Złota
drachma poszybowała w górę. Leciała i leciała, a ja śledziłam
jej ruch, choć odbite przez nią światło słoneczne oślepiało i
powodowało straszny ból oczu. Musiałam zobaczyć. Musiałam.
W
momencie kulminacyjnym swojego lotu na moment zawisła nieruchomo w
powietrzu, a ja usiłowałam dojrzeć, co przedstawia jej awers.
Patrzyłam jednak pod słońce, więc moneta była jedynie ciemną
plamką na tle tarczy słonecznej. Potem moneta zaczęła spadać,
zdecydowanie szybciej niż leciała do góry. Upadła na posadzkę z
metalicznym brzdękiem i wirowała nie mogąc się zdecydować, na
którą stronę upaść.
W
napięciu przyglądałam się jak zwalnia, zatacza coraz szersze
kręgi. Jeszcze chwila i zobaczę… Jeszcze moment i dowiem się…
Usiadłam
gwałtownie na łóżku, zastanawiając się, co mnie obudziło. Znów
miałam ten sen. I znowu nie dowiedziałam się, jak upadała moneta.
Nie wiedziałam, czemu ta informacja była dla mnie tak istotna. A
była istotna. Herosom nic nie śni się ot tak.
Rozejrzałam
się w poszukiwaniu zegarka, ale go nie potrafiłam znaleźć.
Wstałam więc i wyszłam przed domek Hermesa. Nie zdążyłam nawet
zejść z wycieraczki, kiedy usłyszałam ryk. To chyba on mnie
obudził poprzednio. Wróciłam się do domku i szybko chwyciłam
miecz, który obecnie przybrał postać spinki do włosów kształcie
morskich fal. Zapięłam ją szybko i miecz urósł do swoich
oryginalnych rozmiarów. Obróciłam się, by wybiec z domku i wpadłam
wprost na Luke'a.
-
Dokąd to, mała?
-
Sam jesteś mały! – warknęłam. – Nie słyszałeś? – dodałam
łagodniej, bo w gruncie rzeczy go lubiłam. No dobra, bardzo
go
lubiłam. Jakby nie było, był moim przyjacielem. W sumie jedynym.
-
Nie – odparł, ale nie do końca mu uwierzyłam. Zwłaszcza, że po
chwili dźwięk rozległ się ponownie.
-
Jasne – sarknęłam. – Tego też pewnie nie słyszałeś? Muszę to
sprawdzić. – Odepchnęłam go i wyszłam przed domek.
-
Alex, poczekaj! – zawołał i wybiegł za mną. – Cokolwiek to
jest, nie wejdzie do Obozu. Idź lepiej spać.
-
Co ty mówisz? – Z wrażenia aż się zatrzymałam. – Powinniśmy
przynajmniej sprawdzić co to…
-
Mówię poważnie, Alex. Idź spać.
Nie
cierpiałam, kiedy to robił. Nie cierpiałam, kiedy korzystał z
dzielącej nas różnicy wieku i jego pozycji grupowego naszego
domku. Hej, byliśmy przyjaciółmi, tak? A ja górowałam nad nim
doświadczeniem, tak? A mimo to miał prawo odesłać mnie teraz do
łóżka. To nie było fair.
Obróciłam
się na pięcie i bez słowa ruszyłam z powrotem w kierunku domku
numer jedenaście.
-
Tylko bez żadnych numerów, jasne? – zawołał za mną.
-
A ty nie wracasz? – Zatrzymałam się zdziwiona.
-
Muszę coś załatwić – uciął i zniknął w ciemności
otaczającej trawnik przed domkami.
Kusiło
mnie, żeby jednak sprawdzić, co tak hałasowało, ale od dłuższej
chwili panowała kompletna cisza. Z daleka widziałam, że w Wielkim
Domu palą się światła, co oznaczało, że Chejron (albo chociaż
pan D.) czuwa. Gdyby coś było nie tak, już postawiliby na nogi
cały obóz (w każdym razie Chejron, reakcji dyrektora nie byłam
taka pewna), wyglądało więc na to, że spokojnie mogę iść spać.
Wróciłam
nieco niechętnie do łóżka, jednak bardzo długo nie mogłam
zasnąć. Zastanawiało mnie dziwne zachowanie Luke'a i tajemnicze
ryki. W końcu postanowiłam, że zajmę się tym rano. Mimo to,
kiedy zasnęłam, powoli już świtało.
***
Obudził
mnie jak zwykle poranny harmider. Naciągnęłam poduszką na głowę
i próbowałam ukraść Morfeuszowi jeszcze kilka drogocennym minut
snu.
-
Ludzie, dajcie spać! - jęknęłam, bo przez przypadek zerknęłam
na zegarek, który poinformował mnie, że spałam trochę ponad godzinę.
Zza
ściany dobiegały dźwięki bitwy na poduszki. Najbardziej było
słychać braci Hood – nastoletnich synów Hermesa, czyli
prawowitych mieszkańców domku numer jedenaście.
Wiele
bym dała, by mój boski rodzic wreszcie się do mnie przyznał. Co
jak co, ale dwunasty rok spędzony w zatłoczonym domku Hermesa
potrafi dać w kość. Nie mam nic do innych obozowiczów
zamieszkujących go, czy to na stałe, czy to tylko chwilowo, ale,
bogowie, w końcu któryś z was mógłby się do mnie przyznać!
Nieopodal
mojego łóżka coś wybuchło, niemal rozsadzając mi bębenki.
Wściekła zerwałam się z łóżka.
-
Który chce być dziś moim manekinem?! – wrzasnęłam, a mój
wzrok padł na uśmiechniętego Connora.
-
Wybacz. - Posłał mi uśmiech aniołka, jednak nie dałam się na to
nabrać. – Eksperyment się nie udał.
-
Nie uda to ci się dziś poskładać do kupy po ćwiczeniach –
warknęłam, czując jak rodzący się ból głowy powoli zaczyna
rozsadzać mi zatoki. – Która godzina? – zapytałam retorycznie,
bo przed nosem miałam zegar. Nie czekając na odpowiedź, chwyciłam
kosmetyczkę i pognałam do łazienki. Miałam trochę ponad pół
godziny żeby się ogarnąć i zjeść śniadanie.
Umyłam
szybko zęby i wzięłam błyskawiczny prysznic. Kiedy pędziłam na
jadalnię nagle na kogoś wpadłam. Na kogoś bardzo futrzastego.
-
Grover! – zwołałam, chwytając go mocno za ramię, bo w innym
wypadku wylądowałabym na ziemi. – Wróciłeś!
-
No, jak widać. – Uśmiechnął się szeroko. – Nic się nie
zmieniłaś… Prawie.
-
A twoje rogi są coraz większe – odparłam, choć nadal nie dało
się ich dostrzec.
-
Naprawdę? – Mimowolnie pomacał się po czole. Grover był młodym
satyrem i ze zniecierpliwieniem oczekiwał momentu, w którym jego
rogi staną się widoczne. – Też tak mi się wydawało… Myślisz,
że niedługo będą widoczniejsze?
Uśmiechnęłam
się w odpowiedzi i zapytałam:
-
Kiedy wróciłeś?
-
W nocy. – Obejrzał się nerwowo, jakby się czegoś obawiał.
-
W nocy? – powtórzyłam jak echo. – Więc może wiesz, co tak
hałasowało. Obudziły mnie jakieś ryki.
-
Ja, eee… - zaczął się jąkać. – Wiesz, właśnie sobie
przypomniałem…
-
Grover! – zawołałam, bo widziałam, że chce zwiać bez
odpowiedzi, co samo w sobie było już mocno podejrzane.
-
Bo widzisz, Chejron prosił mnie bym… No wiesz, jak on o coś
prosi…
-
Grover! – nadałam mojemu głosowi najstraszniejszy ton, na jaki
było mnie stać, jednak satyr już oddalał się w kierunku
Wielkiego Domu.
Westchnęłam.
Najwyraźniej nie chciał mi o czymś powiedzieć. I to nietypowe
zachowanie Luke'a w nocy… Spojrzałam na zegarek i zorientowałam
się, że mam kwadrans na zjedzenie śniadania, więc rzuciłam się
biegiem w kierunku jadalni.
Z
trudem znalazłam wolne miejsce przy stoliku Hermesa, zazdrośnie
zerkając na puste stoły Zeusa, Hery, Artemidy i Posejdona. Zarówno
Posejdon jak i Zeus, a także Hades, po II Wojnie Światowej
przyrzekli, że nie będą się wiązać ze śmiertelnikami i jak na
razie dochowywali przysięgi. Hera, jako bogini małżeństwa, zawsze
pozostawała wierna Gromowładnemu, a Artemida ślubowała czystość. Z tego
powodu zarówno domki, którym patronowali, jak i odpowiadające im
stoły na jadalni były całkowicie puste. W przeciwieństwie do domku
i stolika Hermesa.
Szybko
połknęłam tosty i owsiankę, pragnąc jak najszybciej znaleźć
się z dala od tego hałasu. Głowa bolała mnie coraz bardziej, ale
zacisnęłam zęby i podeszłam do trójnogu, by złożyć bogom
ofiarę składającą się z dwóch tostów i połowy kubka herbaty.
-
Bogowie, przyjmijcie moją ofiarę – wyszeptałam i dodałam w
myślach – „Nie chciałabym być upierdliwa, ale dwanaście lat w
domku Hermesa… Wiecie o co chodzi, prawda?”
Westchnęłam
i pobiegłam do domku, by przygotować się do zajęć. Od tylu lat wciąż
ta sama prośba. Wciąż niewysłuchana.
***
Na
zajęcia wpadłam spóźniona, w biegu nakładając zbroję. Obóz
był bardzo rozległy, co w tej chwili przeklinałam z całej duszy.
Wszyscy już ćwiczyli, podobierani w pary, a Chejron krążył
dookoła nadzorując to wszystko i poprawiając ewentualne błędy.
Na
mój widok rozejrzał się dookoła, by znaleźć mi jakiegoś
przeciwnika.
-
Ach, Alex. Kto późno przychodzi, ten…
-
…sam sobie szkodzi – wysapałam. – Jakby co, mogę poznęcać
się nad manekinem.
-
Nie, dołączysz do Annabeth i Clarisse.
-
Coo?! – jęknęłam.
Wszystko, tylko nie one. Każda z osobna jest w porządku, ale obie naraz? Żadna mnie nie znosiła, a na dodatek nie znosiły siebie wzajemnie. Efekt? Całe to „nieznoszenie” kumulowało się na mnie. Mało przyjemny początek dnia.
Wszystko, tylko nie one. Każda z osobna jest w porządku, ale obie naraz? Żadna mnie nie znosiła, a na dodatek nie znosiły siebie wzajemnie. Efekt? Całe to „nieznoszenie” kumulowało się na mnie. Mało przyjemny początek dnia.
-
Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi. – Uśmiechnął się
Chejron i dałabym sobie rękę uciąć, że skazanie mnie na
obecność córek Ateny i Aresa sprawiało mu złośliwą
przyjemność.
Odszukałam
wzrokiem moje rywalki i ruszyłam w ich kierunku. Clarisse walczyła
długą włócznia, a Annabeth jednoręcznym mieczem. Powietrze
między nimi było aż naelektryzowane, a ostrza krzesały iskry.
-
Wchodzę! – zawołałam i skoczyłam między nie, odbijając cios
Annabeth, który miał ugodzić Clarisse w kolano, a jednoczenie
wymijając ostrze włóczni tej ostatniej.
-
Spadaj, smarkulo! Tu się walczy! – warknęła córka Aresa,
próbując mnie odepchnąć, jednak zrobiłam unik i pacnęła w ramię
Annabeth. Ta zareagowała odruchowo i machnęła mieczem na odlew.
Kucnęłam, by nie oberwać ostrzem w głowę, a grot włóczni zarył
pod moimi nogami. – Won, powiedziałam!
- Polecenie Chejrona – odkrzyknęłam tylko.
Choć
obie się nie znosiły (delikatnie powiedziane), teraz wspólnie
robiły wszystko, by mnie rozbroić. I szło im całkiem nieźle,
szczerze powiedziawszy. Ale „nieźle” to za mało, gdy ma się do
czynienia z kimś, kto ćwiczy szermierkę od prawie dziesięciu lat. Nauczyłam się trzymać miecz, jeszcze zanim opanowałam wiązanie butów i liczenie do dziesięciu.
Clarisse
zamachnęła się włócznią, jednak cios, który miał mnie
przyszpilić do ziemi, trafił w pustkę i włócznia wbiła się w
trawnik, unieruchamiając na chwilę dziewczynę. Chciałam podciąć
ją płazem miecza, by ostatecznie ją rozbroić, jednak najpierw
musiałam odeprzeć gwałtowny atak Annabeth. Cofałam się przed jej
szybkimi sztychami, aż w końcu upadłam na ziemię. Odturlałam się
na bok, a ostrze miecza spadło tuż przed nosem podnoszącej się
właśnie Clarisse, odcinając jej kosmyk włosów, które wymknęły
się z kucyka. Córka Aresa wrzasnęła dziko i rzuciła się na
Annabeth, a ja w tym czasie podniosłam się z ziemi, uśmiechając
się pod nosem. Ten fortel zawsze działał, a one zawsze się na
niego nabierały.
-
Alex, nie obijaj się! – zawołał Chejron, widząc, że jedynie
przyglądam się walce.
-
Same się wykończą, po co się przemęczać? – odkrzyknęłam.
Dziewczyny
jednak to usłyszały i przypomniały sobie, że to one miały mnie
wykończyć mnie. Cóż, a było tak pięknie… Rzuciły się na mnie
obie. Clarisse ze wściekłością, Annebeth z chłodną rozwagą.
Odbiłam sztych córki Ateny, zrobiłam piruet, zakręciłam mieczem,
a włócznia Clarisse zboczyła z kursu i zamiast trafić mnie w
pierś, ugodziła Annabeth w lewy bok. Dziewczyna gwałtownie
wypuściła powietrze i padła na kolana. Gdyby nie pancerz, już
miałaby połamane żebra. Clarisse nie grzeszyła delikatnością.
Annabeth
miałam z głowy, ale zaistniał inny problem. Odbijając cios
włóczni, straciłam miecz, który leżał teraz dobrych kilka
metrów od pola walki. A Clarisse już pędziła na mnie wściekła,
unosząc broń do ciosu. Myśląc więc gorączkowo, zrobiłam unik i
padłam na ziemię. Cios chybił, ale moja przeciwniczka wpadła na
mnie z impetem, boleśnie przygniatając do ziemi. Włócznia wypadła
jej z ręki, więc rzuciła się na mnie z pięściami. Chwyciłam ją
za nadgarstki, jednak w walce wręcz miała dość spore szanse mnie
pokonać. No dobra, to ja miałam nikłe szanse wygrać.
-
Dość! – Nad nami pojawił się Chejron, a kiedy Clarisse nie
usłuchała, chwycił ją za ramię i oderwał ją ode mnie. –
Wystarczy, dziewczyny. Annabeth, wszystko w porządku?
Dziewczyna
skinęła głową, a centaur spojrzał na Clarisse. Ta jednak tylko
łypała na mnie gniewnie.
-
Bardzo dobrze, Alex – pochwalił mnie Chejron. – Tylko następnym
razem postaraj się nie wykorzystywać nieporozumień między
przeciwniczkami do osiągnięcia sukcesu, dobrze?
-
To było silniejsze ode mnie. – Wyszczerzyłam się.
-
Sukcesu?! – wysyczała w tym momencie Clarisse. – Zgniotłabym ją
jak robaka! Jednym palcem!
-
Tego właśnie próbowałem uniknąć. – Uśmiechnął się Chejron.
– Proponuję małą zamianę. Annabeth, myślę, że powinnaś
pójść już do Wielkiego Domu. – Spojrzał na nią znacząco,
jakby mieli jakiś wspólny sekret
-
Jasne, już idę. – Skinęła głową w sposób, który upewnił
mnie, że o czymś nie wiem. O czymś istotnym. Ale co tam. W końcu jestem tylko obozowiczką z najdłuższym stażem. Nikt nie miał więcej pamiątkowych koralików niż ja.
-
Clarisse, ochłoń trochę przy manekinach, a ty Alex, chodź ze mną.
Córka
Aresa odmaszerowała w kierunku manekinów, a ja posłusznie
podążyłam za centaurem. Kiedy odeszliśmy od areny dobrych
kilkaset metrów, a centaur nadal milczał, zapytałam:
-
Coś się stało?
-
Luke wspominał mi, że wybierałaś się gdzieś w nocy… - zaczął
Chejron.
-
Słyszałam jakieś porykiwania – wyjaśniłam. – Chciałam to
sprawdzić, ale Luke kazał mi wracać do łóżka. – Skrzywiłam
się na to wspomnienie.
Nienawidzę,
kiedy ludzie traktują mnie jak małe dziecko. No dobra, mam
dwanaście lat, ale nie jestem dzieckiem, jasne? Jestem herosem. A
heros to nie dziecko. Herosi nie mają dzieciństwa.
-
Przed bramą był Minotaur – wtrącił Chejron.
Zatrzymałam
się oszołomiona.
-
Jak to? W nocy? Dziś
w nocy?
Skinął
głową.
-
Czemu nikt nie wszczął alarmu?
-
Bo zanim się o tym dowiedzieliśmy, był już martwy – odparł.
-
Martwy?
-
Mamy nowego obozowicza – dodał mimochodem Chejron, pozornie z
zupełnie innej beczki.
No
tak. Dopiero teraz dotarło do mnie, co oznaczał powrót Grovera,
który zniknął kilka miesięcy temu, bo wpadł na trop jakiegoś
dziecka półkrwi.
-
Musi być potężny skoro osobiście musiałeś mieć na niego oko. – Skojarzyłam kolejne fakty, a Chejron jedynie znów pokiwał głową,
ciężko zamyślony. Przez ostatnie miesiące bywał w Obozie
sporadycznie. Oficjalnie załatwiał sprawy Olimpu, ale tajemnicą
poliszynela było, że chodzi o nowego herosa. Najwidoczniej ów
heros właśnie dotarł na miejsce. – Super, w domku już zupełnie
nie będzie miejsca – mruknęłam, kiedy nie doczekałam się innej
reakcji ze strony centaura.
Znaczna
cześć nowych obozowiczów była nieokreślona, to znaczy, że ich
boscy rodzice jeszcze się do nich nie przyznali. Czasem nie mieli na
to ochoty, czasem było to dla nich niezręczne, a czasem po prostu
zapominali. Przypominali sobie zazwyczaj wtedy, kiedy ich śmiertelne
dziecko dokonywało czegoś wielkiego, prawie przy tym ginąc.
W
każdym razie, wszyscy ci nieokreśleni trafiali do domku Hermesa,
który jako patron wędrowców (między innymi, bo wielu kojarzy go
raczej z bogiem złodziei, ale jego dzieci nie bardzo lubią, gdy się
o tym wspomina), chętnie brał ich w opiekę, że tak powiem. A
ponieważ każdego roku przybywało kilku nowych obozowiczów… Cóż,
w domku jedenastym zawsze panował spory ruch.
-
Sam pokonał Minotaura. Bez przeszkolenia – zaznaczył Chejron,
jakby to mogło usprawiedliwić nowego.
-
Wow, gratulacje, ale przez to nie będzie zajmować mniej miejsca –
sarknęłam.
-
Dochodzi do siebie w Wielkim Domu, wciąż się nie obudził –
wyjaśnił Chejron, a ja teatralnie odetchnęłam z ulgą.
-
Uff, będzie jeszcze czym oddychać przez parę dni. Tak na
marginesie, co jest w nim takiego wyjątkowego, że mi o nim mówisz?
Zazwyczaj nie informujesz wszystkich personalnie o przybyciu nowego
obozowicza…
Chejron
uśmiechnął się tajemniczo lecz nic nie odpowiedział.
-
Niedługo zaczyna się obiad – zauważył po chwili milczenia. –
Nie ma sensu wracać na arenę.
-
Chejronie, zwolnij mnie z popołudniowych zajęć – poprosiłam
nagle. Po obiedzie teoretycznie miałam zajęcia z łucznictwa, które
mogłam opuścić bez żalu. Dzieci Apolla uwielbiają przechwalać
się swoją celnością. Nie miałam dziś na to ochoty. Ten bóg miał do mnie chyba jakiś osobisty uraz.
-
Chcesz mi o czymś powiedzieć? – zapytał, nagle zatroskany.
Pomyślałam
o moim dzisiejszym śnie, ale pokręciłam głową.
-
Nie, po prostu potrzebuję chwili dla siebie.
Nie
pytał, skinął jedynie przyzwalająco głową, a ja pobiegłam do
domku, by przebrać się na obiad.
***
Z
jadalni poszłam prosto nad zatokę. Musiałam pomyśleć. A to
oznaczało kąpiel.
Odkąd
pamiętam moim żywiołem była woda. W wodzie najlepiej mi się
rozmyślało, woda dodawała mi energii. Kiedy byłam zmęczona,
wystarczyło, że przepłynęłam kilkaset metrów, a czułam się
jak nowonarodzona. Czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem moim rodzicem nie było jakieś pomniejsze wodne bóstwo... Tak, czy siak, nie kwapiło się, by się do mnie przyznać.
Tym
razem nawet się nie zatrzymałam, by przebrać się w strój
kąpielowy. Tak jak stałam, ruszyłam pędem w dół zbocza, bosymi
stopami odbiłam się od brzegu pomostu i w krótkich spodenkach oraz
bluzce na ramiączkach wskoczyłam na główkę do wody. Przez krótki
jak mgnienie oka moment, nim przebiłam wyjątkowo dziś spokojną
taflę zatoki, widziałam w niej swoje odbicie. Opalona skóra, lekko
umięśnione ramiona i spięte na karku w niedbały kok ciemne włosy.
Potem zanurzyłam się w wodach zatoki.
Od
razu poczułam ulgę. Opadło ze mnie całe zmęczenie, myśli się
rozjaśniły. Przepłynęłam pod wodą kilkaset metrów, nim
musiałam się wynurzyć, by zaczerpnąć oddechu. Brzeg majaczył się
spory kawałek dalej, ale nie martwiłam się tym. Umiałam doskonale
pływać, niemalże od urodzenia. A w wodzie jeszcze nigdy nie
spotkała mnie żadna krzywda.
Zaczerpnęłam
powietrza i zanurkowałam. Nieopodal zauważyłam dwie nereidy –
wodne nifmy – które szeptały coś do siebie, wskazując na mnie.
Pomachałam im, ale nie zwróciły na mnie uwagi. Zawsze zachowywały
dystans, choć nie uciekały jak na widok innych obozowiczów. Może
nawet mnie, czy ja wiem, lubiły?
Nereidy
szybko straciły zainteresowanie moją osobą i odpłynęły w
kierunku ujścia strumieniu Zefira. Położyłam się na plecach na
powierzchni wody i lekko sterując ruchami dłoni dryfowałam sobie
kilkaset metrów od brzegu. Pierwszą sprawą, którą musiałam
przemyśleć był Luke. Może mi się wydawało, ale dziś w nocy
zachowywał się inaczej niż zwykle. Zazwyczaj on pierwszy rzuciłby
pomysł, żeby sprawdzić, co jest nie halo. Ale tym razem…
Znałam
go od pięciu lat. Kiedy przybył do Obozu miałam zaledwie siedem
lat, on z kolei czternaście. Nie przeszkodziło mi to w daniu mu
niezłego łupnia na pierwszych zajęciach z szermierki, choć
przyznaję, nie był kompletnym nowicjuszem. Razem z nim do Obozu
przybyła Annabeth, wówczas podobnie jak ja siedmioletnia i Thalia,
której jednak nie udało się dotrzeć do bramy. Tuż przed nią
poświęciła życie, by ratować przyjaciół, a bogowie zmienili ją
w sosnę, która strzegła teraz granic Obozu.
Annabeth
za mną nie przepadała, nie wiem dlaczego. No dobra, wiem.
Najzwyczajniej w świecie jest ogromną fanką Luke'a. Opiekował się
nią przez dość długi okres i, gdyby mogła, założyłaby
jego fanklub. W związku z powyższym, nie w smak jej, że Luke mnie
lubi. To głupio brzmi, ale jest o niego zazdrosna, choć nie ma o
co… Hej, hej, jesteśmy przyjaciółmi, jasne? Ludzie kochani, on
ma dziewiętnaście lat. A ja dwanaście. Nie trzeba być dzieckiem
Ateny, żeby policzyć, że to siedem lat różnicy. A ona się
czepia, w zasadzie nie wiadomo o co. Z Lukiem łączy mnie ten
specyficzny rodzaj przyjaźni, który polega na tym, że jesteśmy
dla siebie totalnie wredni, ale wiemy, że jakby co możemy sobie
całkowicie ufać, że ta druga osoba nie wyśmieje naszych
problemów, kiedy naprawdę będziemy potrzebować pomocy.
Słońce
przygrzewało dość mocno, więc czułam jak moja skóra, a
przynajmniej ta jej część, która wystawała ponad wodę, zaczyna
wysychać. Zanurzyłam się więc ponownie i przepłynęłam
kilkadziesiąt metrów, zbliżając się do brzegu. Ponownie
położyłam się na plecach, by poleniuchować do czasu, gdy słońce
znów da mi w kość.
Drugą
sprawą, która nie dawała mi spokoju był dziwny sen. Śnił mi się
w kółko od dobrych kilku dni. Czasem w całości, czasem
fragmentami. Szczegóły różniły się, ale niezależnie od tego,
czy wpatrywałam się w złotą drachmę, czy też w amerykański
cent, nigdy nie udało mi się zobaczyć awersu (ani też rewersu)
monety. Teoretycznie, wiedziałam co każda z tych monet ma
wygrawerowane z obu stron. Ale równocześnie wiedziałam, że moneta
ze snu, nie była zwykłą monetą. Nie mogła być zwykła.
Sny
herosów zawsze niosą ze sobą pewną symbolikę. Kojarzycie
Morfeusza, prawda? To taki bóg, który zajmuje się snami. Czasem
potrafi być naprawdę wredny, jak na przykład ta moja moneta.
Śmiertelnicy mogą sobie śnić o czym chcą, ale dla herosów ma
przygotowany specjalny repertuar.
W
końcu zadecydowałam, że jednak opowiem Chejronowi o moim śnie.
Istniała możliwość, że to coś ważnego.
Chciałam
zanurkować i tym razem trochę popływać, bo skóra znów mi
nieprzyjemnie wyschła, ale usłyszałam, że ktoś mnie woła z
brzegu. O wilku mowa!
Na
plaży stał Luke i czekał aż do niego podpłynę. Po kilku
energicznych pociągnięciach ramion standardowo zaszorowałam
kolanem o brzeg. Wstałam, krzywiąc się lekko i wykręciłam włosy
tuż pod nogi chłopaka.
-
Hej, uważaj, maleńka! – zwołał, gdy woda prysnęła mu na
sandały.
-
Z cukru nie jesteś – odparłam. – I przestań z tą „maleńką”,
bo to się robi wkurzające - poprosiłam.
-
Siła przyzwyczajenia. Faktycznie zdążyłaś trochę urosnąć w międzyczasie. – Uśmiechnął się. Po chwili jednak
spoważniał. – Wszystko ok?
-
Jesteś już drugą osobą, która dziś o to pyta – westchnęłam.
-
Bo wyglądasz na, bo ja wiem, zatroskaną?
-
Nie spałam dziś najlepiej – odparłam zgodnie z prawdą.
-
I nie było cię na zajęciach z łucznictwa – kontynuował.
-
Nie miałam ochoty patrzeć, jak dzieciaki od Apollina puszą się po
każdym strzale. Po dwunastu latach to zaczyna się robić nudne –
mruknęłam. – A na serio, to musiałam przemyśleć parę spraw.
-
Jakich? – zainteresował się.
Chwilę
się wahałam, czy nie skłamać, ale w końcu stwierdziłam, że
powiem mu prawdę. Nie lubiłam, kiedy między nami było coś nie
tak.
-
Zastanawiało mnie, dlaczego w nocy… Dokąd wtedy poszedłeś?
-
Pod bramę obozu – odparł prosto. – Chciałem sprawdzić, co tak
hałasowało.
-
Pod… Co?! – zawołałam. – Ale przecież…
-
Wiem, nie podoba ci się, że odesłałem cię do łóżka. – Podniósł do góry ręce w obronnym geście, bo musiałam w tym
momencie wyglądać jak wściekła Erynia. – Ale zrozum, ja po
prostu… - zmieszał się lekko. – Ja się o ciebie martwiłem.
-
Martwiłeś
się – powtórzyłam.
-
Nie chciałem, żeby stała ci się krzywda. Wiesz, nie wiadomo
było, co to za stwór…
Cisnął
mi się na usta komentarz, że nie jestem małym dzieckiem, i że
potrafię sobie poradzić z potworem, ale jego troska była jakaś
taka… miła.
-
To był tylko Minotaur – stwierdziłam w końcu. – Ale dzięki za
troskę. – Uśmiechnęłam się i nagle poczułam, że zrobiło się
zimno. Wciąż miałam na sobie ociekające wodą rzeczy, więc
mimowolnie zadrżałam.
-
Zimno ci – zauważył natychmiast Luke i okrył mnie swoją kurtką,
która była spokojnie o dwa rozmiary na mnie za duża.
-
Jakoś tak się ochłodziło – zgodziłam się, wsuwając ręce w
rękawy i opatulając się nią szczelnie. Brzeg kurtki sięgał mi
niemal do kolan.
-
Nic dziwnego, zmierzcha. Przegapiałaś kolację, księżniczko.
To było kolejne określenie, którego nie znosiłam, ale tym razem puściłam to mimo uszu.
To było kolejne określenie, którego nie znosiłam, ale tym razem puściłam to mimo uszu.
-
Żartujesz… - Jednak, kiedy spojrzałam na niebo, musiałam
przyznać mu rację. Słońce powoli zachodziło, a mnie zaburczało
w brzuchu. – Cóż, do śniadania tylko parę godzin -
mruknęłam, a przed moim nosem pojawiła się gruba pajda chleba z
pasztetem.
-
Co się mówi? – Luke cofnął rękę, gdy sięgnęłam po kanapkę.
-
Mam nadzieję, że nie jest drobiowy – odparłam przekornie, po
czym dźgnęłam go w brzuch i odebrałam kanapkę.
-
O ty, świnio! – zawołał i próbował się odwdzięczyć tym
samym, ale zdążyłam odskoczyć. – Zemszczę się, obiecuję!
-
Też cię kocham, Luke! – Wyszczerzyłam się i wgryzłam w
kanapkę. Wydawało mi się, że chłopak na chwilę skamieniał,
jakby oszołomiony, jednak trwało to tylko sekundę, bo zaraz
ponownie rzucił się za mną w pogoń, odgrażając się:
-
Już nic nigdy nie zwinę dla ciebie ze stołówki!
I
tak mu nie uwierzyłam, a uciekłam tylko dlatego, że damska toaleta
była całkiem niedaleko.
__________
Tekst już nieco przestarzały, ale nie brzmi źle. Czy jakiś heros tu zabłądził? Alex się nudzi i chciałaby komuś sprać tyłek. Annabeth jest zajęta, Clarisse leczy urażoną dumę, a Minotaur już jest martwy. To co? Jacyś chętni?
Ewentualne kandydatury proszę zgłaszać w komentarzach ;)
__________
Tekst już nieco przestarzały, ale nie brzmi źle. Czy jakiś heros tu zabłądził? Alex się nudzi i chciałaby komuś sprać tyłek. Annabeth jest zajęta, Clarisse leczy urażoną dumę, a Minotaur już jest martwy. To co? Jacyś chętni?
Ewentualne kandydatury proszę zgłaszać w komentarzach ;)
zostałaś nominowana do LBA http://anormalgirlrydelstory.blogspot.com/2016/07/lba.html
OdpowiedzUsuń