piątek, 1 maja 2020

CZTERY. Okazuje się, że tata mnie jednak nie kocha.

Stajnie pegazów lśniły czystością, choć musiałam przyznać, że była to w znacznej mierze zasługa "Specyfiku Augiasza", który kiedyś Luke podwędził harpiom sprzątającym na koniec lata, a parę dni później przegrał ze mną w zakładzie. Nie wierzył, że wygram starcie pięciu na jedną. Cóż, dzięki temu teraz miałam mniej roboty, zatem się opłaciło.
Dziś od rana spędzałam czas w amfiteatrze, więc było pewne, że ominą mnie wszystkie dzisiejsze zajęcia. Musiałam uwinąć się do wieczora, bo domek Apolla znowu zaplanował śpiewy. Chyba już wolałam, jak zajmowali się strzelaniem. To przynajmniej mogło przydać się w walce.
Kara Chejrona nie była jednak zbyt dotkliwa. Polerowanie kafelek - mimo iż było ich chyba milion - było odmóżdżającym zajęciem, mogłam więc spokojnie skupić myśli na czyś zupełnie innym.
A konkretnie na Perseuszu, którego tutaj wszyscy nazywali Percym.
Na chłodno musiałam przyznać, że to miało sens. Wiedziałam, że mam brata. Brata, który mieszkał z moją śmiertelną matką gdzieś w Nowym Jorku, zatem całkiem niedaleko. Matką, która podrzuciła mnie do Obozu Herosów, gdy miałam pół roku. To były fakty. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego jako dziecko założyłam, że mój brat jest śmiertelnikiem? Może dlatego, że rodzeństwa herosów zdarzają się naprawdę rzadko? Bogowie dość szybko porzucali swoje śmiertelne miłości. Szybki romans, nowy półbóg do kolekcji i do widzenia. Koniec historii. Powtórki z rozrywki raczej się nie zdarzały.
Zdarzali się za to bliźniaczy herosi, jak Kastor i Polluks, synowie Dionizosa. Albo jak bracia Hood, co oznaczało zazwyczaj podwójną dawkę kłopotów. Gdyby byli moimi dziećmi, też bym się prędko pozbyła przynajmniej jednego.
Dobra, technicznie rzecz biorąc, oni akurat bliźniakami nie byli. Ale ich matka zawróciła Hermesowi w głowie tak mocno, że był z nią przez okrągły rok. Pewnie dlatego teraz jest taki zabiegany, żeby nadrobić ten czas... W każdym razie, schemat się powtarza. 
Zatem, wracając do Percy'ego, skoro był herosem - a musiał nim być, bo śmiertelnicy nie mogli przekraczać granic obozu - musiał być też moim bliźniaczym bratem. Dobra, była minimalna szansa, by w tym przypadku był zwykłym gościem z Manhattanu, ale jeśli randkujesz z bóstwem olimpijskim, to raczej nie umawiasz się na boku z byle śmiertelnikiem, prawda?
Czyli wynika z tego, że mój brat Perseusz jest moim bratem bliźniakiem, jest w związku z tym herosem, a moja matka mnie nie porzuciła, tylko chciała mnie chronić, a ja przez dwanaście lat niepotrzebnie jej nienawidziłam. Miło.
A. Na dodatek ona teraz nie żyje. 
Cudownie. Fata muszą mieć niezły ubaw.
Trochę zastanawiały mnie słowa Chejrona o tym, że nie była w stanie zamaskować przed potworami zapachu dwojga potężnych herosów. Różne bestie potrafiły wywęszyć półbogów z daleka, zazwyczaj im potężniejszy był, tym szybciej. Im ważniejsze bóstwo jest twoim rodzicem, tym większe prawdopodobieństwo, że zginiesz bolesną i potworną śmiercią. Ot, taki prezent od bogów. Nie dziękujcie.
Chejron zatem sugerował, że oboje mamy silną aurę przyciągającą potwory. To mogło oznaczać, że nasz boski ojciec nie był byle kim. Znając centaura, domyślał się, kim on może być. Oczywiście, nie miał zamiaru się tą wiedzą dzielić. 
Wyglądało na to, że rozdzielenie nas było najrozsądniejszą rzeczą, którą można było zrobić. Ciekawe tylko, jak nasza matka podjęła decyzję, które z nas zostawić w Obozie Herosów. Co? Rzuciła monetą?
Właśnie, moneta. To też...
- Jak leci? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Luke'a. Zerknęłam na niego poirytowana.
- Stań tam. - Wskazałam palcem miejsce. - Tam jest jeszcze nie wypolerowane, więc możesz brudzić.
Posłusznie przesunął się nieco dalej. 
- Alex, wszystko gra? - upewnił się, gdy nadal się do niego nie odzywałam. - Martwiłem się.
- Nie musiałeś. Radzę sobie - odparłam chłodno.
- Nakrzyczałaś na pana D. - zauważył, skądinąd trafnie. - I opuściłaś zajęcia z szermierki, a nigdy tego nie robisz. To ma związek z Percym?
- Nie twój interes, Luke! - warknęłam, rzucając ścierkę na ziemię, po czym westchnęłam ciężko i siadałam na najbliższym kamiennym siedzisku.
- On jest twoim bratem, prawda? - zapytał chłopak dziwnie łagodnie. Po chwili poczułam ciepło jego ciała tuż obok mnie. Jego bliskość zawsze działała na mnie kojąco. To dziwne, ale czułam się przy nim bezpiecznie. Ufałam mu, jak nikomu innemu.
- Tak - potwierdziłam lakonicznie.
- I nikt ci o tym nie powiedział, prawda? - drążył dalej temat Luke.
- To bardziej skomplikowane.
- Nigdy nic nam nie mówią. Mamy nadstawiać karku, oddawać życie i co potem z tego mamy? Nawet podziękowania... - Miałam dziwne wrażenie, że nie mówi już do mnie. Uniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Patrzył przed siebie, mocno zaciskając pięści, a w jego spojrzeniu było coś obcego. Blizna na twarzy rozciągnęła się nieprzyjemnie, nadając jej dziwnie wrogi wyraz.
W tej chwili można było się go wystraszyć.
- Taki już nasz los, Luke.
- Nie musi tak być. - Napięcie nie opuszczało jego twarzy. - Nie chcę, by tak było.
Dotknęłam ostrożnie jego ramienia. Pod moim dotykiem rozluźnił się nieco i uśmiechnął, ale w jego oczach nadal dostrzegałam chłód.
- Możemy to zmienić, Alex - powiedział spokojniej. - Możemy sprawić, że bogowie zaczną szanować herosów, zaczną uznawać swoje dzieci. Chciałabyś tego prawda? - zapytał, a ja kiwnęłam głową. - Możemy sprawić, że zapłacą za to, co nam zrobili - dodał gniewnie.
- Przesadzasz, Luke - zauważyłam ostrożnie. Teraz to ja martwiłam się o niego. Co się z nim działo? - To bogowie. Są jacy są, ale to pierwotne siły. Nie zmienisz ich. Jak heros ma wpłynąć na boga, Luke?
Nie odpowiedział. Dłuższą chwilę bił się z myślami, w końcu jednak uśmiechnął się szczerze. Jego ciało całkiem opuściło to dziwne napięcie i znowu był sobą. Moim dobrym przyjacielem, Lukiem Castellanem.
- Pójdę już. Nie będę ci przeszkadzał w pracy. Zwłaszcza, że chyba ubrudziłem kilka kafelek przy wejściu... - Uśmiechnął się złośliwie.
- Luke!
- Pracuj, pracuj, maleńka, bo pan D. zrobi z ciebie nie truskawkę, a od razu shake'a owocowego!
Rzuciłam w niego mokrą szmatą, ale uchylił się w ostatniej chwili i odbiegł, zaśmiewając się na głos. Bogowie, gdybym go tak nie lubiła, już dawno byłby martwy!

***

Wyrobiłam się z kafelkami do kolacji. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale jakoś mi się to udało. Co prawda, po wieczornym ognisku, prawie cała praca pójdzie na marne, ale co tam. Chejron powinien być zadowolony.
W kantynie już rozpoczynał się posiłek. Koło Luke'a było dla mnie zarezerwowane wolne miejsce. To miłe, że o mnie pomyślał. Zrobiłam krok w jego stronę, ale zawahałam się.
Na końcu stolika siedział nowy. Perseusz. Podjęcie decyzji zajęło mi całą, długą sekundę. 
Pokręciłam głową w odpowiedzi na zapraszający gest Luke'a i usiadłam naprzeciw Percy'ego.
- Cześć - przywitałam się. Dobry początek, prawda?
- Cześć. Jesteś Alex, tak? - zapytał ostrożnie. W jego oczach o kolorze morza czaiła się niepewność. Czy on się mnie bał?
- Tak. A ty Percy. Pogromca Minotaura - odparłam.
- Mhm. Annabeth mówiła, że lepiej nie nazywać go po imieniu. I innych też nie - dodał, tracąc u mnie właśnie kilka punktów. A że zaczynał z białą kartą, już był na minusie.
Szybko poszło.
- Owszem, to przynosi nieszczęście, a konkretnie ściąga nam na głowę potwory. Ten jednak szybko nie wróci z Tartaru - uspokoiłam go. - Ale to dobra rada na przyszłość - przyznałam rację.
Annabeth w końcu czasem ją miała. Nawet dość często, niestety.
- Czy wczoraj zrobiłem coś nie tak? - zapytał. - Wiesz, wyglądałaś na... zdenerwowaną. I uciekłaś - dodał.
- Ja nie uciekam - odparłam lodowatym tonem, a Percy jakby skurczył się w sobie. Bogowie, on naprawdę się mnie bał! - To nie twoja wina. Byłam zła na Chejrona. I, Percy... przykro mi z powodu mamy - dodałam cicho, próbując zatuszować pierwsze wrażenie, według którego zapewne byłam okropna i wredna.
Choć to poniekąd prawda.
- Jesteś córką Hermesa? - zapytał, szybko zmieniając temat.
- Bogowie brońcie! - zawołałam, chyba nieco za głośno, bo Connor posłał mi nieco urażone spojrzenie. Odpowiedziałam mu miną pod tytułem "nadal jesteś na mojej czarnej liście". - Butoskrzydły jest całkiem spoko, ale z tą bandą żartownisiów nie chcę mieć nic wspólnego.
- Czyli ty też nie wiesz... - westchnął Percy, a mnie zrobiło się jakoś go żal.
- Hej, ty jesteś w tym nowy, twój ojciec wkrótce pewnie się odezwie - odparłam, gryząc się w język, by nie dodać, że właśnie na to liczę. - Ja czekam całe życie...
- To prawda, co mówiła Annabeth? Że mieszkasz tu od urodzenia? - zainteresował się.
Aha, czyli Sowiooka plotkuje na mój temat z nowicjuszami? Milusio.
- Prawie. Ale faktycznie, nikt nie mieszka tutaj dłużej ode mnie. Poza Chejronem i panem D., oczywiście, choć ten ostatni nie jest z tego zadowolony. No i może paru satyrów ma dłuższy staż ode mnie, ale oni starzeją się też w nieco innym tempie.
- Ty też nazywasz się Jackson, prawda? - przypomniał sobie nagle nowy. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, postanowiłam więc obrócić to w żart.
- Tak, jak ten piosenkarz, zgadza się.
- Może więc powinnaś siedzieć tam? - Percy wskazał stół, przy którym dzieciaki od Apolla zaintonowały właśnie jakąś smętną pieśń o bohaterskich czynach Tezeusza. Zdaje się, że potraktowali kolację jako próbę generalną przed ogniskiem.
Ciekawostka: Tak, Jackson był synem Apolla. Ale w tym stuleciu jego ulubionym sławnym dzieckiem jest Britney. Nie wiecie tego ode mnie, jakby co.
- Jeśli tak, to tata mnie nie znosi - odpowiedziałam. - Nie dość, że jestem beznadziejną łuczniczką, to na dodatek potwornie śpiewam - przyznałam mu się bez oporów. Dziwne. Naprawdę łatwo było mi się przed nim otworzyć. Czułam się przy nim bardzo swobodnie.
Cóż, wszystko było łatwiejsze od wciąż czekającej mnie części "Hej, a tak poza tym to jesteś moim bratem". Tak. Ten moment może być potencjalnie problematyczny.
- Za to świetnie walczysz. Widziałem - skomplementował mnie Percy. - To chyba bardziej przydatne od śpiewania. - Nie wiem, czy chciał mnie pocieszyć, ale w tej kwestii zgadzaliśmy się bezsprzecznie.
Jeszcze będą z niego ludzie.
- Dzięki, ale nie mów tego tamtym. Idziesz na ognisko? - zapytałam, grzebiąc widelcem w resztkach jedzenia, które postanowiłam przeznaczyć dla bogów. Zmusiłam się do odłożenia sztućców. Bogowie nie lubią dostawać rozpaćkanej ofiary. Nawet jeśli na Olimp dociera tylko zapach.
- Chyba tak, a co?
- Chciałabym potem z tobą porozmawiać, Percy - powiedziałam cicho. - Jeśli wolisz, może być jutro, ale to ważne.
- Zaczynam się bać... - Chłopak aż zakrztusił się swoim napojem, a ja dostrzegłam, że w jego kubku chlupocze... niebieska cola? Obozowe kubki napełniały się dowolnym wybranym przez nas bezalkoholowym napojem, ale... niebieska? - Moja mama zawsze przynosiła mi z cukierni, w której pracowała niebieskie słodycze - wyjaśnił, dostrzegając mój wzrok i posmutniał.
Naprawdę musieliśmy porozmawiać.
Kolacja dobiegła końca, a obozowicze po kolei podchodzili do trójnogu, by złożyć ofiarę. Podnieśliśmy się jednocześnie z Percym i razem stanęliśmy przed ogniem. Puściłam go przodem, a on bezgłośnie wyszeptał swoją modlitwę i wrzucił do ognia pół hamburgera i garść frytek. Ustąpił mi miejsca, a ja oddałam bogom całe dwa naleśniki z jagodami.
"Bogowie, jak ja mam mu to powiedzieć?"
Dym nie ułożył się w odpowiedź, a w mojej głowie nie zapaliła się żadna lampka. Westchnęłam i ruszyłam za resztą na ognisko.

***

- Bogowie, Luke, czy to na pewno konieczne?
- Mamy sojusz na dzisiejszą bitwę o sztandar. Ja ustalę z Annabeth strategię, a ty zrobisz sparing. Przyda nam się rozgrzewka przed wieczorem. - Luke nie widział żadnych słabych stron tego pomysłu. Zdawał się nie zauważać niechęci, jaką Sowiooka żywiła do mnie. Co prawda działało to w obie strony, ale mimo to... - Dołączymy do was tak szybko, jak tylko będzie się dało.
Westchnęłam i dokończyłam zapinanie mojej zbroi, którą Beckendorf w końcu mi oddał. Lewy naramiennik był jak nowy, poznikały także wszystkie inne wgniecenia, a skórzane pasy były napastowane. Wisiałam mu jakąś przysługę za to wszystko. Może będę miła i nie stłukę go na kwaśne jabłko podczas dzisiejszej bitwy? Może. 
Obozowicze z domku Ateny oraz Apollina schodzili się na plac treningowy. Annabeth i Lee podeszli do Luke'a i wspólnie analizowali mapę Obozu. Reszta natomiast skupiła się wokół mnie.
-  Dobierzcie się trójkami! - zawołałam. - W każdej trójce przynajmniej jedna osoba z innego domku, a najlepiej trzy różne. Trzy minuty walki dwa na jeden, potem zmiana. Walczymy do końca czasu lub do pierwszego rozbrojenia przeciwnika. Wszystkie chwyty dozwolone, ale pamiętajcie, że mam dziś bitwę do wygrania!
Chwilę później polanę wypełnił szczęk mieczy. Obserwowałam braci Hood walczących z najmłodszym dzieckiem Ateny - chłopak miał niecałe dziesięć lat, ale dzielnie stawiał opór nastolatkom. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Percy nie znalazł pary.
- Ktoś pozwolił ci się obijać, nowy? - zapytałam groźnie.
- Nie znalazłem grupy. Nie znam właściwie nikogo poza Lukiem i Annabeth. No i tobą. 
Westchnęłam ciężko i zakręciłam młynka mieczem.
- Przygotuj się.
Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Uniósł miecz, który musiał być dla niego za ciężki i stanął szeroko na nogach. Wyprowadziłam prosty wypad. Chłopak się uchylił, miecz pociągnął go w bok, a ja wybiłam mu go z ręki szybkim ruchem z półobrotu.
- Po uniku od razu rób kontrę. Możesz zrobić pół kroku do tyłu, żeby wykorzystać impet - poinstruowałam go krótko. - Jeszcze raz.
Powtórzyliśmy nasze ruchy sprzed minuty. Tym razem Percy faktycznie zrobił pół kroku do tyłu, odbił się z palców i machnął mieczem na odlew. Syknął z bólu, gdy sparowałam jego cios, a nadgarstek wygiął się nieco bardziej niż powinien.
- Nigdy tak nie rób. Z tego ustawienia ten cios nie ma żadnych szans, a przeciwnik może skręcić ci rękę - wyjaśniłam, przerzucając miecz do drugiej ręki. - To było łagodnie. Jeszcze raz.
Percy podniósł miecz i zaatakował, a ja znowu rozbroiłam go w ciągu pięciu sekund. Sapnął poirytowany.
- Gdzie popełniłeś błąd? - zapytałam, wbijając miecz w ziemię i oparłam się o rękojeść.
- Miałaś miecz w lewej ręce - odparł. - Ciąłem od złej strony.
- Brawo. Atakuj - poleciłam, zakładając ręce na piersi.
- Nie bierzesz miecza? - zdziwił się.
- Jesteś powolny jak bąk w południe - mruknęłam. - Jeśli w ciągu najbliższej minuty uda ci się mnie dotknąć, to odstąpię ci moje łóżko w domku.
Propozycja była poważna. Moje łóżko było bardzo wygodne, a Percy spał na ziemi. To nie byle co. Nie zastanawiał się długo i zaatakował mnie z lewej. Bez problemu zrobiłam unik. Drugi atak również wyprowadził z lewej - nieco mniej przewidywalne, niż drugi atak z prawej, ale nadal za wolno, by mnie zaskoczyć.
- Postaraj się bardziej - zachęciłam go. A może tylko go podjudzałam?
Percy zatrzymał się, dla uspokojenia oddechu, ocenił odległość i znowu zaatakował z lewej. Zrobiłam pół kroku w prawo w ostatniej chwili, tak że przeleciał siłą impetu do przodu. Sapnął poirytowany, ale dostrzegłam jakiś błysk w jego oku.
- Masz jeszcze piętnaście sekund - poinformowałam go uprzejmie, zakładając ręce z tyłu.
Tym razem zaatakował z prawej, dokładnie tak samo, jak przed chwilą, a ja tak samo zrobiłam unik. Tak samo jak wcześniej poleciał do przodu, ale tym razem obrócił miecz o sto osiemdziesiąt stopni, odbił się z palców i cofnął z powrotem... przykładając ostrze do moich pleców.
Miecz zgrzytnął o płyty mojej zbroi, a ja obróciłam się zaskoczona.
Percy podniósł wzrok i spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, jakby bał się, że zrobię mu teraz krzywdę, albo przynajmniej na niego nakrzyczę. Ja jednak uśmiechnęłam się tylko i poklepałam go po ramieniu.
- O to właśnie mi chodziło, Percy. Łóżko jest twoje. Dobra robota. A teraz słuchaj Luke'a, bo ma jakieś ogłoszenia.
Nasz grupowy wraz z Annabeth objaśnili plan bitwy o sztandar. Trafiłam do oddziału, który miał zająć główną grupę szturmową Aresa, którą zapewne dowodzić będzie Clarisse. Bułka z masłem. Dzień bez spotkania z jej elektryczną włócznią, dniem straconym, nie?
Percy dostał przydział do patrolu granicznego - stać na granicy, czyli przy strumyku i nikogo nie puszczać. Niby proste, dobra misja na początek. Sama tak zaczynałam.
Tylko, hm, miałam wtedy sześć lat. Wcześniej Chejron nie pozwalał mi biegać samej z mieczem po lesie. W sumie to całkiem rozsądne z jego strony.
Luke przejął pałeczkę i poprowadził dalszą część treningu. Jak zwykle postanowił sprzedać nam kilka swoich złotych, szermierczych myśli. Do pomocy wziął Percy'ego, który jako najnowszy obozowy nabytek z zasady musiał być kozłem ofiarnym (swoją drogą - nigdy nie używajcie tego określenia przy satyrach, robią się wtedy strasznie nerwowe). Rozbrojenie przeciwnika zajęło mu jakieś trzy sekundy. 
- To wygląda teraz bajecznie łatwo, Luke, ale co, jak trafisz na lepszego szermierza? - zapytałam głośno.
- To była tylko demonstracja! - Annabeth natychmiast wzięła go w obronę, a chłopak uśmiechnął się zawadiacko.
- W takim razie zapraszam na arenę, maleńka. - Skłonił mi się z galanterią i i gestem zaprosił do siebie. Annabeth prychnęła z cicha, a przez tłum obozowiczów przebiegł szept zainteresowania. 
No tak. Jackson i Castellan w walce jeden na jeden. Zdarzało się rzadko, ale jak już się zdarzało, to było na co popatrzeć.
- Mamy na to czas, Luke? - Uniosłam brew, ale zakręciłam mieczem młynka i podeszłam bliżej. 
- Na pojedynek z tobą? Zawsze! - zawołał i wyprowadził sztych, ja jednak zrobiłam unik i pokręciłam głową.
- Chętnie, ale nie tym razem - odparłam, a przez polanę przetoczył się jęk zawodu. - To nie cyrk, mamy bitwę do wygrania - ucięłam okrzyki i podeszłam do Percy'ego.
- Czemu odmówiłaś? - zapytał, a ja potarłam czoło dłonią.
- Musimy pogadać, Percy - oznajmiłam z westchnieniem. - Chodź nad jezioro.

***

Przystań kajakowa była pusta. Wszyscy obozowicze szykowali się do bitwy o sztandar. Siadłam na pomoście i opuściłam bose stopy do wody, licząc, że pomoże mi to ubrać w słowa coś, czego nie dało się ot tak powiedzieć. Percy wziął ze mnie przykład i też usadowił się na końcu pomostu.
- Zaczynam się bać - odezwał się, gdy ja szukałam odpowiednich słów. - I to prawie tak, jak przy Minotaurze.
- Porównujesz mnie do wielkiego bykołaka? - Zerknęłam na niego z ukosa i zaczęłam się śmiać. Byłam mu wdzięczna za te słowa, pomogło mi to się trochę rozluźnić. - Słuchaj, Percy, to wszystko musi być dla ciebie bardzo dziwne i pokręcone, prawda?
- No tak. Ale już się powoli przyzwyczajam - przyznał.
- Ja nigdy nie doświadczyłam tego... zaskoczenia. Wychowałam się tutaj. To jest mój dom - westchnęłam. - Ale wiem, jak to jest. Widzę to co roku. Przybywają nowi herosi i wszystko ich dziwi. Dowiadują się, że bogowie olimpijscy są prawdziwi, że mity są prawdziwe i niestety, że potwory też. Niektórzy przekonują się o tym na własnej skórze bardzo dotkliwie. Jest dużo do ogarnięcia, ale nasz półboskie mózgi są przygotowane na całą porcję dziwactw. Akceptują je szybciej, niż zwykli śmiertelnicy.
- Coś w tym jest. Faktycznie da się do tego przyzwyczaić. Choć wolałbym, żeby potwory jednak pozostały mitem. - Skrzywił się, a ja zaczęłam się śmiać. - Annabeth mi bardzo pomogła z tym wszystkim. Chejron zresztą też.
- Dlatego chciałam z tobą porozmawiać - wyznałam. - Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć, kolejne małe trzęsienie ziemi. Gotowy? - Spojrzałam na niego poważnie.
- Dawaj. Wieczorem Clarisse pewnie zdzieli mnie swoją włócznią i być może nabawię się amnezji, więc nie gwarantuję, że nie będziesz musiała powiedzieć mi tego jeszcze raz...
- Percy, my jesteśmy rodzeństwem - przerwałam mu w pół słowa. - Takim prawdziwym. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale to prawda. Twoja mama, Percy... Ona była też moją mamą. Tylko, że ja jej kompletnie nie pamiętam.
Percy milczał przez długą minutę. Odezwał się chyba tylko dlatego, że przypomniał sobie o tym, że warto jednak od czasu do czasu zaczerpnąć oddechu. O dziwo, nie wyglądał na zaskoczonego.
- Przykro mi, że nie miałaś okazji poznać mamy. Była naprawdę wspaniałą osobą - powiedział w końcu cicho. Zdusiłam w sobie wyznanie o tym, że jeszcze parę dni temu uważałam ją za najgorszą osobę na świecie. Błądzić jest rzeczą ludzką, prawda? - Fajnie, że jesteś moją siostrą, Alex.
Teraz to ja zdębiałam. Spodziewałam się... Cóż, spodziewałam się, że będzie równie zaskoczony co i ja. A nawet bardziej. A tymczasem...
- Nie jesteś w szoku? - upewniłam się. 
- Jestem. Ale parę dni temu dowiedziałem się, że na szczycie Empire State Building znajduje się Olimp i bogowie beztrosko hasają sobie po całej Ameryce. Fakt, że mam siostrę jest mniej więcej o połowę mniej dziwny od tego. 
Chyba powinnam się poczuć urażona. 
- A poza tym... Wiesz, trochę się domyślałem. W sensie, dopóki tego nie powiedziałaś, to o tym nie myślałem, ale to w sumie wiele wyjaśnia. Wiesz. - Wzruszył ramionami. - To samo nazwisko i tak dalej. A poza tym, spójrz, jesteśmy niemalże identyczni. - Wskazał palcem nasze odbicie w wodzie.
Faktycznie. Gdy pochyliłam się nad taflą dostrzegłam, że Percy wygląda jak męska wersja mnie. Te same niebieskozielone oczy, ciemne, lekko kręcące się włosy, ten sam nieco zawadiacki uśmiech i drobne piegi na nosie. Jakbyśmy byli jedną osobą w dwóch egzemplarzach. Herosi pochodzący od tego samego boskiego rodzica często byli do siebie podobni, ale nie aż tak. 
- Nie spodziewałam się, że aż tak dobrze to przyjmiesz - przyznałam. - Ja miałam z tym problem.
- Nie wiedziałaś? - zdziwił się.
- Wiedziałam, ale myślałam, że jesteś śmiertelnikiem - odparłam, wzruszając ramionami. - I że mama wolała ciebie ode mnie. Ja byłam zbyt... kłopotliwa. Ale Chejron powiedział mi, że nie miałam racji.
- Nie miałaś. - Pokręcił głową Percy. - Dziwi mnie tylko, że mama nigdy nie wspominała o tobie... Może było jej zbyt ciężko?
Pomyślałam, że to byłoby zbyt proste. Nie można tak po prostu zapomnieć o dziecku i nigdy nawet o nim nie wspomnieć. Postanowiłam mu jednak o tym nie mówić.
- Czyli... tata od dwunastu lat nie chce się do ciebie przyznać? - podsumował, dość trafnie, całe moje życie.
- Mam nadzieję, że twoja obecność będzie miała na niego jakiś wpływ - westchnęła. - W dwójkę ciężej będzie nas ignorować.
Rozmawialiśmy jeszcze długo, aż do czasu, gdy gong obwieścił zbliżający się początek bitwy o sztandar. Kiedy ruszyliśmy z powrotem do zbrojowni, by stawić się na zbiórce, doszłam do wniosku, że Perseusz może być całkiem fajnym bratem. W końcu naprawdę byliśmy do siebie podobni. A skoro ja jestem super, to z nim nie może być inaczej, prawda?

***

Ogólnie rzecz ujmując, wszyscy jakoś bez fajerwerków przełknęli informację o tym, że moja i Percy'ego zbieżność nazwisk, zbieżnością nazwisk nie jest. Co prawda, żadne z nas nie biegało po Obozie z wielkim transparentem "PERCY I ALEX SĄ RODZEŃSTWEM", ale ta wieść rozeszła się jakoś naturalnie. Zresztą Luke domyślił się już wcześniej, zatem parę innych osób pewnie też do tego doszło. Z Lukiem co prawda znaliśmy się jak łyse konie, ale to akurat nieistotne. Percy miał rację - naszego podobieństwa nie dało się nie zauważyć.
Clarisse nie było nigdzie widać. To było co najmniej dziwne. Luke uprzedził mnie, że Annabeth ma plan, ale żeby się powiódł nie może mi go zdradzić. Super. A teraz na mnie oraz na Lee Fletchera pędziło trzech zwalistych i wściekłych synów Aresa.
- Załatwię to - oznajmił nonszalancko syn Apolla, nałożył na cięciwę strzałę i posłał ją w kierunku pierwszego osiłka. Trafił bezbłędnie między płyty pancerza, a tamten padł tak, jak stał.
Spoko, luz. To była strzała usypiająca. Poza drobnym siniakiem nic mu nie powinno być. 
Lee w taki sam sposób wyeliminował drugiego napastnika, a trzeciego osobiście poczęstowałam płazem miecza. Rozejrzeliśmy się czujnie dookoła. Luke miał ruszyć po sztandar razem z Annabeth, a my i pięć innych grup mieliśmy odciągnąć obrońców.
Tylko gdzie, na bogów, była Clarrise?
Właściwie tylko o nią się martwiłam, cała reszta raczej nie stanowiła większego problemu. Clarisse też była do pokonania, ale jej zajadłość względem mnie bywała dość kłopotliwa.
Jakby na złość, w tym momencie spod trawy wystrzeliły pnącza i obwiązały mnie ściśle, jakby była peklowaną wołowiną. Lee miał dokładnie ten sam problem, a żadne z nas nie miało jak sięgnąć do broni. Mój miecz był ściśle przywiązany do mojego tułowia. Zza drzewa wyszła jedna z córek Demeter. 
- No i pierwsi jeńcy złapani - zwróciła się do pokonanych przez nas przed chwilą dzieci Aresa, które właśnie odzyskiwały przytomność. Korzystając z jej nieuwagi, puściłam miecz, który upadł na ziemię. - Nie musicie dziękować.
Synowie Aresa ponieśli się nieco niepewnie, jednemu z nich na czole rósł właśnie ogromny guz. Odczułam z tego powodu ogromną satysfakcję. Podszedł do mnie i Fletchera, by zaprowadzić nas do celi dla zakładników. Cóż, przynajmniej miał taki zamiar.
Mój miecz miał jedną, ogromną zaletę. Kiedy nie miał kontaktu z moją dłonią po kilkunastu sekundach zmieniał się z powrotem w spinkę. Spinkę, którą wystarczyło odpowiednio obrócić i zapiąć, naciskając na nią stopą. Dobrze, że grunt nie był zbyt miękki.
Ostrze przecięło więzy, gdy miecz wrócił do swoich normalnych rozmiarów, a ja uchyliłam się przed rękami osiłka, który był jeszcze nieco oszołomiony. 
Porwałam miecz z ziemi, rozpłatałam kolejne wysłane w moim kierunku pnącza i ponownie zdzieliłam syna Aresa w to samo miejsce, co wcześniej, powiększając jego guza. Córka Demeter wysłała na mnie kolejne pędy, które rozcięłam, przecinając jednocześnie te więżące Lee, który natychmiast zrobił użytek ze swojego łuku usypiając dziewczynę, a ja szybko rozprawiłam się z pozostałymi dwoma napastnikami.
- Odeskortujesz ich? - spytałam, gdy pozbawiliśmy ich już broni. Fletcher kiwnął głową, a ja ruszyłam w głąb lasu na poszukiwanie Clarisse. 
Długo nie szukałam - jej gniewne posapywanie dało się słyszeć z kilometra. Ewidentnie dobiegało znad strumyka granicznego. Im byłam bliżej, tym wyraźniej słyszałam dźwięki walki. Przelotnie zastanowiłam się, kto jeszcze miał być w patrolu granicznym. Bo Luke chyba nie zostawił Percy'ego samego?
- Aaa! Ty idioto! Ty nędzny robaku! - Tak, to zdecydowanie była Clarisse.
Clarisse, która właśnie wylądowała na tyłku w strumyku wepchnięta tam przez mojego nieopierzonego jeszcze jako heros brata. Podbiegłam bliżej, nokautując dla porządku pozostałych czterech przyrodnich braci Clarisse, na wypadek, gdyby przyszło im do głowy coś głupiego. Ale bitwa zasadniczo dobiegała końca - z przeciwnej strony biegł ku nam Luke dzierżąc w dłoniach sztandar Aresa. Gdy tylko przekroczył środek nurtu, materiał zafalował i zmienił barwę z krwistej czerwieni na szarosrebrne barwy domku Ateny. Wygraliśmy!
- Dobra robota. - Tuż obok mnie pojawiła się znikąd Annabeth. Tak, ona i jej jankeska czapka-niewidka. - Clarisse złapała haczyk, wiedziałam, że będzie się chciała zemścić za te łazienki. Atena zawsze ma plan, mówiłam ci.
- Zrobiłaś z niego przynętę? - wykrzyknęłam, a woda wokół moich stóp wzburzyła się nieco. - A ja niepotrzebnie uganiałam się za nią przez cały las?
- Nie mogłam cię wtajemniczyć, żeby było wiarygodniej. - Sowiooka wzruszyła ramionami. - Wszyscy wiedzą, że jesteś najlepsza więc Clarisse i jej siepaczy zostawiamy tobie i Lukowi.
Dobra. To było prawie miłe. To prawie był komplement. 
Percy nadal stał w strumyku, a rana, która jeszcze przed chwilą mocno krwawiła teraz prawie zniknęła. Może mi się tylko wydawało? Annabeth miała chyba jednak też to zauważyła, a nawet miała jakąś teorię na ten temat, bo kazała Percy'emu wyjść z wody.
Na wnioski z eksperymentu nie było jednak czasu, bo gdzieś bardzo blisko rozległo się niepokojące psie wycie. Równie niepokojące były krzyki dobiegające z drugiej części lasu, w których szybko rozpoznałam głos Chejrona wzywającego nas do broni. Po starogrecku, co oznaczało, że było naprawdę niedobrze.
I w tym momencie na Percy'ego rzucił się ogromny piekielny ogar. Stworzenie, które absolutnie nie miało prawa się tutaj znaleźć. Chyba, że ktoś sprowadził je tutaj specjalnie.
Percy uskoczył, Annabeth krzyknęła, a ogar machnął ogromną łapą, rozdzierając zbroję mojego brata niczym chustkę do nosa. Upadł na brzeg strumienia, a ogar zamachnął się jeszcze raz. Widziałam, jak Chejron szykuje łuk do strzału, podobnie jak kilkoro dzieciaków od Apollina. Było pewne, że trafią.
Było też pewne, że potwór zdąży rozerwać w międzyczasie Percy'ego na strzępy, o ile ktoś mu nie przeszkodzi. Annabeth nie zakończyła jeszcze swojego okrzyku, w takim tempie wydarzyło się to wszystko. Byłam w stanie rozłożyć to na czynniki pierwsze tylko ze względu na typowe dla półboskiego dziecka ADHD.
Mimo to jedyne, co zdążyłam zrobić, to skoczyć pomiędzy Percy'ego a piekielnego ogara, przeciągając jednocześnie ostrzem gdzieś na wysokości potężnej klatki piersiowej potwora. To wystarczyło, by wyhamować jego impet, a moment później jego cielsko zwaliło się ciężko tuż obok mnie z tuzinem strzał wbitych w kark. Pięć sekund później rozsypał się w pył, jak na porządnego potwora przystało.
Zrobiło mi się jakoś słabo i klapnęłam tyłkiem do strumyka, podobnie jak Clarisse kilka minut wcześniej.
- Percy, jesteś ranny, właź do wody! - zawołała Annabeth, wypychając go do strumienia obok mnie. Widać, rozgryzła już to, co i mnie krążyło po głowie. Gdy tylko chłopak dotknął wody, jego rany zaczęły się zasklepiać. Czyli wcześniej nie miałam zwidów.
Swoją drogą, ja też czułam się znacznie lepiej. Jeśli by ktoś pytał.
- Słuchajcie, ja nie wiem... - speszył się Percy, gdy wszyscy zaczęli się na niego gapić. Ja również nie mogłam wyjść ze zdumienia, nawet nie zauważyłam, że zerwałam się na równe nogi.
Bo nad głową mojego brata pojawiło się to. Znak.
I to nie byle jaki. 
To był trójząb. Symbol Posejdona. Pana Mórz. Wstrząsającego Ziemią i tak dalej.
Posejdona, który właśnie się przyznał, że Percy jest jego dzieckiem.
Wszyscy przyklęknęli z szacunkiem, a Chejron oznajmił uroczyście:
- Witaj Perseuszu Jacksonie, synu Pana Mórz.
Nie mogłam się powstrzymać i sama spojrzałam w górę, gdzie niebieskawy trójząb właśnie rozpływał się powoli w powietrzu. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Przestrzeń nad moją głową wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych trójzębów, nawet głupiego widelca. Muszli, koni ani rybek też nie.
Nikt, zdaje się, nie zauważył zawodu wypisanego na mojej twarzy. Obozowicze zaczęli się rozchodzić, poklepując Percy'ego po plecach. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mi myśl, że to w sumie bardzo niedobrze, że to akurat Posejdon okazał się jego ojcem. Ale nie poświęciłam jej zbyt wiele uwagi. Stałam dobrych kilka minut w bezruchu, a strumień obmywał mi nogi aż do kolan. Nie został nikt. Nikt, kto zainteresowałby się faktem, że z dwojga rodzeństwa, tylko jedno zwróciło uwagę boskiego rodzica.
Ta sytuacja miała jedną dobrą stronę. Teraz przynajmniej wiedziałam, który z bogów jest moim ojcem. Szkoda tylko, że ten nie uznał, że jestem wystarczająco godna, by nazywać się jego córką.
______________
Tak właściwie do pisania tego rozdziału pchała mnie głównie ostatnia scena, ale z całej reszty też jestem dumna. Tak poza tym to jestem w szoku, że bracia Hood nie są bliźniętami. Trochę to popsuło mi szyki, ale z grubsza udało mi się wybrnąć.
Gotowi na dalszą porcję potworów?
PS: Formatowanie oczywiście w ostatnim fragmencie musiało się rozjechać. Co złego to nie ja!

sobota, 18 kwietnia 2020

TRZY. Mam ochotę zabić centaura i wkurzam boga wina, a to wszystko przez…

Jednocentówka zataczała kręgi na kamiennej posadzce. Kiedy podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć, już ledwie drgała. Podniosłam ją z podłogi i uniosłam na wysokość oczu, a w tym momencie moneta zmieniła się w lustro. Nie, to nadal była moneta, jednak awers przedstawiał… moją twarz? Zaskoczona tym widokiem, nieomalże zapomniałabym o rewersie, kiedy więc zreflektowałam się i odwróciłam monetę...
- Księżniczko, obudź się!
- Luke, zamorduję cię kiedyś… - mruknęłam gniewnie, niechętnie otwierając oczy. - Naprawdę cię kiedyś zamorduję.
- A co, śniło ci się coś przyjemnego? - Usiadł na skraju mojego łóżka, przy okazji zgniatając mi stopę.
- Tsa, właśnie wyrwałeś mnie z objęć największego ciacha na Long Island – skłamałam, wywracając oczami. 
- Czyli co? Śniłem ci się? - Poruszył śmiesznie brwiami.
Jego pewność siebie była irytująca, ale niestety miał do tego podstawy. Wzdychała do niego praktycznie cała żeńska część obozu. Nie wyłączając paru driad i nimf wodnych.
- Chciałbyś! - prychnęłam. - Która godzina?
- Zdecydowanie zbyt późna, znowu przegapiłaś posiłek – poinformował mnie, podając mi talerz z kanapkami. - Ale ponieważ chyba nawet cię lubię, postanowiłem cię nakarmić.
- Bogowie! - westchnęłam, sięgając po pierwszą z brzegu. - Co ja bym bez ciebie zrobiła? - wymamrotałam z ustami pełnymi chleba, sypiąc na pościel okruszkami.
- Zginęłabyś marnie – zaśmiał się Luke, ponownie czochrając moje włosy. W odpowiedzi dźgnęłam go w bok. - Hej, bo następnym razem, będziesz głodować!
- Akurat, za bardzo mnie lubisz. – Pokazałam mu język i szybko wrzuciłam do ust ostatnią kanapkę. - Dobra, możesz mi przypomnieć, na jakie zajęcia się właśnie znowu spóźniam?
- Na żadne, Chejron cię szuka, ma dla ciebie jakieś zadanie – odpowiedział mi Luke, wstając i odebrał ode mnie pusty talerz. - Lepiej się pośpiesz, czeka na ciebie przy strzelnicy.
- Okej, już lecę. – Wyskoczyłam z łóżka i szybko pozbierałam swoje rzeczy. Luke czekał na mnie przy wyjściu. - A ty nie idziesz?
- Mam zajęcia nad jeziorem. Uważaj na siebie, maleńka – mruknął, po raz kolejny niszcząc moją, i tak przypominającą pewnie stóg siana, fryzurę.
- Zginiesz wkrótce, Luke! - zagroziłam mu jeszcze, nim pomknęłam na spotkanie z centaurem.

***

- Patrolować granicę? - Wybałuszyłam oczy, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze usłyszałam.
- Tak, właśnie o to cię proszę, Alex – potwierdził Chejron nieco już znużonym tonem, bo upewniałam się o to chyba już piąty raz. - Zdaje się, że wspominałaś ostatnio, że ci się nudzi, prawda? - Rzucił na mnie okiem, w końcu odrywając wzrok od cięciwy, z którą mocował się od jakiegoś czasu.
Owszem, wspominałam. Jakieś pół roku temu. Kiedy w Obozie było siedem dzieciaków i, prócz dorocznej wycieczki na Olimp w przesilenie zimowe, nic się nie działo. Obecnie, dreptanie przez parę dni wzdłuż bariery ochronnej Obozu, za towarzystwo mając jedynie nimfy leśne (które są, nawiasem mówiąc, dość irytującymi istotami) zdecydowanie zaliczało się do zajęć z grupy nudniejszych.
- Mam wrażenie, że chcesz się mnie pozbyć – mruknęłam cicho, jednak nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Tak naprawdę to nie była propozycja, a polecenie. Polecenie, które jakoś dziwnie pachniało mi próbą izolacji mnie od reszty uczestników Obozu.
Chyba jestem przewrażliwiona.
- Alex, proszę. To tylko dwa dni. Trzech satyrów wyjechało i zanim dotrą kolejni na zastępstwo, ktoś musi pilnować bezpieczeństwa – wyjaśnił mi, chyba już trzeci raz. - Przecież dobrze wiesz, że żaden z uczestników nie zna Obozu tak dobrze, jak ty.
- ...więc jestem najlepsza do tego zadania, bardzo mi ufasz, doskonale się sprawdzę, to nie kara, a wyraz zaufania, jeszcze nigdy cię nie zawiodłam – wyrecytowałam jednym tchem jak mantrę, nawet nie próbując zgadnąć, którego tekstu mającego połechtać moje ego miał zamiar użyć tym razem. - Okej, zrozumiałam, jestem niezastąpiona – sarknęłam, wywracając oczami.
- Uważaj na siebie, Alex – zawołał jeszcze Chejron, nim galopem wrócił do prowadzenia zajęć z łucznictwa, zostawiając mnie samą na placu przed strzelnicą.
Westchnęłam ciężko i poszłam się spakować.

***

Kiedy wróciłam po bardzo nudnym, dwudniowym patrolu, podczas którego nic ciekawego się nie działo oraz wszystkie zabezpieczenia działały jak należy i żaden potwór nawet nie myślał o tym, by zbliżyć się do granic Obozu, wśród obozowiczów panowało niemałe poruszenie.
Poruszenie spowodowane było kilkoma czynnikami. Mianowicie, okazało się, że nowy zafundował Clarisse kąpiel w kiblu (w końcu umyła włosy, przynajmniej), co oczywiście było równoznaczne z tym, że może pożegnać się z życiem. Ewentualnie ze świętym spokojem, jeśli umie się obronić przed jej gniewem i będzie cierpliwie znosił jej próby wydrapania oczu. W każdym razie – życzę powodzenia.
Drugim powodem była zbliżająca się wielkimi krokami bitwa o sztandar. Miała się rozegrać w piątek, więc wszyscy ćwiczyli z całych sił. Sojusze jeszcze nie były pewne, ale domek Hermesa sprzymierzył się z Ateną, choć kosztowało nas to trochę wyrzeczeń (szczerze powiedziawszy, muszę pogadać z Lukiem, czy wie coś na temat asertywności – szorowanie kibli przez miesiąc, naprawdę?). Z drugiej strony, bardzo zależało nam na przegranej domku Aresa (może nowy utopi Clarisse w strumyku? Warto pomarzyć).
Jeśli już o nowym mowa, to po obozie krążyły plotki jak nigdy. Zaczęłam zastanawiać się, kim jest ten chłopak, że wzbudza takie zainteresowanie. No dobra, na wstępie pokonał Minotaura, ale bądźmy szczerzy – omal przy tym nie zginął. Wśród herosów nie jest to powód do dumy.
Z tego co wiem, zdążył już zadomowić się w domku Hermesa, jednak jakoś nie miałam okazji się z nim spotkać (zgadnijmy, dlaczego… Hmm, patrol?). Owszem, gdzieś w kącie, owinięty szczelnie w śpiwór mignął mi róg Minotaura (herosi mają takie fetysze – „Ha, ha, ha, patrzcie mam róg, bo zabiłem Minotaura. Dobry jestem, nie?”), ale jego właściciela nie miałam okazji poznać. Z tego, co wiem, to Annabeth miała się nim zaopiekować.
Zaopiekować, dobre sobie. Heros, który potrzebuje opieki, to martwy heros.
Jak on w ogóle przeżył to spotkanie z Minotaurem?
Po powrocie z patrolu potrzebowałam długiej kąpieli, więc ominęły mnie poranne zajęcia ze wspinaczki, dzięki czemu uniknęłam pewnie kilku nowych poparzeń. Mimo to, byłam lekko nie w sosie i jakiś młodociany heros był ostatnią rzeczą, która zaprzątała moją głowę. Potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi się odstresować. Coś, na czym mogłabym wyładować targające mną negatywne emocje.
Mówiąc krótko – miałam ochotę spuścić komuś niezły łomot.
Na arenie było dość pusto, zajęcia poobiednie jeszcze się nie rozpoczęły. Zasadniczo trwał jeszcze obiad, ale jakoś nie miałam ochoty na posiłek. Doszłam do wniosku, że zjem coś potem i postanowiłam poćwiczyć.
Manekiny szybko mi się znudziły, a ludzie jeszcze się nie pozbierali, więc w końcu postanowiłam znaleźć sobie porządnych przeciwników. Rozejrzałam się lecz nie widziałam nikogo, kto dorównałby mi kroku, ale zauważyłam kogoś, kto winien był mi jedną walkę.
- Hood, czy to ciebie miałam ostatnio przerobić na mielonkę? – krzyknęłam, widząc kawałek dalej jednego z braci.
- Masz na myśli mnie, czy Connora? – odkrzyknął, podchodząc.
- Tego, który zrobił mi parę dni temu pobudkę – odparłam.
- A, to w takim razie Connor. – Próbował się oddalić, jednak jego brat pojawił się tuż obok i chwycił go za kołnierz.
- A ty dokąd? Zapomniałeś już, że ten genialny pomysł był twój?
- Mnie to wisi, któremu spiorę tyłek. – Wzruszyłam ramionami. – Zagrajcie w papier-kamień-nożyce, jak nie potraficie się zdecydować.
Spojrzeli na siebie i wyciągnęli przed siebie pięści.
- Remis! – zawołali po chwili jednocześnie i wyciągnęli miecze, uśmiechając się do siebie.
- Może być i tak… - mruknęłam, sięgając po swoją broń. – Teraz przynajmniej macie jakieś szanse.
Spinka kliknęła metalicznie, kiedy ją zapięłam i przybrała swój oryginalny rozmiar oraz kształt. Bracia przybrali bojowe pozycje, rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenie i zaatakowali mnie z dwóch stron jednocześnie.
Nie, wcale się tego nie spodziewałam.
Odparłam najpierw atak Connora z lewej strony, uchylając się jednocześnie przed ostrzem Travisa, po czym wyszłam z półobrotu krzyżując klingę z tym ostatnim. Connor zdążył już odzyskać równowagę i zaatakował mnie od tyłu, a ja zwinnym unikiem sprawiłam, że wpadł na brata.
- Postaralibyście się bardziej – prychnęłam, opierając dłoń na biodrze i prowokując ich do bardziej skomplikowanego ataku.
Bracia ponowie wymienili spojrzenia, nim jednak opracowali jakiś niewątpliwie sprytny plan, naszą pasjonującą walkę przerwał głos Luke'a.
- Okej, skoro już rozgrzaliście się przy manekinach lub żywych manekinach – posłał mi znaczące spojrzenie, które jak zwykle zignorowałam, gdy próbował wywołać u mnie poczucie winy – to poćwiczymy trochę w parach. Czy każdy ma parę? - zawołał, a na arenie zapanowało poruszenie, gdy ludzie zaczęli szukać sobie partnerów do walki.
Stałam spokojnie, bowiem było mi całkowicie wszystko jedno, z kim będę walczyć.
I tak nie miał szans. Chyba, że był Lukiem.
- Ja nie mam pary – mruknął nieznany mi chłopak (czyli najprawdopodobniej pogromca Minotaura), lekko zawstydzony, kiedy harmider na placu nieco ucichł.
- Spokojnie, Percy, możesz być ze mną – uspokoił go Luke, jak na grupowego przystało.
- Albo ze mną – zaofiarowałam się, bowiem uczenie nowego obozowicza podstaw szermierki wydawało mi się ciekawsze niż rozkładanie po raz enty na łopatki braci Hood. - Tamtych dwóch przerobię na mielonkę przy innej okazji. – Wskazałam głową synów Hermesa, którzy już oddalili się na bezpieczną odległość. Tchórze.
- Wolałbym aby pozostał jeszcze przez jakiś czas w jednym kawałku, Alex. – Luke pokręcił głową. - Może później, co?
- Jak sobie życzysz. – Wzruszyłam ramionami i poszłam do magazynu po równoważnię, by poćwiczyć w samotności. Wkrótce dołączyli do mnie dwaj inni chłopcy z domku Hermesa, którzy poprosili mnie o poćwiczenie kilku sztychów. Na tych ćwiczeniach minęła mi połowa czasu przeznaczonego na popołudniowe zajęcia, więc kiedy odeszli, by przetestować nowo nabyte umiejętności na sobie, Luke właśnie zarządził przerwę.
Chwyciłam butelkę z wodą i wypiłam duszkiem połowę, drugą wylewając sobie na głowę. I, choć wyparowała niemal od razu, poczułam się zdecydowanie lepiej, gotowa wznowić trening.
Luke zwołał wszystkich raz jeszcze i postanowił zaprezentować nam nowy sztych.
Lub skompromitować nowego. Jak kto woli.
Otoczyliśmy parę walczących, ciekawi ile sekund zajmie mu rozbrojenie go, podczas gdy Luke tłumaczył krok po kroku sekwencję ruchów. Następnie kazał przygotować się Percy’emu, ruszył do ataku i po wymianie kilku ciosów… jego miecz z głośnym brzdękiem upadł na ziemię.
Wszyscy wpatrywali się w broń z niedowierzaniem, co rusz przenosząc wzrok to na Luke'a to na Percy’ego. Ciężko było stwierdzić, który z nich jest bardziej oszołomiony.
- Ja… przepraszam – wyjąkał chłopak.
- Przepraszam? Na bogów, Percy, za co ty przepraszasz! Pokaż mi to jeszcze raz! - zawołał rozentuzjazmowany Luke, podnosząc broń z ziemi.
- Luke, starzejesz się, skoro rozbraja cię taki nieopierzony dzieciak – prychnęłam, zaplatając ręce na piersi. - Może czas przejść na emeryturę, co? - zadrwiłam.
Wspominałam już jak bardzo uwielbiałam go irytować? A on mimo to, nie przestawał mnie lubić.
- Może sama spróbuj w takim razie? - zaproponował, odsuwając się i zapraszając mnie gestem, a nowy przybrał nieco przerażoną minę.
Czy ktoś mógłby mi jeszcze raz opowiedzieć tę bajkę, o tym jak pokonał Minotaura? Przecież zaraz się tu zsika ze strachu!
- Jeszcze przed chwilą bałeś się, że go uszkodzę – mruknęłam, podchodząc i zakręciłam mieczem młynka, a Luke uśmiechnął się krzywo.
- Po prostu uznałem, że pojedynek Jackson versus Jackson może być bardzo intrygujący. – Blizna na jego policzku rozciągnęła się drwiąco, kiedy odwróciłam się do niego zaskoczona.
- Co ty powiedziałeś? - wyszeptałam groźnym tonem, czując, jak w moim wnętrzu zaczyna kłębić się dziwne uczucie. Uczucie podobne do tego, które odczuwałam, analizując sen z monetą. Uczucie podobne do tego, kiedy dowiadywałam się czegoś, o czym od dawna w głębi serca wiedziałam. Uczucie podszyte czystą, niepohamowaną wściekłością.
- Jackson versus Jackson – powtórzył raz jeszcze, a ja przeniosłam wzrok na nowego. - A nuż się okaże, że jest tak dobry, jak ty? - mówił coś jeszcze, ja jednak już go nie słuchałam, całkowicie skupiając się na twarzy nowego.
Jackson.
Percy Jackson.
Skoro Percy, to znaczy, że tak naprawdę nazywa się Perseusz.
Patrząc na jego, nieco wciąż zaskoczoną, twarz, w mojej głowie jakby na zawołanie pojawił się ostatni sen z monetą. Monetą-lustrem. Sen, którego zarówno znaczenie, jak i dokończenie, przestały teraz być dla mnie tajemnicą.
Zacisnęłam mocno palce na mieczu, nie będąc pewna, czy ogarniające mnie uczucie to bardziej radość, czy wściekłość. Miecz wrócił do postaci mojej ulubionej spinki, którą machinalnie wpięłam we włosy, odrywając wzrok od Percy’ego i jego oczu w kolorze morza. Odwróciłam się na pięcie bez słowa i ruszyłam w kierunku Wielkiego Domu.
- Alex, Alex! Alex, dokąd idziesz!? - wołał za mną Luke, goniąc mnie aż do wyjścia z areny.
- Idę zabić Chejrona – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - I pana D., bo pewnie też maczał w tym palce. I w głębokim poważaniu mam fakt, że jest nieśmiertelny, jasne?! - dodałam, widząc, że otwiera usta, by zaoponować.
Zostawiłam za sobą Luke'a, oszołomionego moim nagłym wybuchem i pobiegłam wprost do Wielkiego Domu.

***

- CO ON TUTAJ ROBI?!
Zazwyczaj nie wrzeszczę jak opętana, bez pardonu i pytania wpadając do Wielkiego Domu. Zazwyczaj zwracam się do Chejrona z szacunkiem, bo jakby nie było jest nauczycielem i hmm… wychowywał mnie, odkąd nauczyłam się chodzić (w tym samym mniej więcej czasie nauczyłam się trzymać mały miecz, więc wychowywanie mnie obejmowało również tłumaczenie, że nie należy wszystkiego nim dźgać). Zatem szanowałam go, mimo iż czasem manipulował moim życiem, by zrobić ze mnie takiego herosa, jakim jestem dziś.
Ale tym razem przegiął. I to bardzo.
- Alex, spokojnie, co się stało? - Chejron oderwał wzrok o tali kart (mimochodem zauważyłam, że ma całkiem długi sekwens w karach i mógłby się już spokojnie wyłożyć), udając zaskoczonego moim wybuchem, choć jestem przekonana, że doskonale wiedział, o co mi chodzi.
- Perseusz Jackson. Pogromca Minotaura – wysyczałam dzikim szeptem. - Mój brat.
Chejron westchnął i odłożył karty na stolik.
- Alex, musisz zrozumieć…
- NIC NIE MUSZĘ – wybuchłam ponownie, uderzając pięścią w stolik z taką siłą, że puszka dietetycznej coli przewróciła się, rozlewając na karty swoją zawartość. - Jest w Obozie prawie tydzień, a ty NIC mi nie powiedziałeś.
- Panno Johnsson, to była ostatnia puszka mojego ulubionego napoju i na Styks, czy musisz tak krzyczeć? - marudził pan D., jednym ruchem osuszając stolik, a drugim przyzywając kolejną puszkę.
- Nazywam się Jackson, panie D. - warknęłam, wciąż wbijając wściekłe spojrzenie w Chejrona.
- Przecież mówię, panno Jefferson, że nie ma potrzeby tak krzyczeć. – Dionizos wywrócił oczami i siorbnął łyk napoju. - Brat, nie brat, jest herosem i jak każdy heros, pewnie wkrótce zginie w straszny i bolesny sposób. – Wzruszył lekceważąco ramionami i wyłożył czysty sekwens. - Twoja kolej, Chejronie.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię być ignorowana i lekceważona.
- Może byłoby inaczej, gdyby nie siedział pan bezczynnie na swoim tłustym zadku, siorbiąc tę ohydną colę i marzył tylko o tym, by się stąd wyrwać na plantację winorośli? Może herosi wracaliby cało z misji, gdyby choć raz się pan nimi zainteresował?! - wysyczałam wściekle, zapominając na chwilę o Percym.
Pan D. nagle urósł w oczach, a w jago oczach pojawiło się coś… coś potężnego. Mnie samej zaszumiało w głowie, przed oczami przewinęła się wizja ludzi – z różnych epok – opętanych szaleństwem, kobiet tańczących w jakimś dzikim korowodzie oraz wijącą się niepokojąco winorośl.
Ups, znowu zapomniałam, że wkurzanie bogów jest raczej kiepskim pomysłem na rozpoczęcie dnia.
- Alexandro Jackson, śmiesz nazywać mnie leniwym? Śmiesz twierdzić, że nie interesuje mnie los herosów powierzonych mojej opiece? Śmiesz mówić, że dietetyczna cola jest ohydna?!
Byłam niemal pewna, że zaraz zmienię się w bardzo rozeźloną kupkę popiołu, na szczęście pan D. wrócił do swojej zwykłej postaci, mimo iż w jego oczach wciąż migotało szaleństwo.
- Chejronie, mam nadzieję, że znajdziesz dla tej damy wyjątkowo paskudne zajęcie, które będzie wykonywać przez najbliższy tydzień w ramach swojej kary – wycedził jeszcze, zanim ponownie zatopił wzrok w kartach. - Wykładasz się?
- Innym razem. – Chejron pokręcił głową i odsunął się od stolika. - Alex, pozwól, że wyjdziemy na zewnątrz, dobrze? - poprosił tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ha! Więc oddajesz walkowerem! - ucieszył się pan D. i z radości wyczarował sobie następną puszkę dietetycznej coli. - A tobie, panno Johnsson, radzę się cieszyć, że nie zmieniłem cię w soczystą truskawkę – zawołał jeszcze, nim wyszłam z Wielkiego Domu.
- Nazywam się Jackson, panie D.! - odparłam, znikając z zasięgu jego wzroku.
Chejron czekał na mnie na przystani dla kajaków.
- To nie było rozsądne, Alex – zauważył, ruszając powoli wzdłuż brzegu.
- Nierozsądne było zatajanie przede mną dużego fragmentu mojego życia – wytknęłam mu, choć już nie byłam na niego taka zła. Najwyraźniej miał powody, by ukryć przede mną taki szczegół jak fakt, że mój brat jest dzieckiem półkrwi, podobnie jak i ja.
Chejron westchnął, chyba po raz setny tego dnia.
- Niczego przed tobą nie ukrywałem, Alex. Przecież mieszkasz w Obozie od dwunastu lat i doskonale wiesz, dlaczego tak jest.
- Bo moja matka zostawiła mnie tu, gdy miałam sześć miesięcy, bo moja półboska krew ściągała potwory na jej głowę, zagrażając życiu mojego śmiertelnego brata – wyrecytowałam formułkę, którą od lat powtarzałam, kiedy zdarzyło mi zatęsknić za mamą, której nawet nie pamiętałam.
Nie wolno było tęsknić. Nie zależało jej na mnie, oddała mnie, by chronić mojego brata – Perseusza.
- Śmiertelnego? - zdziwił się Chejron. - Kto ci takich bzdur nagadał? Nawet nie wiesz, jak bardzo zrozpaczona była Sally, gdy musiała wybierać, z którym z was się rozstać na długie lata, by potwory nie zwęszyły skumulowanej mocy dwojga potężnych herosów…
- Co? - wyrwało mi się. - Ale… jak to? - wyjąkałam słabo.
Od lat żyłam w przekonaniu, że matka kochała mnie mniej niż Perseusza albo wręcz nie kochała wcale i bez zmrużenia oka zostawiła mnie w Obozie, by pozbyć się kłopotu. Nigdy nie sądziłam więc, że kiedykolwiek zobaczę ją albo brata.
Paradoksalnie, prędzej spodziewałam się spotkać z moim boskim ojcem niż śmiertelną częścią rodziny.
A teraz Chejron mówi mi, że nie chciała się ze mną rozstawać, ale musiała, bo nie była w stanie ukryć obecności dwojga półbogów pod swoim dachem przed hordą potworów czyhających na nasze życie.
- Nie ukrywam, że oboje dysponujecie silną aurą, która mocno przyciąga potwory – kontynuował centaur. - Sally miała problem z ukryciem Percy’ego przez te wszystkie lata, kiedy ty żyłaś bezpiecznie w Obozie i gdyby nie grożące wam niebezpieczeństwo, nigdy by cię tu nie pozostawiła. Ona cię bardzo kochała, Alex.
- Kochała? - powtórzyłam podejrzliwie, bo w jego głosie wyczułam jakąś zmianę.
Chejron zasępił się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
- Wasza matka… - zaczął delikatnie, ale jego wzrok wbity posępnie w drzewo Thalii powiedział mi więcej niż słowa.
- Och – udało mi się wydusić.
Nigdy nie wiązałam żadnych emocji ze słowem „mama”, ale myśl, że już nigdy jej nie poznam była jakaś taka… przykra.
Chwilę podążaliśmy wzdłuż brzegu w milczeniu, nim Chejron zwrócił się do mnie ponownie. Na jego twarzy było jakieś napięcie, jakby… bał się, że znów na niego nakrzyczę? Albo raczej, że opacznie zrozumiem jego słowa.
- Alex, muszę cię po raz kolejny prosić o wyrozumiałość. Wiem, że powinienem w inny sposób zaaranżować wasze spotkanie, myślałem… - zamyślił się na chwilę. - Myślałem, że sama domyśliłaś się prawdy, ale nigdy bym nie pomyślał, że od lat żyjesz w przekonaniu, że Percy jest śmiertelnikiem. W każdym razie, wysłałem cię na patrol, byś sobie to wszystko poukładała i na spokojnie podeszła do waszego spotkania, ale…
- ...ale raczej kiepsko ci to wyszło. – Skrzywiłam się. - To chyba jednak moja wina, mogłam szybciej zrozumieć ten sen - westchnęłam.
- Jaki sen? - zainteresował się centaur, a ja uświadomiłam sobie, że ostatecznie mu o nim nie opowiedziałam. Szybko streściłam mu więc moje nocne boje o obejrzenie rewersu monety.
- Ten sen miał mi powiedzieć, że wkrótce spotkam się z bratem, prawda? - zakończyłam, Chejron jednak wydawał się bardziej przejęty moją opowieścią, niż byłam skłonna uznać za normalne.
- Tak, choć… Dwie strony tej samej monety, czy to możliwe, żeby… - zaczął mruczeć do siebie, więc postanowiłam sprowadzić go na ziemię.
- Chejronie, co ja mam teraz z nim zrobić? - jęknęłam, bo po pierwsze uświadomiłam sobie, że moje wybiegnięcie z areny musiało wyglądać dziwnie, a po drugie… no cóż. Właśnie dotarło do mnie, że ma brata. Tutaj, tuż obok siebie, a jego śpiwór narusza dwa centymetry kwadratowe mojej przestrzeni osobistej w domku Hermesa.
- Porozmawiaj z nim delikatnie, podejrzewam, że on nawet się nie domyśla, kim jesteś. – Centaur potwierdził moje obawy. - Będzie cię teraz bardzo potrzebował.
- Super – mruknęłam. - W takim razie chyba już pójdę. Muszę się psychicznie przygotować na… Sama nie wiem na co – westchnęłam zrezygnowana i obróciłam się w kierunku kantyny, bo zbliżała się pora kolacji.
Mam wytłumaczyć mojemu bratu, który pierwszy raz widzi mnie na oczy i dotąd nie wiedział o moim istnieniu, że ma siostrę – na dodatek siostrę bliźniaczkę – a naszym ojcem jest bliżej niezidentyfikowane bóstwo o dość sporej mocy, skoro potwory tak bardzo chcą nas schrupać? Łatwizna.
To ja jednak poproszę te wściekłe Erynie. Minotaurem też nie pogardzę.
- A, i Alex? - zawołał jeszcze za mną Chejron. - Co do twojej kary, za obrażanie pana D. na cały głos… Myślę, że stajnie pegazów wymagają dokładnego wyszorowania, a płytki w amfiteatrze od dawna czekają na polerowanie. Byłbym wdzięczny, gdybyś się tym zajęła, abym mógł powiedzieć dyrektorowi, że dostałaś paskudną karę, co?
- Ale, Chejornie! - jęknęłam, jednak centaur już pogalopował z powrotem do Wielkiego Domu, by dalej ogrywać pana D. w remika.
Zapowiada się ciekawy tydzień.

___________
To też jest stary rozdział. Ale kolejny, nowy, jest już prawie gotowy. Czekam, że wena mnie opuści, więc korzystajcie, póki jeszcze ciepła!