sobota, 18 kwietnia 2020

TRZY. Mam ochotę zabić centaura i wkurzam boga wina, a to wszystko przez…

Jednocentówka zataczała kręgi na kamiennej posadzce. Kiedy podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć, już ledwie drgała. Podniosłam ją z podłogi i uniosłam na wysokość oczu, a w tym momencie moneta zmieniła się w lustro. Nie, to nadal była moneta, jednak awers przedstawiał… moją twarz? Zaskoczona tym widokiem, nieomalże zapomniałabym o rewersie, kiedy więc zreflektowałam się i odwróciłam monetę...
- Księżniczko, obudź się!
- Luke, zamorduję cię kiedyś… - mruknęłam gniewnie, niechętnie otwierając oczy. - Naprawdę cię kiedyś zamorduję.
- A co, śniło ci się coś przyjemnego? - Usiadł na skraju mojego łóżka, przy okazji zgniatając mi stopę.
- Tsa, właśnie wyrwałeś mnie z objęć największego ciacha na Long Island – skłamałam, wywracając oczami. 
- Czyli co? Śniłem ci się? - Poruszył śmiesznie brwiami.
Jego pewność siebie była irytująca, ale niestety miał do tego podstawy. Wzdychała do niego praktycznie cała żeńska część obozu. Nie wyłączając paru driad i nimf wodnych.
- Chciałbyś! - prychnęłam. - Która godzina?
- Zdecydowanie zbyt późna, znowu przegapiłaś posiłek – poinformował mnie, podając mi talerz z kanapkami. - Ale ponieważ chyba nawet cię lubię, postanowiłem cię nakarmić.
- Bogowie! - westchnęłam, sięgając po pierwszą z brzegu. - Co ja bym bez ciebie zrobiła? - wymamrotałam z ustami pełnymi chleba, sypiąc na pościel okruszkami.
- Zginęłabyś marnie – zaśmiał się Luke, ponownie czochrając moje włosy. W odpowiedzi dźgnęłam go w bok. - Hej, bo następnym razem, będziesz głodować!
- Akurat, za bardzo mnie lubisz. – Pokazałam mu język i szybko wrzuciłam do ust ostatnią kanapkę. - Dobra, możesz mi przypomnieć, na jakie zajęcia się właśnie znowu spóźniam?
- Na żadne, Chejron cię szuka, ma dla ciebie jakieś zadanie – odpowiedział mi Luke, wstając i odebrał ode mnie pusty talerz. - Lepiej się pośpiesz, czeka na ciebie przy strzelnicy.
- Okej, już lecę. – Wyskoczyłam z łóżka i szybko pozbierałam swoje rzeczy. Luke czekał na mnie przy wyjściu. - A ty nie idziesz?
- Mam zajęcia nad jeziorem. Uważaj na siebie, maleńka – mruknął, po raz kolejny niszcząc moją, i tak przypominającą pewnie stóg siana, fryzurę.
- Zginiesz wkrótce, Luke! - zagroziłam mu jeszcze, nim pomknęłam na spotkanie z centaurem.

***

- Patrolować granicę? - Wybałuszyłam oczy, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze usłyszałam.
- Tak, właśnie o to cię proszę, Alex – potwierdził Chejron nieco już znużonym tonem, bo upewniałam się o to chyba już piąty raz. - Zdaje się, że wspominałaś ostatnio, że ci się nudzi, prawda? - Rzucił na mnie okiem, w końcu odrywając wzrok od cięciwy, z którą mocował się od jakiegoś czasu.
Owszem, wspominałam. Jakieś pół roku temu. Kiedy w Obozie było siedem dzieciaków i, prócz dorocznej wycieczki na Olimp w przesilenie zimowe, nic się nie działo. Obecnie, dreptanie przez parę dni wzdłuż bariery ochronnej Obozu, za towarzystwo mając jedynie nimfy leśne (które są, nawiasem mówiąc, dość irytującymi istotami) zdecydowanie zaliczało się do zajęć z grupy nudniejszych.
- Mam wrażenie, że chcesz się mnie pozbyć – mruknęłam cicho, jednak nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Tak naprawdę to nie była propozycja, a polecenie. Polecenie, które jakoś dziwnie pachniało mi próbą izolacji mnie od reszty uczestników Obozu.
Chyba jestem przewrażliwiona.
- Alex, proszę. To tylko dwa dni. Trzech satyrów wyjechało i zanim dotrą kolejni na zastępstwo, ktoś musi pilnować bezpieczeństwa – wyjaśnił mi, chyba już trzeci raz. - Przecież dobrze wiesz, że żaden z uczestników nie zna Obozu tak dobrze, jak ty.
- ...więc jestem najlepsza do tego zadania, bardzo mi ufasz, doskonale się sprawdzę, to nie kara, a wyraz zaufania, jeszcze nigdy cię nie zawiodłam – wyrecytowałam jednym tchem jak mantrę, nawet nie próbując zgadnąć, którego tekstu mającego połechtać moje ego miał zamiar użyć tym razem. - Okej, zrozumiałam, jestem niezastąpiona – sarknęłam, wywracając oczami.
- Uważaj na siebie, Alex – zawołał jeszcze Chejron, nim galopem wrócił do prowadzenia zajęć z łucznictwa, zostawiając mnie samą na placu przed strzelnicą.
Westchnęłam ciężko i poszłam się spakować.

***

Kiedy wróciłam po bardzo nudnym, dwudniowym patrolu, podczas którego nic ciekawego się nie działo oraz wszystkie zabezpieczenia działały jak należy i żaden potwór nawet nie myślał o tym, by zbliżyć się do granic Obozu, wśród obozowiczów panowało niemałe poruszenie.
Poruszenie spowodowane było kilkoma czynnikami. Mianowicie, okazało się, że nowy zafundował Clarisse kąpiel w kiblu (w końcu umyła włosy, przynajmniej), co oczywiście było równoznaczne z tym, że może pożegnać się z życiem. Ewentualnie ze świętym spokojem, jeśli umie się obronić przed jej gniewem i będzie cierpliwie znosił jej próby wydrapania oczu. W każdym razie – życzę powodzenia.
Drugim powodem była zbliżająca się wielkimi krokami bitwa o sztandar. Miała się rozegrać w piątek, więc wszyscy ćwiczyli z całych sił. Sojusze jeszcze nie były pewne, ale domek Hermesa sprzymierzył się z Ateną, choć kosztowało nas to trochę wyrzeczeń (szczerze powiedziawszy, muszę pogadać z Lukiem, czy wie coś na temat asertywności – szorowanie kibli przez miesiąc, naprawdę?). Z drugiej strony, bardzo zależało nam na przegranej domku Aresa (może nowy utopi Clarisse w strumyku? Warto pomarzyć).
Jeśli już o nowym mowa, to po obozie krążyły plotki jak nigdy. Zaczęłam zastanawiać się, kim jest ten chłopak, że wzbudza takie zainteresowanie. No dobra, na wstępie pokonał Minotaura, ale bądźmy szczerzy – omal przy tym nie zginął. Wśród herosów nie jest to powód do dumy.
Z tego co wiem, zdążył już zadomowić się w domku Hermesa, jednak jakoś nie miałam okazji się z nim spotkać (zgadnijmy, dlaczego… Hmm, patrol?). Owszem, gdzieś w kącie, owinięty szczelnie w śpiwór mignął mi róg Minotaura (herosi mają takie fetysze – „Ha, ha, ha, patrzcie mam róg, bo zabiłem Minotaura. Dobry jestem, nie?”), ale jego właściciela nie miałam okazji poznać. Z tego, co wiem, to Annabeth miała się nim zaopiekować.
Zaopiekować, dobre sobie. Heros, który potrzebuje opieki, to martwy heros.
Jak on w ogóle przeżył to spotkanie z Minotaurem?
Po powrocie z patrolu potrzebowałam długiej kąpieli, więc ominęły mnie poranne zajęcia ze wspinaczki, dzięki czemu uniknęłam pewnie kilku nowych poparzeń. Mimo to, byłam lekko nie w sosie i jakiś młodociany heros był ostatnią rzeczą, która zaprzątała moją głowę. Potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi się odstresować. Coś, na czym mogłabym wyładować targające mną negatywne emocje.
Mówiąc krótko – miałam ochotę spuścić komuś niezły łomot.
Na arenie było dość pusto, zajęcia poobiednie jeszcze się nie rozpoczęły. Zasadniczo trwał jeszcze obiad, ale jakoś nie miałam ochoty na posiłek. Doszłam do wniosku, że zjem coś potem i postanowiłam poćwiczyć.
Manekiny szybko mi się znudziły, a ludzie jeszcze się nie pozbierali, więc w końcu postanowiłam znaleźć sobie porządnych przeciwników. Rozejrzałam się lecz nie widziałam nikogo, kto dorównałby mi kroku, ale zauważyłam kogoś, kto winien był mi jedną walkę.
- Hood, czy to ciebie miałam ostatnio przerobić na mielonkę? – krzyknęłam, widząc kawałek dalej jednego z braci.
- Masz na myśli mnie, czy Connora? – odkrzyknął, podchodząc.
- Tego, który zrobił mi parę dni temu pobudkę – odparłam.
- A, to w takim razie Connor. – Próbował się oddalić, jednak jego brat pojawił się tuż obok i chwycił go za kołnierz.
- A ty dokąd? Zapomniałeś już, że ten genialny pomysł był twój?
- Mnie to wisi, któremu spiorę tyłek. – Wzruszyłam ramionami. – Zagrajcie w papier-kamień-nożyce, jak nie potraficie się zdecydować.
Spojrzeli na siebie i wyciągnęli przed siebie pięści.
- Remis! – zawołali po chwili jednocześnie i wyciągnęli miecze, uśmiechając się do siebie.
- Może być i tak… - mruknęłam, sięgając po swoją broń. – Teraz przynajmniej macie jakieś szanse.
Spinka kliknęła metalicznie, kiedy ją zapięłam i przybrała swój oryginalny rozmiar oraz kształt. Bracia przybrali bojowe pozycje, rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenie i zaatakowali mnie z dwóch stron jednocześnie.
Nie, wcale się tego nie spodziewałam.
Odparłam najpierw atak Connora z lewej strony, uchylając się jednocześnie przed ostrzem Travisa, po czym wyszłam z półobrotu krzyżując klingę z tym ostatnim. Connor zdążył już odzyskać równowagę i zaatakował mnie od tyłu, a ja zwinnym unikiem sprawiłam, że wpadł na brata.
- Postaralibyście się bardziej – prychnęłam, opierając dłoń na biodrze i prowokując ich do bardziej skomplikowanego ataku.
Bracia ponowie wymienili spojrzenia, nim jednak opracowali jakiś niewątpliwie sprytny plan, naszą pasjonującą walkę przerwał głos Luke'a.
- Okej, skoro już rozgrzaliście się przy manekinach lub żywych manekinach – posłał mi znaczące spojrzenie, które jak zwykle zignorowałam, gdy próbował wywołać u mnie poczucie winy – to poćwiczymy trochę w parach. Czy każdy ma parę? - zawołał, a na arenie zapanowało poruszenie, gdy ludzie zaczęli szukać sobie partnerów do walki.
Stałam spokojnie, bowiem było mi całkowicie wszystko jedno, z kim będę walczyć.
I tak nie miał szans. Chyba, że był Lukiem.
- Ja nie mam pary – mruknął nieznany mi chłopak (czyli najprawdopodobniej pogromca Minotaura), lekko zawstydzony, kiedy harmider na placu nieco ucichł.
- Spokojnie, Percy, możesz być ze mną – uspokoił go Luke, jak na grupowego przystało.
- Albo ze mną – zaofiarowałam się, bowiem uczenie nowego obozowicza podstaw szermierki wydawało mi się ciekawsze niż rozkładanie po raz enty na łopatki braci Hood. - Tamtych dwóch przerobię na mielonkę przy innej okazji. – Wskazałam głową synów Hermesa, którzy już oddalili się na bezpieczną odległość. Tchórze.
- Wolałbym aby pozostał jeszcze przez jakiś czas w jednym kawałku, Alex. – Luke pokręcił głową. - Może później, co?
- Jak sobie życzysz. – Wzruszyłam ramionami i poszłam do magazynu po równoważnię, by poćwiczyć w samotności. Wkrótce dołączyli do mnie dwaj inni chłopcy z domku Hermesa, którzy poprosili mnie o poćwiczenie kilku sztychów. Na tych ćwiczeniach minęła mi połowa czasu przeznaczonego na popołudniowe zajęcia, więc kiedy odeszli, by przetestować nowo nabyte umiejętności na sobie, Luke właśnie zarządził przerwę.
Chwyciłam butelkę z wodą i wypiłam duszkiem połowę, drugą wylewając sobie na głowę. I, choć wyparowała niemal od razu, poczułam się zdecydowanie lepiej, gotowa wznowić trening.
Luke zwołał wszystkich raz jeszcze i postanowił zaprezentować nam nowy sztych.
Lub skompromitować nowego. Jak kto woli.
Otoczyliśmy parę walczących, ciekawi ile sekund zajmie mu rozbrojenie go, podczas gdy Luke tłumaczył krok po kroku sekwencję ruchów. Następnie kazał przygotować się Percy’emu, ruszył do ataku i po wymianie kilku ciosów… jego miecz z głośnym brzdękiem upadł na ziemię.
Wszyscy wpatrywali się w broń z niedowierzaniem, co rusz przenosząc wzrok to na Luke'a to na Percy’ego. Ciężko było stwierdzić, który z nich jest bardziej oszołomiony.
- Ja… przepraszam – wyjąkał chłopak.
- Przepraszam? Na bogów, Percy, za co ty przepraszasz! Pokaż mi to jeszcze raz! - zawołał rozentuzjazmowany Luke, podnosząc broń z ziemi.
- Luke, starzejesz się, skoro rozbraja cię taki nieopierzony dzieciak – prychnęłam, zaplatając ręce na piersi. - Może czas przejść na emeryturę, co? - zadrwiłam.
Wspominałam już jak bardzo uwielbiałam go irytować? A on mimo to, nie przestawał mnie lubić.
- Może sama spróbuj w takim razie? - zaproponował, odsuwając się i zapraszając mnie gestem, a nowy przybrał nieco przerażoną minę.
Czy ktoś mógłby mi jeszcze raz opowiedzieć tę bajkę, o tym jak pokonał Minotaura? Przecież zaraz się tu zsika ze strachu!
- Jeszcze przed chwilą bałeś się, że go uszkodzę – mruknęłam, podchodząc i zakręciłam mieczem młynka, a Luke uśmiechnął się krzywo.
- Po prostu uznałem, że pojedynek Jackson versus Jackson może być bardzo intrygujący. – Blizna na jego policzku rozciągnęła się drwiąco, kiedy odwróciłam się do niego zaskoczona.
- Co ty powiedziałeś? - wyszeptałam groźnym tonem, czując, jak w moim wnętrzu zaczyna kłębić się dziwne uczucie. Uczucie podobne do tego, które odczuwałam, analizując sen z monetą. Uczucie podobne do tego, kiedy dowiadywałam się czegoś, o czym od dawna w głębi serca wiedziałam. Uczucie podszyte czystą, niepohamowaną wściekłością.
- Jackson versus Jackson – powtórzył raz jeszcze, a ja przeniosłam wzrok na nowego. - A nuż się okaże, że jest tak dobry, jak ty? - mówił coś jeszcze, ja jednak już go nie słuchałam, całkowicie skupiając się na twarzy nowego.
Jackson.
Percy Jackson.
Skoro Percy, to znaczy, że tak naprawdę nazywa się Perseusz.
Patrząc na jego, nieco wciąż zaskoczoną, twarz, w mojej głowie jakby na zawołanie pojawił się ostatni sen z monetą. Monetą-lustrem. Sen, którego zarówno znaczenie, jak i dokończenie, przestały teraz być dla mnie tajemnicą.
Zacisnęłam mocno palce na mieczu, nie będąc pewna, czy ogarniające mnie uczucie to bardziej radość, czy wściekłość. Miecz wrócił do postaci mojej ulubionej spinki, którą machinalnie wpięłam we włosy, odrywając wzrok od Percy’ego i jego oczu w kolorze morza. Odwróciłam się na pięcie bez słowa i ruszyłam w kierunku Wielkiego Domu.
- Alex, Alex! Alex, dokąd idziesz!? - wołał za mną Luke, goniąc mnie aż do wyjścia z areny.
- Idę zabić Chejrona – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - I pana D., bo pewnie też maczał w tym palce. I w głębokim poważaniu mam fakt, że jest nieśmiertelny, jasne?! - dodałam, widząc, że otwiera usta, by zaoponować.
Zostawiłam za sobą Luke'a, oszołomionego moim nagłym wybuchem i pobiegłam wprost do Wielkiego Domu.

***

- CO ON TUTAJ ROBI?!
Zazwyczaj nie wrzeszczę jak opętana, bez pardonu i pytania wpadając do Wielkiego Domu. Zazwyczaj zwracam się do Chejrona z szacunkiem, bo jakby nie było jest nauczycielem i hmm… wychowywał mnie, odkąd nauczyłam się chodzić (w tym samym mniej więcej czasie nauczyłam się trzymać mały miecz, więc wychowywanie mnie obejmowało również tłumaczenie, że nie należy wszystkiego nim dźgać). Zatem szanowałam go, mimo iż czasem manipulował moim życiem, by zrobić ze mnie takiego herosa, jakim jestem dziś.
Ale tym razem przegiął. I to bardzo.
- Alex, spokojnie, co się stało? - Chejron oderwał wzrok o tali kart (mimochodem zauważyłam, że ma całkiem długi sekwens w karach i mógłby się już spokojnie wyłożyć), udając zaskoczonego moim wybuchem, choć jestem przekonana, że doskonale wiedział, o co mi chodzi.
- Perseusz Jackson. Pogromca Minotaura – wysyczałam dzikim szeptem. - Mój brat.
Chejron westchnął i odłożył karty na stolik.
- Alex, musisz zrozumieć…
- NIC NIE MUSZĘ – wybuchłam ponownie, uderzając pięścią w stolik z taką siłą, że puszka dietetycznej coli przewróciła się, rozlewając na karty swoją zawartość. - Jest w Obozie prawie tydzień, a ty NIC mi nie powiedziałeś.
- Panno Johnsson, to była ostatnia puszka mojego ulubionego napoju i na Styks, czy musisz tak krzyczeć? - marudził pan D., jednym ruchem osuszając stolik, a drugim przyzywając kolejną puszkę.
- Nazywam się Jackson, panie D. - warknęłam, wciąż wbijając wściekłe spojrzenie w Chejrona.
- Przecież mówię, panno Jefferson, że nie ma potrzeby tak krzyczeć. – Dionizos wywrócił oczami i siorbnął łyk napoju. - Brat, nie brat, jest herosem i jak każdy heros, pewnie wkrótce zginie w straszny i bolesny sposób. – Wzruszył lekceważąco ramionami i wyłożył czysty sekwens. - Twoja kolej, Chejronie.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię być ignorowana i lekceważona.
- Może byłoby inaczej, gdyby nie siedział pan bezczynnie na swoim tłustym zadku, siorbiąc tę ohydną colę i marzył tylko o tym, by się stąd wyrwać na plantację winorośli? Może herosi wracaliby cało z misji, gdyby choć raz się pan nimi zainteresował?! - wysyczałam wściekle, zapominając na chwilę o Percym.
Pan D. nagle urósł w oczach, a w jago oczach pojawiło się coś… coś potężnego. Mnie samej zaszumiało w głowie, przed oczami przewinęła się wizja ludzi – z różnych epok – opętanych szaleństwem, kobiet tańczących w jakimś dzikim korowodzie oraz wijącą się niepokojąco winorośl.
Ups, znowu zapomniałam, że wkurzanie bogów jest raczej kiepskim pomysłem na rozpoczęcie dnia.
- Alexandro Jackson, śmiesz nazywać mnie leniwym? Śmiesz twierdzić, że nie interesuje mnie los herosów powierzonych mojej opiece? Śmiesz mówić, że dietetyczna cola jest ohydna?!
Byłam niemal pewna, że zaraz zmienię się w bardzo rozeźloną kupkę popiołu, na szczęście pan D. wrócił do swojej zwykłej postaci, mimo iż w jego oczach wciąż migotało szaleństwo.
- Chejronie, mam nadzieję, że znajdziesz dla tej damy wyjątkowo paskudne zajęcie, które będzie wykonywać przez najbliższy tydzień w ramach swojej kary – wycedził jeszcze, zanim ponownie zatopił wzrok w kartach. - Wykładasz się?
- Innym razem. – Chejron pokręcił głową i odsunął się od stolika. - Alex, pozwól, że wyjdziemy na zewnątrz, dobrze? - poprosił tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ha! Więc oddajesz walkowerem! - ucieszył się pan D. i z radości wyczarował sobie następną puszkę dietetycznej coli. - A tobie, panno Johnsson, radzę się cieszyć, że nie zmieniłem cię w soczystą truskawkę – zawołał jeszcze, nim wyszłam z Wielkiego Domu.
- Nazywam się Jackson, panie D.! - odparłam, znikając z zasięgu jego wzroku.
Chejron czekał na mnie na przystani dla kajaków.
- To nie było rozsądne, Alex – zauważył, ruszając powoli wzdłuż brzegu.
- Nierozsądne było zatajanie przede mną dużego fragmentu mojego życia – wytknęłam mu, choć już nie byłam na niego taka zła. Najwyraźniej miał powody, by ukryć przede mną taki szczegół jak fakt, że mój brat jest dzieckiem półkrwi, podobnie jak i ja.
Chejron westchnął, chyba po raz setny tego dnia.
- Niczego przed tobą nie ukrywałem, Alex. Przecież mieszkasz w Obozie od dwunastu lat i doskonale wiesz, dlaczego tak jest.
- Bo moja matka zostawiła mnie tu, gdy miałam sześć miesięcy, bo moja półboska krew ściągała potwory na jej głowę, zagrażając życiu mojego śmiertelnego brata – wyrecytowałam formułkę, którą od lat powtarzałam, kiedy zdarzyło mi zatęsknić za mamą, której nawet nie pamiętałam.
Nie wolno było tęsknić. Nie zależało jej na mnie, oddała mnie, by chronić mojego brata – Perseusza.
- Śmiertelnego? - zdziwił się Chejron. - Kto ci takich bzdur nagadał? Nawet nie wiesz, jak bardzo zrozpaczona była Sally, gdy musiała wybierać, z którym z was się rozstać na długie lata, by potwory nie zwęszyły skumulowanej mocy dwojga potężnych herosów…
- Co? - wyrwało mi się. - Ale… jak to? - wyjąkałam słabo.
Od lat żyłam w przekonaniu, że matka kochała mnie mniej niż Perseusza albo wręcz nie kochała wcale i bez zmrużenia oka zostawiła mnie w Obozie, by pozbyć się kłopotu. Nigdy nie sądziłam więc, że kiedykolwiek zobaczę ją albo brata.
Paradoksalnie, prędzej spodziewałam się spotkać z moim boskim ojcem niż śmiertelną częścią rodziny.
A teraz Chejron mówi mi, że nie chciała się ze mną rozstawać, ale musiała, bo nie była w stanie ukryć obecności dwojga półbogów pod swoim dachem przed hordą potworów czyhających na nasze życie.
- Nie ukrywam, że oboje dysponujecie silną aurą, która mocno przyciąga potwory – kontynuował centaur. - Sally miała problem z ukryciem Percy’ego przez te wszystkie lata, kiedy ty żyłaś bezpiecznie w Obozie i gdyby nie grożące wam niebezpieczeństwo, nigdy by cię tu nie pozostawiła. Ona cię bardzo kochała, Alex.
- Kochała? - powtórzyłam podejrzliwie, bo w jego głosie wyczułam jakąś zmianę.
Chejron zasępił się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
- Wasza matka… - zaczął delikatnie, ale jego wzrok wbity posępnie w drzewo Thalii powiedział mi więcej niż słowa.
- Och – udało mi się wydusić.
Nigdy nie wiązałam żadnych emocji ze słowem „mama”, ale myśl, że już nigdy jej nie poznam była jakaś taka… przykra.
Chwilę podążaliśmy wzdłuż brzegu w milczeniu, nim Chejron zwrócił się do mnie ponownie. Na jego twarzy było jakieś napięcie, jakby… bał się, że znów na niego nakrzyczę? Albo raczej, że opacznie zrozumiem jego słowa.
- Alex, muszę cię po raz kolejny prosić o wyrozumiałość. Wiem, że powinienem w inny sposób zaaranżować wasze spotkanie, myślałem… - zamyślił się na chwilę. - Myślałem, że sama domyśliłaś się prawdy, ale nigdy bym nie pomyślał, że od lat żyjesz w przekonaniu, że Percy jest śmiertelnikiem. W każdym razie, wysłałem cię na patrol, byś sobie to wszystko poukładała i na spokojnie podeszła do waszego spotkania, ale…
- ...ale raczej kiepsko ci to wyszło. – Skrzywiłam się. - To chyba jednak moja wina, mogłam szybciej zrozumieć ten sen - westchnęłam.
- Jaki sen? - zainteresował się centaur, a ja uświadomiłam sobie, że ostatecznie mu o nim nie opowiedziałam. Szybko streściłam mu więc moje nocne boje o obejrzenie rewersu monety.
- Ten sen miał mi powiedzieć, że wkrótce spotkam się z bratem, prawda? - zakończyłam, Chejron jednak wydawał się bardziej przejęty moją opowieścią, niż byłam skłonna uznać za normalne.
- Tak, choć… Dwie strony tej samej monety, czy to możliwe, żeby… - zaczął mruczeć do siebie, więc postanowiłam sprowadzić go na ziemię.
- Chejronie, co ja mam teraz z nim zrobić? - jęknęłam, bo po pierwsze uświadomiłam sobie, że moje wybiegnięcie z areny musiało wyglądać dziwnie, a po drugie… no cóż. Właśnie dotarło do mnie, że ma brata. Tutaj, tuż obok siebie, a jego śpiwór narusza dwa centymetry kwadratowe mojej przestrzeni osobistej w domku Hermesa.
- Porozmawiaj z nim delikatnie, podejrzewam, że on nawet się nie domyśla, kim jesteś. – Centaur potwierdził moje obawy. - Będzie cię teraz bardzo potrzebował.
- Super – mruknęłam. - W takim razie chyba już pójdę. Muszę się psychicznie przygotować na… Sama nie wiem na co – westchnęłam zrezygnowana i obróciłam się w kierunku kantyny, bo zbliżała się pora kolacji.
Mam wytłumaczyć mojemu bratu, który pierwszy raz widzi mnie na oczy i dotąd nie wiedział o moim istnieniu, że ma siostrę – na dodatek siostrę bliźniaczkę – a naszym ojcem jest bliżej niezidentyfikowane bóstwo o dość sporej mocy, skoro potwory tak bardzo chcą nas schrupać? Łatwizna.
To ja jednak poproszę te wściekłe Erynie. Minotaurem też nie pogardzę.
- A, i Alex? - zawołał jeszcze za mną Chejron. - Co do twojej kary, za obrażanie pana D. na cały głos… Myślę, że stajnie pegazów wymagają dokładnego wyszorowania, a płytki w amfiteatrze od dawna czekają na polerowanie. Byłbym wdzięczny, gdybyś się tym zajęła, abym mógł powiedzieć dyrektorowi, że dostałaś paskudną karę, co?
- Ale, Chejornie! - jęknęłam, jednak centaur już pogalopował z powrotem do Wielkiego Domu, by dalej ogrywać pana D. w remika.
Zapowiada się ciekawy tydzień.

___________
To też jest stary rozdział. Ale kolejny, nowy, jest już prawie gotowy. Czekam, że wena mnie opuści, więc korzystajcie, póki jeszcze ciepła!

wtorek, 7 kwietnia 2020

DWA. Czy istnieje heros bardziej irytujący od braci Hood?

Następnego ranka, zaraz po śniadaniu udałam się prosto na zajęcia z łucznictwa. Obiecałam Chejronowi, że tym razem ich nie opuszczę. Chejron, co prawda, miał się pojawić dopiero o dwunastej, bo musiał coś wcześniej załatwić, ale i tak zajęcia toczyły się normalnym torem. Dzieciaki Apollina jak zwykle gwiazdorzyły, bawiąc się w rozstrzeliwanie strzały wbitej w środek tarczy (niektórzy z nich są autentycznymi fanami Robin Hooda. No cóż, w końcu starszy przyrodni braciszek), a także w strzelanie do jabłek umieszczonych na głowach kolegów (cóż, jak wspominałam…). W obecności Chejrona takie zabawy były niedozwolone, ale czego oczy nie wiedzą, tego sercu nie żal, prawda?
Annabeth od rana chodziła wściekła jak osa (właściwie, to była wściekła na mnie), pewnie dlatego, że wpadła wczoraj wieczorem na mnie i na Luke'a. Nie wiem, jaką teorię do tego sobie dorobiła, wystarczy, że omijała mnie ostentacyjnie przez cały poranek. Potem zniknęła mi z oczu. I chwała jej za to.
Niechętnie nałożyłam strzałę na cięciwę i ulokowałam się przed jedną ze skrajnych tarczy, starając ignorować się pozostałych obozowiczów. Czemu tak bardzo nie lubiłam łucznictwa? Bo była to jedna z niewielu dziedzin, w której nie byłam dobra. Ani trochę, mimo tylu lat treningu, co z radością wytykały mi dzieciaki od Apollina. Zdaje się, że ani ich tatuś, ani Artemida nie pałali do mnie sympatią. Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek nadepnęła im na odcisk, ale najwyraźniej mieli własne zdanie na ten temat, bo podczas strzelania z łuku moje pociski zawsze latały zygzakiem. Ale wytykanie mi tego, nie było bezpieczne - potrafiłam paskudnie zemścić się na arenie. Zresztą, poza łucznictwem, z moją celnością było wszystko w porządku, więc zazwyczaj dawali mi spokój.
Z pierwszą strzałą poszło mi całkiem nieźle. Trafiłam w tarczę. Miałam ochotę spojrzeć na zegarek, by dowiedzieć się, ile jeszcze mi zostało tej męczarni, ale zdaje się, że zostawiłam go na umywalce w łazience. Miałam nadzieję, że nikt go sobie nie zdążył przywłaszczyć - i tak zawsze byłam wszędzie spóźniona.
Wzięłam drugą strzałę i tym razem udało mi się trafić w punktowane pole. Duży, naprawdę duży sukces. Uśmiechnęłam się chyba za szeroko, bo Lee zawołał:
- Hej, Alex, gratulacje. Po dwunastu latach, w końcu trafiasz w tarczę. 
Lubię go. Naprawdę. Dopóki nie odtworzy ust.
- Niecałych dziesięciu – sprostowałam spokojnie i wzięłam następną strzałę, którą ponownie wycelowałam w tarczę, choć miałam ochotę wybić nią oko jednej z chichoczących córeczek Apolla. Tak, tak pośmiejemy się przy szermierce. Z ciebie.
Trzy godziny męczarni w końcu minęły i z ulgą odłożyłam łuk oraz strzały do zbrojowni, w myślach gratulując sobie, że i tym razem nikogo nie udało mi się zabić. Czy to specjalnie, czy to przypadkiem. Według rozkładu dnia powinnam iść teraz nad jezioro popływać kajakiem, więc wpadłam tylko na chwilę do domku, by się przebrać i pobiegłam na zbiórkę. Był już tam prawie cały domek Hermesa i Afrodyty, które miały dziś wspólnie zajęcia.
- Gdzie Luke? – zapytałam, bo to on zazwyczaj organizował pracę przy kajakach.
- Nie będzie go – odpowiedział ktoś i zaproponował, żeby w takim razie losować pary i zrobić regaty. Wszyscy zgodzili się, że to niezły pomysł i przygotowaliśmy losy. Już nie raz tak robiliśmy i zazwyczaj była świetna zabawa.
Na kartkach narysowaliśmy różne symbole. Dwie osoby, które wylosowały ten sam znak trafiały do jednego kajaka. Co prawda, w sumie było nas około trzydziestu osób, więc w pewnym momencie zaczęło brakować nam figur geometrycznych, ale jakoś daliśmy radę. Sięgnęłam do worka po swój los i wyciągnęłam świstek z rombem. Rozejrzałam się dookoła, szukając kogoś, kto jeszcze nie znalazł swojej pary.
- Czy ktoś ma romb? – zawołałam.
- Ja. – Podeszła do mnie Silena, a ja westchnęłam ciężko.
- Znowu? – wyrwało mi się, a córka Afrodyty wzruszyła ramionami. Za naszymi plecami bracia Hood przybijali sobie piątkę. Jakimś cudem zawsze trafiali na siebie. Pachniało mi to jakimś oszustwem, ale… O, właśnie. To przypomniało mi, że miałam ich niedawno zabić, ale postanowiłam odłożyć to na bardziej sprzyjającą okazję.
- Tylko, błagam, tym razem nie narób paniki – poprosiłam Silenę, gdy pakowałyśmy się do kajaka.
- To był tylko jeden raz – oburzyła się. – Wczoraj obcięłam paznokcie, bo jednego złamałam podczas treningu szermierki. – Skrzywiła się.
- Więc nie będzie powtórki z rozrywki – ucieszyłam się. Poprzednim razem prawie byśmy wygrały, gdyby nie to, że ktoś (tak, to byli bracia Hood, zgadliście), przez przypadek uderzył Silenę wiosłem, w skutek czego jej piękne paznokcie zostały połamane. Oczywiście rzuciła wiosło i wszczęła panikę, a ja musiałam ją uspokoić i sama doholować nas do mety. Byłyśmy czwarte.
- Płyniemy do boi i z powrotem – zawołał jeden z synów Afrodyty, który w zastępstwie Luke'a prowadził zajęcia na wodzie. – Kto będzie ostatni zmywa jutro po kolacji, a pierwsi… Pierwsi mają dziś pierwszeństwo do pryszniców niezależnie od porannej inspekcji. – Taka nagroda spotkała się z głośnym aplauzem całej grupy.
Czym prędzej ustawiliśmy się na stracie.
- Do startu… gotowi… START! – krzyknął prowadzący, a ja kilkoma energicznymi machnięciami wioseł wysunęłam się na prowadzenie i przesunęłam tak, by na wirażu być jak najbliżej boi.
- Zajeżdżasz! – krzyknął Travis, kiedy prawie zderzyliśmy się burtami.
- Prawo dżungli, Hood! - odkrzyknęłam i pogoniłam Silenę, by mocniej machała wiosłem. Do boi było ponad 150 metrów. Powinnyśmy oszczędzać siły, ale o to się nie martwiłam. Na takim odcinku nigdy nie brakowało mi energii. Łatwizna.
Wysunęłyśmy się na prowadzenie, zostawiając za sobą w tyle resztę i spokojnie wykręciłyśmy przy boi niemal się o nią ocierając. Silena rozluźniła się już całkowicie i zagaiła:
- Po Obozie krążą plotki o tym nowym, słyszałaś?
- Coś mi się obiło o uszy – mruknęłam. Jakoś niespecjalnie mnie interesował.
Mało który nowy heros potrafił wzbudzić moje zainteresowanie. Co roku pojawiało się ich kliku, paru innych ginęło lub rezygnowało z obozu. Szczerze powiedziawszy, nie było już chyba ani jednego obozowicza, który byłby tu tak długo jak ja. Nie miałam wśród obozowiczów wielu przyjaciół, raczej nie byłam lubiana. Jedynie Luke, Grover i kilka innych osób, darzyło mnie jakąś sympatią. Ludzie nie przepadali za mną, bo byłam jedną z najmłodszych uczestniczek, a mimo to w wielu rzeczach byłam bardzo dobra lub nawet najlepsza, w końcu byłam tutaj najdłużej. No i Chejron bardzo mnie lubił. Chyba.
- Ponoć jest całkiem ładniutki – zauważyła Silena, oglądając się na mnie z uśmiechem. – I jest w twoim wieku…
- Wiosłuj, nie gadaj – mruknęłam, bo bracia Hood narzucili ostre tempo i próbowali nas przegonić. Silena nie była dla mnie jakąś bardzo bliską przyjaciółką, ale nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu na siłę próbowała znaleźć mi nowych przyjaciół. Nie potrafiłam jej wytłumaczyć, że nie chcę by mnie uszczęśliwiała na siłę. Zdaje się jednak, że było to silniejsze od niej.
- Tak tylko mówię – mruknęła lekko obrażona, posłusznie dostosowując się do szybszego tempa, a ja skorygowałam kurs. Do mety było zaledwie 50 metrów. – Chejron chyba będzie go nam dziś przedstawiać podczas ogniska… Ciekawe jaki on jest? – mówiła do siebie.
- Hej, dziewczynki! – Usłyszałam nagle głos Connora, a w tym samym momencie Travis chlapnął nas wodą. Silena pisnęła i upuściła wiosło, które spokojnie unosiło się na wodzie, oddryfowując powoli od naszego kajaka.
Jakim cudem nas dogonili? Miałam dziwne wrażenie, że skrócili sobie drogę… Najważniejsze było to, że tym razem nie zamierzałam dać im wygrać.
- Trzymaj. – Wcisnęłam Silenie wiosło i zrobiłam coś, co teoretycznie było straszną głupotą podczas pływania kajakiem. Wstałam i wskoczyłam na kadłub braci Hood.
- Co ty…?! – wydusił z siebie siedzący z przodu Travis, a ja szybkim ruchem rozbujałam kajak, tak że woda zaczęła nalewać się do środka. Hood usiłował zepchnąć mnie wiosłem, ale odbiłam cios ręką i dalej bujałam. Kajak zaczął się przechylać, woda chlusnęła im na kolana i po chwili wszyscy troje wylądowaliśmy w wodzie. Podpłynęłam po wiosło Sileny i wróciłam do kajaka.
- Gazu! – rzuciłam, a Silena skwapliwie pociągnęła wiosłem, bo kolejna drużyna już deptała nam po piętach.
- Zapłacisz nam za to! – odgrażali się bracia, próbując odwrócić kajak.
Dopłynęłyśmy jako pierwsze i przybiłyśmy piątkę.
- Dobra robota – pochwaliłam ją, a tuż obok nas na metę dopłynęło dwóch nieokreślonych herosów z domku Hermesa.
- Dyskwalifikacja za niesportowe zachowanie! – zawołał prowadzący, który, z tego co pamiętam, nazywał się Damien. – Wygrywają Scott i Matt.
Chłopcy wyszczerzyli się do nas, a spojrzałam z niedowierzaniem na Damiena.
- Ale…
- I znów ostatni. – W tym momencie z wody wynurzyli się Travis i Connor. Ich kajak dryfował dnem do góry na środku jeziora. – Mam nadzieję, że na kolację będą kanapki.
- Spokojnie, macie dwie dziewczyny do pomocy. – Damien wskazał na nas.
- Ale to oni zaczęli! – zawołała z oburzeniem Silena, wskazując na braci, bo ja nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa, z całej siły powstrzymując chęć mordu. – Popłynęli na skróty i ochlapali nas wodą!
- Nic nie widziałem – uciął Damien i polecił naszej czwórce ogarnąć kajaki, a reszcie przebrać się przed obiadem.
- Alex, ja muszę… - Silena złapała mnie za ręce, gdy tylko jej przyrodni brat zniknął z pola widzenia. – Ja muszę coś załatwić przed obiadem, rozumiesz? To bardzo pilne i…
- Idź – westchnęłam. – Tylko powiedz mu, że miał mi w zeszłym tygodniu naprawić lewy naramiennik – zawołałam za nią, a ona tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Logiczne było, że idzie się spotkać z Backendorfem, chłopakiem z domku Hefajstosa i najlepszym kowalem w Obozie. No i jej chłopakiem, oczywiście. No, prawie chłopakiem.
Obróciłam się w kierunku braci Hood, którzy magicznym sposobem znaleźli się na drugim krańcu plaży.
- I tak was dorwę! – zawołałam i zajęłam się wylewaniem wody z kajaków, a następnie zaczęłam je czyścić.
- Schowamy je do hangaru. – Kiedy skończyłam myć pierwsze pięć kajaków, obok mnie pojawili się bracia z minami aniołków.
- Nie dam się nabrać na te słodkie minki – ostrzegłam. – Co z waszym kajakiem?
Travis uśmiechnął się do mnie, wyrażając tym uśmiechem bliżej nieokreśloną prośbę.
- Mowy nie ma – odparłam twardo, zanim zdążyli poprosić o cokolwiek.
- My się zajmiemy tymi kajakami, będą błyszczeć – obiecał Connor.
- Proszę, Alex… Dla ciebie to przecież nie problem…
- Ty tak bardzo lubisz pływać…
- Mam holować kajak pełen wody przez pół jeziora? – zapytałam z niedowierzaniem. – Chyba was pogrzało.
Nie wiem, jak to się stało, ale parę minut później płynęłam spokojnym kraulem w kierunku przewróconego kajaka. Ja zawsze się dam wrobić! Ale mieli trochę racji - naprawdę lubię pływać. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas na odstresowanie się i czerpanie przyjemności z obecności wody. Dopłynęłam do kajaka i oparłam się o jego dno. Słońce grzało mocno, a jakaś rybka podpłynęła i zaczęła skubać krawędź moich szortów. Przegoniłam ją delikatnym ruchem ręki.
- Kretyni – mruknęłam, kiedy próbowałam pociągnąć kajak w stronę brzegu. Był niewyobrażalnie ciężki, a mnie brakowało punkt podparcia. Wspięłam się na niego i usiadłam okrakiem. Bliźniacy kręcili się na brzegu i zgodnie z umową szorowali kajaki.
- Ej, Hood! – zawołałam gromko, jednak udawali, że mnie nie słyszą. – Jakąś linę byście skombinowali, czy coś… - dodałam ciszej.
Nadal mnie ignorowali, a ja poczułam, że znów spóźnię się na obiad. Chwyciłam pływające po powierzchni wiosło i zrezygnowana zaczęłam wiosłować w kierunku brzegu. Po paru machnięciach poczułam, że kajak porusza się zdecydowanie szybciej niż powinien. Zerknęłam zdezorientowana za siebie i ujrzałam dwie nereidy, które wczoraj mi się przyglądały. Pomachały mi i z jeszcze większą energią zaczęły pchać kajak w kierunku brzegu, tak że pruł wodę niczym mała motorówka. Tuż przed brzegiem zwolniły i na migi pokazały mi, że dalej nie dadzą rady, było dla nich po prostu za płytko. Podziękowałam im i paroma szybkimi ruchami doholowałam kajak na brzeg.
- Dobra lenie, ale wodę wylewajcie sobie sami – zawołałam, jednak zaraz zorientowałam się, że jestem na plaży sama. Zaklęłam pod nosem i poszłam po czerpak.

***

Kiedy wpadłam do kantyny, obiad powoli dobiegał końca. Ostatni maruderzy wybierali się już na ognisko. W biegu zjadłam swoją porcję, całkiem sporą jej część oddając bogom. Popełniłam chyba absolutny rekord w prędkości spożywania posiłku, ale przynajmniej udało mi się go zjeść.
Z amfiteatru dobiegły dźwięki sugerujące, że domek Apolla zaraz zacznie swoje śpiewy. Ognisko nie należało do punktów obowiązkowych, a ja jakoś nie miałam ochoty na nie iść. Poranne zajęcia z łucznictwa, a następnie klęska w wyścigu kajakowym sprawiły, że poczułam nagłą potrzebę wyżycia się na czymś lub na kimś. Bałam się, że jeśli pójdę na ognisko, to będzie raczej ktoś, a nie coś.
Zamiast skierować swoje kroki w kierunku amfiteatru, obróciłam się więc na pięcie i pomaszerowałam na arenę. Szybko wskoczyłam w jedną z treningowych zbroi, gdyż moja własna wciąż była pewnie gdzieś w warsztacie Beckendorfa, który obiecał mi ją naprawić, gdy uległa lekkim uszkodzeniom podczas ostatniej bitwy o sztandar. Chwilę zastanawiałam się nad doborem broni, w końcu jednak postanowiłam zostać przy swoim własnym wypróbowanym mieczu. Wyjęłam więc z kieszeni spinkę i zapięłam ją jednym ruchem, a ona w mgnieniu oka zmieniła się w jednoręczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Na arenie powoli zapadały ciemności, jednak nie przeszkadzało mi to. Znałam to miejsce jak własną kieszeń. Bez litości siekałam manekiny stojące wokół areny, nic nie robiąc sobie z tego, że jedynym źródłem światła jest połówka księżyca schowana częściowo za chmurą oraz kilka gwiazd. Kiedy manekiny miały już dość, płynnie wskoczyłam na równoważnię, którą ktoś zapomniał schować do magazynu po popołudniowych ćwiczeniach i zaczęłam walczyć z wyimaginowanymi przeciwnikami, czekając na moment, w którym w końcu braknie mi sił.
Kompletnie straciłam poczucie czasu. Wyszłam - chyba już po raz setny - z półobrotu na krawędzi równoważni, kiedy nagle z metalicznym brzdękiem mój miecz natrafił na przeszkodę.
- Ostrożnie, maleńka, bo pokroisz mnie na kawałki. – Usłyszałam w ciemności głos Luke'a, jednak nie miałam czasu na szok, bo zwinnie wskoczył na równoważnię i szybkim machnięciem miecza zmusił mnie do cofnięcia się o dwa kroki.
- Nie powinieneś być na ognisku? – zapytałam, unikając drugiego ciosu szybkim saltem w tył.
- Skończyło się dobre pół godziny temu, księżniczko – uświadomił mnie, zadając serię szybkich ciosów. Raz za razem zmieniał tempo, by przyłapać mnie na jakimś błędzie, ja jednak byłam czujna.
- Nie mów tak do mnie – sapnęłam, wyprowadzając wyjątkowo silny cios. Luke uchylił się, ale stracił równowagę i musiał ratować się niezgrabnym saltem. Ciężko wylądował na ziemi, przyjmując od razu postawę obronną.
- Niby czemu? – Krążył wokół równoważni, czekając na mój ruch. Droczył się ze mną próbując zdekoncentrować. Niedoczekanie.
- Dobrze wiesz, że tego nie lubię, Luke.
Mimo ciemności, wdziałem jego krzywy uśmiech wypaczony przez bliznę na policzku. Ciął nisko, po nogach, jednak ja byłam na to przygotowana. Szybkie salto i już dzieliła nas równoważnia.
- Więc jak mam mówić? - Dalej próbował mnie zwodzić.
Westchnęłam i oparłam ręce na biodrach.
- Jakbyś zapomniał, mam imię, które lubię, bo jest bardzo ładne. O co ci chodzi, Luke?  - zapytałam, biorąc głębszy oddech. Coś było z nim ewidentnie nie w porządku. - Przecież mnie znasz… A ostatnio zachowujesz się tak, jakbyś nie był sobą.
Na jego twarzy pojawił się jakiś grymas, ale równie dobrze mogło mi się tylko wydawać, bo przecież było ciemno. W każdym razie zaatakował mnie nagle jednym susem, przesadzając równoważnię. Zrobiłam szybki unik, nawet nie licząc, że siła impetu rzuci nim do przodu. Był zbyt wytrawnym szermierzem, by popełnić tak podstawowy błąd. Luke jak zwykle mnie nie zawiódł i natychmiast odzyskał równowagę, a siłę impetu wykorzystał do zadania ciosu z taką siłą, że aż zadzwoniły mi zęby. Odskoczyłam na pół kroku, by zrobić sobie miejsca na zamach i wyprowadziłam cios z półobrotu, końcówką miecza rozcinając mu koszulkę na piersiach.
- Była nowa… - mruknął, kontratakując, a ja zostałam pozbawiona kosmyka włosów, który nieopatrznie wymknął się z warkocza.
- Gdybyśmy walczyli na serio to miałabym piękny widok na twoją wątrobę – zauważyłam.
- A ty dławiłabyś się własną krwią – odparował.
Uśmiechnęłam się kącikiem ust i wyprowadziłam serię szybkich ciosów, zmuszając Luke'a do cofnięcia się o parę kroków. Nie pozostał mi dłużny i po chwili wróciliśmy, kiedy ugięłam się pod wyjątkowo silnym ciosem. Drugi szybki sztych i dziura w jego koszulce zdecydowanie się powiększyła.
- Uważaj na jelec – mruknęłam i wyprowadziłam cięcie, którego nauczył mnie zaraz po przybyciu do Obozu. To było chyba jedyne cięcie, którego nauczyłam się od niego, a nie on ode mnie.
Przygotował się na cios, widziałam to, jednak zrobiłam zwód i manewr wykonałam z niewielkim opóźnieniem bezbłędnie wytrącając mu miecz z ręki. Zatoczyłam łuk, chcąc przyłożyć mu ostrze do szyi, on jednak przewrócił mnie na ziemię i chciał wyrwać mi miecz.
- Pudło, Luke – mruknęłam i wywinęłam się, robiąc przewrót w przód. Obróciłam się, przyłożyłam mu miecz do piersi i… sama nadziałam się na czubek jego ostrza.
- Remis? – Uśmiechnął się krzywo.
- Znowu – przyznałam niechętnie.
- Znowu – powtórzył jak echo. – Wiesz, że od dawna nie udało mi się z tobą wygrać?
- Ani przegrać – dodałam. – Który to już remis z kolei?
- Przestałem liczyć. – Odsunął ostrze i pomógł mi wstać. Faktycznie. Nasz poziom był tak wyrównany, a poza tym znaliśmy swoje ruchy tak doskonale, że od dawna wszystkie walki kończyliśmy remisem. – Pamiętasz naszą pierwszą walkę?
- Takich rzeczy się nie zapomina! – zawołałam i ruszyliśmy razem powoli w kierunku domków.
W ciemności nie widziałam jego twarzy, jednak nasze ramiona ocierały się lekko o siebie co jakiś czas, mnie to jednak nie przeszkadzało, Luke'owi, o ile wiem, też nie. Już prawie dotarliśmy pod domek Hermesa, kiedy chłopak nagle zatrzymał mnie, łapiąc za ramię.
- Alex? - zawołał cicho, obracając mnie do siebie i zbliżając na tyle, że nawet w ogarniającej nas ciemności widziałam jego nieco niespokojne oczy. - Możesz mi coś obiecać?
- Jasne – odpowiedziałam bez namysłu.
- Obiecaj mi, że niezależnie od tego, co się wydarzy, będziesz pamiętać o tym, co nas łączy – powiedział, a w jego spojrzeniu widać było jakieś dziwne napięcie.
Co, proszę?
- Co masz na myśli mówiąc „to, co nas łączy”? - zapytałam lekko podejrzliwie.
W jego oczach dostrzegłam wahanie, jakby toczył jakąś wewnętrzną walkę, ale kiedy się odezwał, w jego głosie nie czuć była napięcia, a na twarzy widniał charakterystyczny dla niego, złośliwy uśmieszek.
- Miałem na myśli, że kocham cię jak siostrę. A ty co pomyślałaś? - Zmrużył zawadiacko oczy i potarmosił mnie po głowie, doskonale wiedząc, że tego nie cierpię.
- Uff, bo bałam się, że masz na myśli coś bardziej romantycznego i już szykowałam się do uświadomienia cię, że to chyba jest nie do końca legalne. – Puściłam mu oko i ruszyłam do wejścia do domku numer jedenaście, pod sarkastycznymi słowami ukrywając dziwną myśl, czającą się na końcu mojej jaźni.
- Alex, poczekaj! - zawołał za mną Luke, kiedy już stawiałam nogę na progu. - Uważaj, Percy śpi przy wejściu.
- Kto, proszę?
- Ten nowy. – Luke wywrócił oczami, zdegustowany moją ignorancją.
Hej, nikt mi go nie przedstawił, tak? Zresztą, i tak pewnie bym nie zapamiętała. Percy, Peter czy inny Paul – takich dzieciaków za mojego życia przewinęło się przez Obóz dziesiątki.
- Niedługo ludzie będą musieli spać na dachu. – Wywróciłam oczami, zrobiłam duży krok nad zwiniętym w kłębek chłopakiem i ruszyłam w kierunku swojego posłania.
- Albo będziemy musieli dobudować pięterko – mruknął Luke, moszcząc się na swoim łóżku. - Pogadam o tym jutro z Annabeth.
- Śpij już – rzuciłam w ciemność, zgrzytając zębami na dźwięk tego imienia.
- Dobranoc, maleńka – ziewnął.
- Zamknij się, Luke – odparłam, przewróciłam się na drugi bok i niemal natychmiast zasnęłam.
_________________________
Wieki mnie tutaj nie było, choć rozdział jest napisany od dawna. Ale skończyłam sobie czytać "Olimpijskich herosów" i jakoś tak mnie naszło na kontynuowanie tego dzieła, więc aktualizuję.
Podobało się?