię do łóżka. – Podniósł do góry ręce w obronnym geście, bo musiałam w tym momencie wyglądać jak wściekła Erynia. – Ale zrozum, ja po prostu… - zmieszał się lekko. – Ja się o ciebie martwiłem.
- Martwiłeś się – powtórzyłam.
- Nie chciałem, żeby stała ci się krzywda. Wiesz, nie wiadomo było, co to za stwór…
Cisnął mi się na usta komentarz, że nie jestem małym dzieckiem, i że potrafię sobie poradzić z potworem, ale jego troska była jakaś taka… miła.
- To był tylko Minotaur – stwierdziłam w końcu. – Ale dzięki za troskę. – Uśmiechnęłam się i nagle poczułam, że zrobiło się zimno. Wciąż miałam na sobie ociekające wodą rzeczy, więc mimowolnie zadrżałam.
- Zimno ci – zauważył natychmiast Luke i okrył mnie swoją kurtką, która była spokojnie o dwa rozmiary na mnie za duża.
- Jakoś tak się ochłodziło – zgodziłam się, wsuwając ręce w rękawy i opatulając się nią szczelnie. Brzeg kurtki sięgał mi niemal do kolan.
- Nic dziwnego, zmierzcha. Przegapiałaś kolację, księżniczko.
To było kolejne określenie, którego nie znosiłam, ale tym razem puściłam to mimo uszu.
- Żartujesz… - Jednak, kiedy spojrzałam na niebo, musiałam przyznać mu rację. Słońce powoli zachodziło, a mnie zaburczało w brzuchu. – Cóż, do śniadania tylko parę godzin - mruknęłam, a przed moim nosem pojawiła się gruba pajda chleba z pasztetem.
- Co się mówi? – Luke cofnął rękę, gdy sięgnęłam po kanapkę.
- Mam nadzieję, że nie jest drobiowy – odparłam przekornie, po czym dźgnęłam go w brzuch i odebrałam kanapkę.
- O ty, świnio! – zawołał i próbował się odwdzięczyć tym samym, ale zdążyłam odskoczyć. – Zemszczę się, obiecuję!
- Też cię kocham, Luke! – Wyszczerzyłam się i wgryzłam w kanapkę. Wydawało mi się, że chłopak na chwilę skamieniał, jakby oszołomiony, jednak trwało to tylko sekundę, bo zaraz ponownie rzucił się za mną w pogoń, odgrażając się:
- Już nic nigdy nie zwinę dla ciebie ze stołówki!
I tak mu nie uwierzyłam, a uciekłam tylko dlatego, że damska toaleta była całkiem niedaleko.
__________
Tekst już nieco przestarzały, ale nie brzmi źle. Czy jakiś heros tu zabłądził? Alex się nudzi i chciałaby komuś sprać tyłek. Annabeth jest zajęta, Clarisse leczy urażoną dumę, a Minotaur już jest martwy. To co? Jacyś chętni?
Ewentualne kandydatury proszę zgłaszać w komentarzach ;)