Jednocentówka
zataczała kręgi na kamiennej posadzce. Kiedy podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć, już ledwie drgała. Podniosłam ją z podłogi
i uniosłam na wysokość oczu, a w tym momencie moneta zmieniła się
w lustro. Nie, to nadal była moneta, jednak awers przedstawiał…
moją twarz? Zaskoczona tym widokiem, nieomalże zapomniałabym o
rewersie, kiedy więc zreflektowałam się i odwróciłam monetę...
-
Księżniczko,
obudź się!
-
Luke, zamorduję cię kiedyś… - mruknęłam gniewnie, niechętnie
otwierając oczy. - Naprawdę cię kiedyś zamorduję.
-
A co, śniło ci się coś przyjemnego? - Usiadł na skraju mojego
łóżka, przy okazji zgniatając mi stopę.
-
Tsa, właśnie wyrwałeś mnie z objęć największego ciacha na Long
Island – skłamałam, wywracając oczami.
- Czyli co? Śniłem ci się? - Poruszył śmiesznie brwiami.
Jego pewność siebie była irytująca, ale niestety miał do tego podstawy. Wzdychała do niego praktycznie cała żeńska część obozu. Nie wyłączając paru driad i nimf wodnych.
- Chciałbyś! - prychnęłam. - Która godzina?
- Czyli co? Śniłem ci się? - Poruszył śmiesznie brwiami.
Jego pewność siebie była irytująca, ale niestety miał do tego podstawy. Wzdychała do niego praktycznie cała żeńska część obozu. Nie wyłączając paru driad i nimf wodnych.
- Chciałbyś! - prychnęłam. - Która godzina?
-
Zdecydowanie zbyt późna, znowu
przegapiłaś posiłek – poinformował mnie, podając mi talerz z
kanapkami. - Ale ponieważ chyba nawet cię lubię, postanowiłem cię
nakarmić.
-
Bogowie! - westchnęłam, sięgając po pierwszą z brzegu. - Co
ja bym bez ciebie zrobiła? - wymamrotałam z ustami pełnymi
chleba, sypiąc na pościel okruszkami.
-
Zginęłabyś marnie – zaśmiał się Luke, ponownie czochrając
moje włosy. W odpowiedzi dźgnęłam go w bok. - Hej, bo następnym
razem, będziesz głodować!
-
Akurat, za bardzo mnie lubisz. – Pokazałam mu język i szybko
wrzuciłam do ust ostatnią kanapkę. - Dobra, możesz mi
przypomnieć, na jakie zajęcia się właśnie znowu
spóźniam?
-
Na żadne, Chejron cię szuka, ma dla ciebie jakieś zadanie –
odpowiedział mi Luke, wstając i odebrał ode mnie pusty talerz. -
Lepiej się pośpiesz, czeka na ciebie przy strzelnicy.
-
Okej, już lecę. – Wyskoczyłam z łóżka i szybko pozbierałam
swoje rzeczy. Luke czekał na mnie przy wyjściu. - A ty nie
idziesz?
-
Mam zajęcia nad jeziorem. Uważaj na siebie, maleńka – mruknął,
po
raz kolejny
niszcząc moją, i tak przypominającą pewnie stóg siana, fryzurę.
-
Zginiesz wkrótce, Luke! - zagroziłam mu jeszcze, nim pomknęłam na
spotkanie z centaurem.
***
-
Patrolować granicę? - Wybałuszyłam oczy, zastanawiając się,
czy aby na pewno dobrze usłyszałam.
-
Tak, właśnie o to cię proszę, Alex – potwierdził Chejron nieco
już znużonym tonem, bo upewniałam się o to chyba już piąty raz.
- Zdaje się, że wspominałaś ostatnio, że ci się nudzi, prawda?
- Rzucił na mnie okiem, w
końcu
odrywając wzrok od cięciwy, z którą mocował się od jakiegoś
czasu.
Owszem,
wspominałam.
Jakieś pół roku temu. Kiedy w Obozie było siedem dzieciaków i,
prócz dorocznej wycieczki na Olimp w przesilenie zimowe, nic
się nie działo. Obecnie,
dreptanie przez parę dni wzdłuż bariery ochronnej Obozu, za
towarzystwo mając jedynie nimfy leśne (które są, nawiasem
mówiąc, dość irytującymi istotami) zdecydowanie zaliczało się
do zajęć z grupy nudniejszych.
-
Mam wrażenie, że chcesz się mnie pozbyć – mruknęłam cicho,
jednak nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Tak naprawdę to
nie była propozycja, a polecenie. Polecenie, które jakoś dziwnie
pachniało mi próbą izolacji mnie od reszty uczestników Obozu.
Chyba
jestem przewrażliwiona.
-
Alex, proszę. To tylko dwa dni. Trzech satyrów wyjechało i zanim
dotrą kolejni na zastępstwo, ktoś musi pilnować bezpieczeństwa –
wyjaśnił mi, chyba już trzeci raz. - Przecież dobrze wiesz, że
żaden z uczestników nie zna Obozu tak dobrze, jak ty.
-
...więc jestem najlepsza do tego zadania, bardzo mi ufasz, doskonale
się sprawdzę, to nie kara, a wyraz zaufania, jeszcze nigdy cię nie
zawiodłam – wyrecytowałam jednym tchem jak mantrę, nawet nie próbując
zgadnąć, którego tekstu mającego połechtać moje ego miał zamiar
użyć tym razem. - Okej, zrozumiałam, jestem niezastąpiona –
sarknęłam, wywracając oczami.
-
Uważaj na siebie, Alex – zawołał jeszcze Chejron, nim galopem
wrócił do prowadzenia zajęć z łucznictwa, zostawiając mnie samą
na placu przed strzelnicą.
Westchnęłam
ciężko i poszłam się spakować.
***
Kiedy
wróciłam po bardzo
nudnym, dwudniowym patrolu, podczas którego nic
ciekawego się nie działo oraz wszystkie zabezpieczenia działały jak należy i żaden
potwór nawet
nie myślał o tym, by zbliżyć się do granic Obozu, wśród
obozowiczów panowało niemałe poruszenie.
Poruszenie
spowodowane było kilkoma czynnikami. Mianowicie, okazało się, że
nowy zafundował Clarisse kąpiel w kiblu (w końcu umyła włosy,
przynajmniej),
co oczywiście było równoznaczne z tym, że może pożegnać się z
życiem. Ewentualnie ze świętym spokojem, jeśli umie się obronić
przed jej gniewem i
będzie cierpliwie znosił jej próby wydrapania oczu. W każdym
razie – życzę powodzenia.
Drugim
powodem była zbliżająca się wielkimi krokami bitwa o sztandar.
Miała
się rozegrać w piątek,
więc wszyscy ćwiczyli z całych sił. Sojusze jeszcze nie były
pewne, ale domek Hermesa sprzymierzył się z Ateną, choć
kosztowało nas to trochę wyrzeczeń (szczerze
powiedziawszy, muszę pogadać z Lukiem, czy wie coś na temat
asertywności
– szorowanie kibli przez miesiąc, naprawdę?).
Z drugiej strony, bardzo zależało nam na przegranej domku Aresa
(może
nowy utopi Clarisse w strumyku? Warto pomarzyć).
Jeśli
już o nowym mowa, to
po obozie krążyły plotki jak nigdy. Zaczęłam zastanawiać się,
kim jest ten chłopak, że wzbudza takie zainteresowanie. No dobra,
na wstępie pokonał Minotaura, ale bądźmy szczerzy – omal przy
tym nie zginął. Wśród herosów nie jest to powód do dumy.
Z
tego co wiem, zdążył już zadomowić się w domku Hermesa, jednak jakoś nie miałam okazji się z nim spotkać (zgadnijmy, dlaczego… Hmm, patrol?).
Owszem, gdzieś w kącie, owinięty szczelnie w śpiwór mignął
mi
róg Minotaura (herosi mają takie fetysze – „Ha, ha, ha,
patrzcie mam róg, bo zabiłem Minotaura. Dobry jestem, nie?”), ale
jego właściciela nie miałam okazji poznać. Z tego, co wiem, to Annabeth miała się nim zaopiekować.
Zaopiekować,
dobre sobie. Heros, który potrzebuje opieki, to martwy heros.
Jak
on w ogóle przeżył to spotkanie z Minotaurem?
Po
powrocie z patrolu potrzebowałam długiej kąpieli, więc ominęły
mnie poranne
zajęcia ze wspinaczki, dzięki
czemu uniknęłam pewnie kilku nowych poparzeń. Mimo to,
byłam lekko nie w sosie i jakiś młodociany heros był ostatnią
rzeczą, która zaprzątała moją głowę. Potrzebowałam czegoś,
co pozwoliłoby
mi się odstresować. Coś, na czym mogłabym wyładować targające
mną negatywne emocje.
Mówiąc krótko – miałam ochotę spuścić komuś niezły łomot.
Na
arenie było dość pusto, zajęcia poobiednie jeszcze się nie
rozpoczęły. Zasadniczo trwał jeszcze obiad, ale jakoś nie miałam
ochoty na posiłek. Doszłam do wniosku, że zjem coś potem i
postanowiłam poćwiczyć.
Manekiny
szybko mi się znudziły, a ludzie jeszcze się nie pozbierali, więc
w końcu postanowiłam znaleźć sobie porządnych przeciwników.
Rozejrzałam się lecz nie widziałam nikogo, kto dorównałby mi
kroku,
ale zauważyłam kogoś, kto winien był mi jedną walkę.
-
Hood, czy to ciebie miałam ostatnio przerobić na mielonkę? –
krzyknęłam, widząc kawałek dalej jednego z braci.
-
Masz na myśli mnie, czy Connora? – odkrzyknął, podchodząc.
-
Tego, który zrobił mi parę dni temu pobudkę – odparłam.
-
A, to w takim razie Connor. – Próbował się oddalić, jednak jego
brat pojawił się tuż obok i chwycił go za kołnierz.
-
A ty dokąd? Zapomniałeś już, że ten genialny pomysł był twój?
-
Mnie to wisi, któremu spiorę tyłek. – Wzruszyłam ramionami. –
Zagrajcie w papier-kamień-nożyce, jak nie potraficie się
zdecydować.
Spojrzeli
na siebie i wyciągnęli przed siebie pięści.
-
Remis! – zawołali po chwili jednocześnie i wyciągnęli miecze,
uśmiechając się do siebie.
-
Może być i tak… - mruknęłam, sięgając po swoją broń. –
Teraz przynajmniej macie jakieś szanse.
Spinka
kliknęła metalicznie, kiedy ją zapięłam i przybrała swój
oryginalny rozmiar oraz kształt. Bracia przybrali bojowe pozycje,
rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenie i zaatakowali mnie z dwóch
stron jednocześnie.
Nie,
wcale
się tego nie spodziewałam.
Odparłam
najpierw atak Connora z lewej strony, uchylając się jednocześnie
przed ostrzem Travisa, po czym wyszłam z półobrotu krzyżując
klingę z tym ostatnim. Connor zdążył już odzyskać równowagę i
zaatakował mnie od tyłu, a ja zwinnym unikiem sprawiłam, że wpadł
na brata.
- Postaralibyście się bardziej – prychnęłam, opierając dłoń na
biodrze i prowokując ich do bardziej skomplikowanego ataku.
Bracia ponowie wymienili spojrzenia, nim jednak opracowali jakiś
niewątpliwie sprytny plan, naszą pasjonującą walkę przerwał
głos Luke'a.
-
Okej, skoro już rozgrzaliście się przy manekinach lub żywych
manekinach – posłał mi znaczące spojrzenie, które jak zwykle zignorowałam,
gdy próbował wywołać u mnie poczucie winy – to poćwiczymy
trochę w parach. Czy każdy ma parę? - zawołał, a na arenie
zapanowało poruszenie, gdy ludzie zaczęli szukać sobie partnerów
do walki.
Stałam
spokojnie, bowiem było mi całkowicie wszystko jedno, z kim będę
walczyć.
I
tak nie miał szans. Chyba,
że był Lukiem.
-
Ja nie mam pary – mruknął nieznany mi chłopak (czyli najprawdopodobniej pogromca Minotaura), lekko zawstydzony, kiedy harmider
na placu nieco ucichł.
-
Spokojnie, Percy, możesz być ze mną – uspokoił go Luke, jak na
grupowego przystało.
-
Albo ze mną – zaofiarowałam się, bowiem uczenie nowego
obozowicza podstaw szermierki wydawało mi się ciekawsze niż
rozkładanie po
raz enty
na łopatki braci Hood. - Tamtych dwóch przerobię na mielonkę przy
innej okazji. – Wskazałam głową synów Hermesa, którzy już oddalili się na bezpieczną odległość. Tchórze.
-
Wolałbym aby pozostał jeszcze przez jakiś czas w jednym kawałku,
Alex. – Luke pokręcił głową. - Może później, co?
-
Jak sobie życzysz. – Wzruszyłam ramionami i poszłam do magazynu
po równoważnię, by poćwiczyć w samotności. Wkrótce dołączyli
do mnie dwaj inni chłopcy z domku Hermesa, którzy poprosili mnie o
poćwiczenie kilku sztychów. Na tych ćwiczeniach minęła mi połowa
czasu przeznaczonego na popołudniowe zajęcia, więc kiedy odeszli,
by przetestować nowo nabyte umiejętności na sobie, Luke właśnie
zarządził przerwę.
Chwyciłam
butelkę z wodą i wypiłam duszkiem połowę, drugą wylewając
sobie na głowę. I, choć wyparowała niemal od razu, poczułam się
zdecydowanie lepiej, gotowa wznowić trening.
Luke
zwołał wszystkich raz jeszcze i postanowił zaprezentować nam nowy
sztych.
Lub
skompromitować nowego. Jak kto woli.
Otoczyliśmy
parę walczących, ciekawi ile sekund zajmie mu rozbrojenie go,
podczas gdy Luke tłumaczył krok po kroku sekwencję ruchów. Następnie kazał przygotować się Percy’emu, ruszył do ataku i
po wymianie kilku ciosów… jego miecz z głośnym brzdękiem upadł
na ziemię.
Wszyscy
wpatrywali się w broń z niedowierzaniem, co rusz przenosząc wzrok
to na Luke'a to na Percy’ego. Ciężko było stwierdzić, który z
nich jest bardziej oszołomiony.
-
Ja… przepraszam – wyjąkał chłopak.
-
Przepraszam? Na bogów, Percy, za co ty przepraszasz! Pokaż mi to
jeszcze raz! - zawołał rozentuzjazmowany Luke, podnosząc broń z ziemi.
-
Luke, starzejesz się, skoro rozbraja cię taki nieopierzony dzieciak
– prychnęłam, zaplatając ręce na piersi. -
Może czas przejść na emeryturę, co? - zadrwiłam.
Wspominałam
już jak bardzo
uwielbiałam go irytować? A on mimo to, nie przestawał mnie lubić.
-
Może sama spróbuj w takim razie? - zaproponował, odsuwając się i
zapraszając mnie gestem, a nowy przybrał nieco przerażoną minę.
Czy
ktoś mógłby mi jeszcze raz opowiedzieć tę bajkę,
o tym jak pokonał Minotaura? Przecież zaraz się tu zsika ze
strachu!
-
Jeszcze przed chwilą bałeś się, że go uszkodzę – mruknęłam,
podchodząc i zakręciłam mieczem młynka, a
Luke uśmiechnął się krzywo.
-
Po prostu uznałem, że pojedynek Jackson versus
Jackson może być bardzo intrygujący. – Blizna na jego policzku
rozciągnęła się drwiąco, kiedy odwróciłam się do niego
zaskoczona.
-
Co
ty powiedziałeś?
- wyszeptałam groźnym tonem, czując, jak w moim wnętrzu zaczyna
kłębić się dziwne uczucie. Uczucie podobne do tego, które
odczuwałam, analizując sen z monetą. Uczucie podobne do tego,
kiedy dowiadywałam się czegoś, o czym od dawna w głębi serca
wiedziałam. Uczucie podszyte czystą, niepohamowaną wściekłością.
-
Jackson versus Jackson – powtórzył raz jeszcze, a ja przeniosłam
wzrok na nowego. - A nuż się okaże, że jest tak dobry, jak ty?
- mówił coś jeszcze, ja jednak już go nie słuchałam, całkowicie
skupiając się na twarzy nowego.
Jackson.
Percy
Jackson.
Skoro
Percy, to znaczy, że tak naprawdę nazywa się
Perseusz.
Patrząc
na jego, nieco wciąż zaskoczoną, twarz, w mojej głowie jakby na
zawołanie pojawił się ostatni sen z monetą. Monetą-lustrem. Sen,
którego zarówno znaczenie, jak i dokończenie, przestały teraz być
dla mnie tajemnicą.
Zacisnęłam
mocno palce na mieczu, nie będąc pewna, czy ogarniające mnie
uczucie to bardziej radość, czy wściekłość. Miecz wrócił do
postaci mojej ulubionej spinki, którą machinalnie wpięłam we
włosy, odrywając wzrok od Percy’ego i jego oczu w kolorze morza.
Odwróciłam się na pięcie bez słowa i ruszyłam w kierunku
Wielkiego Domu.
-
Alex, Alex! Alex, dokąd idziesz!? - wołał za mną Luke, goniąc
mnie aż do wyjścia z areny.
-
Idę zabić Chejrona – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - I
pana D., bo pewnie też maczał w tym palce. I w głębokim poważaniu
mam fakt, że jest nieśmiertelny, jasne?!
- dodałam, widząc, że otwiera usta, by zaoponować.
Zostawiłam
za sobą Luke'a, oszołomionego moim nagłym wybuchem i pobiegłam
wprost do Wielkiego Domu.
***
-
CO ON TUTAJ ROBI?!
Zazwyczaj
nie wrzeszczę jak opętana, bez pardonu i pytania wpadając do
Wielkiego Domu. Zazwyczaj zwracam się do Chejrona z szacunkiem, bo
jakby nie było jest nauczycielem i hmm… wychowywał
mnie, odkąd nauczyłam się chodzić (w tym samym mniej więcej
czasie nauczyłam się trzymać mały miecz, więc wychowywanie mnie
obejmowało również tłumaczenie, że nie należy wszystkiego nim
dźgać).
Zatem
szanowałam go, mimo
iż czasem manipulował moim życiem, by zrobić ze mnie takiego
herosa, jakim jestem dziś.
Ale
tym razem przegiął. I to bardzo.
-
Alex, spokojnie, co się stało? - Chejron oderwał wzrok o tali
kart (mimochodem zauważyłam, że ma całkiem długi sekwens w karach i mógłby się już spokojnie wyłożyć), udając zaskoczonego moim
wybuchem, choć jestem przekonana, że doskonale
wiedział, o co mi chodzi.
-
Perseusz Jackson. Pogromca Minotaura – wysyczałam dzikim szeptem.
- Mój brat.
Chejron
westchnął i odłożył karty na stolik.
-
Alex, musisz zrozumieć…
-
NIC NIE MUSZĘ – wybuchłam ponownie, uderzając pięścią w
stolik z taką siłą, że puszka dietetycznej coli przewróciła
się, rozlewając na karty swoją zawartość. - Jest w Obozie prawie
tydzień, a ty NIC mi nie powiedziałeś.
-
Panno Johnsson, to była ostatnia puszka mojego ulubionego napoju i na
Styks, czy musisz tak krzyczeć? - marudził pan D., jednym
ruchem osuszając stolik, a drugim przyzywając kolejną
puszkę.
-
Nazywam się Jackson, panie D. - warknęłam, wciąż
wbijając wściekłe spojrzenie w Chejrona.
-
Przecież
mówię, panno Jefferson, że nie ma potrzeby tak krzyczeć. –
Dionizos wywrócił oczami i siorbnął łyk napoju.
- Brat,
nie brat, jest herosem i jak każdy heros, pewnie wkrótce zginie w
straszny i bolesny sposób. – Wzruszył lekceważąco
ramionami i wyłożył czysty sekwens. - Twoja kolej, Chejronie.
Bardzo,
ale to bardzo
nie lubię być ignorowana i lekceważona.
-
Może
byłoby inaczej, gdyby nie siedział pan bezczynnie na swoim tłustym
zadku, siorbiąc tę ohydną colę i marzył tylko o tym, by się
stąd wyrwać na plantację winorośli? Może herosi wracaliby
cało z misji, gdyby choć raz się pan nimi zainteresował?! -
wysyczałam wściekle, zapominając na chwilę o Percym.
Pan
D. nagle urósł w oczach, a w jago oczach pojawiło się coś… coś
potężnego.
Mnie samej zaszumiało w głowie, przed oczami przewinęła się
wizja ludzi – z różnych epok – opętanych szaleństwem, kobiet
tańczących w jakimś dzikim korowodzie oraz wijącą się
niepokojąco winorośl.
Ups,
znowu zapomniałam, że wkurzanie bogów jest raczej kiepskim pomysłem na
rozpoczęcie dnia.
-
Alexandro Jackson, śmiesz
nazywać mnie leniwym? Śmiesz
twierdzić, że nie interesuje mnie los herosów powierzonych mojej
opiece?
Śmiesz
mówić, że dietetyczna
cola jest ohydna?!
Byłam
niemal pewna, że zaraz zmienię się w bardzo rozeźloną kupkę
popiołu, na szczęście pan D. wrócił do swojej zwykłej postaci,
mimo iż w jego oczach wciąż migotało szaleństwo.
-
Chejronie, mam nadzieję, że znajdziesz dla tej damy wyjątkowo
paskudne
zajęcie, które będzie wykonywać przez najbliższy tydzień
w ramach swojej kary – wycedził jeszcze, zanim ponownie zatopił
wzrok w kartach. - Wykładasz się?
-
Innym razem. – Chejron pokręcił głową i odsunął się od
stolika. - Alex, pozwól, że wyjdziemy na zewnątrz, dobrze? -
poprosił tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-
Ha! Więc oddajesz walkowerem! - ucieszył się pan D. i z radości
wyczarował sobie następną puszkę dietetycznej coli. - A tobie,
panno Johnsson, radzę się cieszyć, że nie zmieniłem cię w
soczystą truskawkę – zawołał jeszcze, nim wyszłam z Wielkiego
Domu.
-
Nazywam się Jackson, panie D.! - odparłam, znikając z zasięgu
jego wzroku.
Chejron
czekał na mnie na przystani dla kajaków.
-
To nie było rozsądne, Alex – zauważył, ruszając powoli wzdłuż
brzegu.
-
Nierozsądne
było zatajanie przede mną dużego fragmentu mojego życia –
wytknęłam mu, choć już nie byłam na niego taka zła.
Najwyraźniej miał powody, by ukryć przede mną taki szczegół
jak fakt, że mój brat jest dzieckiem półkrwi, podobnie jak i ja.
Chejron
westchnął, chyba po raz setny tego dnia.
-
Niczego przed tobą nie ukrywałem, Alex. Przecież mieszkasz w
Obozie od dwunastu lat i doskonale wiesz, dlaczego tak jest.
-
Bo moja matka zostawiła mnie tu, gdy miałam sześć miesięcy, bo
moja półboska krew ściągała potwory na jej głowę, zagrażając
życiu mojego śmiertelnego brata – wyrecytowałam formułkę,
którą od lat powtarzałam, kiedy zdarzyło mi zatęsknić za mamą,
której nawet nie pamiętałam.
Nie
wolno było tęsknić. Nie zależało jej na mnie, oddała mnie, by
chronić mojego brata – Perseusza.
-
Śmiertelnego?
- zdziwił się Chejron. - Kto ci takich bzdur nagadał? Nawet nie
wiesz, jak bardzo zrozpaczona była Sally, gdy musiała wybierać, z
którym z was się rozstać na długie lata, by potwory nie zwęszyły
skumulowanej mocy dwojga potężnych herosów…
-
Co?
- wyrwało mi się. - Ale… jak to? - wyjąkałam słabo.
Od
lat żyłam w przekonaniu, że matka kochała mnie mniej niż
Perseusza
albo wręcz nie kochała wcale
i bez zmrużenia oka zostawiła mnie w Obozie, by pozbyć się
kłopotu. Nigdy nie sądziłam więc, że kiedykolwiek zobaczę ją
albo brata.
Paradoksalnie,
prędzej spodziewałam się spotkać z moim boskim ojcem niż
śmiertelną częścią rodziny.
A
teraz Chejron mówi mi, że nie chciała się ze mną rozstawać, ale
musiała,
bo nie była w stanie ukryć obecności dwojga półbogów pod swoim
dachem przed hordą potworów czyhających na nasze życie.
-
Nie ukrywam, że oboje dysponujecie silną aurą, która mocno
przyciąga potwory – kontynuował centaur. - Sally miała problem z
ukryciem Percy’ego przez te wszystkie lata, kiedy ty żyłaś
bezpiecznie w Obozie i gdyby nie grożące wam niebezpieczeństwo,
nigdy
by cię tu nie pozostawiła. Ona cię bardzo kochała, Alex.
-
Kochała? - powtórzyłam podejrzliwie, bo w jego głosie wyczułam
jakąś zmianę.
Chejron zasępił się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
-
Wasza matka… - zaczął delikatnie, ale jego wzrok wbity posępnie
w drzewo Thalii powiedział mi więcej niż słowa.
-
Och – udało mi się wydusić.
Nigdy
nie wiązałam żadnych emocji ze słowem „mama”, ale myśl, że
już nigdy jej nie poznam była jakaś taka… przykra.
Chwilę
podążaliśmy wzdłuż brzegu w milczeniu, nim Chejron zwrócił się
do mnie ponownie. Na
jego twarzy było jakieś napięcie, jakby… bał się, że znów na
niego nakrzyczę? Albo raczej, że opacznie zrozumiem jego słowa.
-
Alex, muszę cię po raz kolejny prosić o wyrozumiałość. Wiem, że powinienem w inny sposób zaaranżować wasze spotkanie, myślałem…
- zamyślił się na chwilę. - Myślałem, że sama domyśliłaś
się prawdy, ale nigdy bym nie pomyślał, że od lat żyjesz w
przekonaniu, że Percy jest śmiertelnikiem. W każdym razie,
wysłałem cię na patrol, byś sobie to wszystko poukładała i na
spokojnie podeszła do waszego spotkania, ale…
-
...ale raczej kiepsko ci to wyszło. – Skrzywiłam się. - To chyba
jednak moja wina, mogłam szybciej zrozumieć ten sen -
westchnęłam.
-
Jaki sen? - zainteresował się centaur, a ja uświadomiłam sobie,
że ostatecznie mu o nim nie opowiedziałam. Szybko streściłam mu
więc moje nocne boje o obejrzenie rewersu monety.
-
Ten sen miał mi powiedzieć, że wkrótce spotkam się z bratem,
prawda? - zakończyłam, Chejron jednak wydawał się bardziej
przejęty moją opowieścią, niż byłam skłonna uznać za normalne.
-
Tak, choć… Dwie strony tej samej monety, czy to możliwe, żeby…
- zaczął mruczeć do siebie, więc postanowiłam sprowadzić go na
ziemię.
-
Chejronie, co ja mam teraz z nim zrobić? - jęknęłam, bo po
pierwsze uświadomiłam sobie, że moje wybiegnięcie z areny musiało
wyglądać dziwnie, a po drugie… no cóż. Właśnie dotarło do
mnie, że ma brata. Tutaj, tuż obok siebie, a jego śpiwór narusza
dwa centymetry kwadratowe mojej przestrzeni osobistej w domku
Hermesa.
-
Porozmawiaj z nim delikatnie, podejrzewam, że on nawet się nie
domyśla, kim jesteś. – Centaur potwierdził moje obawy. - Będzie
cię teraz bardzo potrzebował.
-
Super
–
mruknęłam. - W takim razie chyba już pójdę. Muszę się
psychicznie przygotować na… Sama nie wiem na co – westchnęłam
zrezygnowana i obróciłam się w kierunku kantyny,
bo zbliżała się pora kolacji.
Mam
wytłumaczyć mojemu bratu, który pierwszy raz widzi mnie na oczy i
dotąd nie wiedział o moim istnieniu, że ma siostrę – na dodatek
siostrę bliźniaczkę
– a naszym ojcem jest bliżej niezidentyfikowane bóstwo o dość
sporej mocy, skoro potwory tak bardzo chcą nas schrupać?
Łatwizna.
To
ja jednak poproszę te wściekłe Erynie. Minotaurem też nie
pogardzę.
-
A, i Alex? - zawołał jeszcze za mną Chejron. - Co do twojej kary,
za obrażanie pana D. na cały głos… Myślę, że stajnie pegazów
wymagają dokładnego wyszorowania, a płytki w amfiteatrze od dawna czekają na polerowanie. Byłbym wdzięczny, gdybyś się tym zajęła,
abym mógł powiedzieć dyrektorowi, że dostałaś paskudną
karę, co?
-
Ale, Chejornie! - jęknęłam, jednak centaur już pogalopował z
powrotem do Wielkiego Domu, by dalej ogrywać pana D. w remika.
Zapowiada
się ciekawy
tydzień.
___________
To też jest stary rozdział. Ale kolejny, nowy, jest już prawie gotowy. Czekam, że wena mnie opuści, więc korzystajcie, póki jeszcze ciepła!
___________
To też jest stary rozdział. Ale kolejny, nowy, jest już prawie gotowy. Czekam, że wena mnie opuści, więc korzystajcie, póki jeszcze ciepła!