Stajnie pegazów lśniły czystością, choć musiałam przyznać, że była to w znacznej mierze zasługa "Specyfiku Augiasza", który kiedyś Luke podwędził harpiom sprzątającym na koniec lata, a parę dni później przegrał ze mną w zakładzie. Nie wierzył, że wygram starcie pięciu na jedną. Cóż, dzięki temu teraz miałam mniej roboty, zatem się opłaciło.
Dziś od rana spędzałam czas w amfiteatrze, więc było pewne, że ominą mnie wszystkie dzisiejsze zajęcia. Musiałam uwinąć się do wieczora, bo domek Apolla znowu zaplanował śpiewy. Chyba już wolałam, jak zajmowali się strzelaniem. To przynajmniej mogło przydać się w walce.
Kara Chejrona nie była jednak zbyt dotkliwa. Polerowanie kafelek - mimo iż było ich chyba milion - było odmóżdżającym zajęciem, mogłam więc spokojnie skupić myśli na czyś zupełnie innym.
A konkretnie na Perseuszu, którego tutaj wszyscy nazywali Percym.
Na chłodno musiałam przyznać, że to miało sens. Wiedziałam, że mam brata. Brata, który mieszkał z moją śmiertelną matką gdzieś w Nowym Jorku, zatem całkiem niedaleko. Matką, która podrzuciła mnie do Obozu Herosów, gdy miałam pół roku. To były fakty. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego jako dziecko założyłam, że mój brat jest śmiertelnikiem? Może dlatego, że rodzeństwa herosów zdarzają się naprawdę rzadko? Bogowie dość szybko porzucali swoje śmiertelne miłości. Szybki romans, nowy półbóg do kolekcji i do widzenia. Koniec historii. Powtórki z rozrywki raczej się nie zdarzały.
Zdarzali się za to bliźniaczy herosi, jak Kastor i Polluks, synowie Dionizosa. Albo jak bracia Hood, co oznaczało zazwyczaj podwójną dawkę kłopotów. Gdyby byli moimi dziećmi, też bym się prędko pozbyła przynajmniej jednego.
Dobra, technicznie rzecz biorąc, oni akurat bliźniakami nie byli. Ale ich matka zawróciła Hermesowi w głowie tak mocno, że był z nią przez okrągły rok. Pewnie dlatego teraz jest taki zabiegany, żeby nadrobić ten czas... W każdym razie, schemat się powtarza.
Dobra, technicznie rzecz biorąc, oni akurat bliźniakami nie byli. Ale ich matka zawróciła Hermesowi w głowie tak mocno, że był z nią przez okrągły rok. Pewnie dlatego teraz jest taki zabiegany, żeby nadrobić ten czas... W każdym razie, schemat się powtarza.
Zatem, wracając do Percy'ego, skoro był herosem - a musiał nim być, bo śmiertelnicy nie mogli przekraczać granic obozu - musiał być też moim bliźniaczym bratem. Dobra, była minimalna szansa, by w tym przypadku był zwykłym gościem z Manhattanu, ale jeśli randkujesz z bóstwem olimpijskim, to raczej nie umawiasz się na boku z byle śmiertelnikiem, prawda?
Czyli wynika z tego, że mój brat Perseusz jest moim bratem bliźniakiem, jest w związku z tym herosem, a moja matka mnie nie porzuciła, tylko chciała mnie chronić, a ja przez dwanaście lat niepotrzebnie jej nienawidziłam. Miło.
A. Na dodatek ona teraz nie żyje.
Cudownie. Fata muszą mieć niezły ubaw.
Trochę zastanawiały mnie słowa Chejrona o tym, że nie była w stanie zamaskować przed potworami zapachu dwojga potężnych herosów. Różne bestie potrafiły wywęszyć półbogów z daleka, zazwyczaj im potężniejszy był, tym szybciej. Im ważniejsze bóstwo jest twoim rodzicem, tym większe prawdopodobieństwo, że zginiesz bolesną i potworną śmiercią. Ot, taki prezent od bogów. Nie dziękujcie.
Chejron zatem sugerował, że oboje mamy silną aurę przyciągającą potwory. To mogło oznaczać, że nasz boski ojciec nie był byle kim. Znając centaura, domyślał się, kim on może być. Oczywiście, nie miał zamiaru się tą wiedzą dzielić.
Wyglądało na to, że rozdzielenie nas było najrozsądniejszą rzeczą, którą można było zrobić. Ciekawe tylko, jak nasza matka podjęła decyzję, które z nas zostawić w Obozie Herosów. Co? Rzuciła monetą?
Właśnie, moneta. To też...
- Jak leci? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Luke'a. Zerknęłam na niego poirytowana.
- Stań tam. - Wskazałam palcem miejsce. - Tam jest jeszcze nie wypolerowane, więc możesz brudzić.
Posłusznie przesunął się nieco dalej.
- Alex, wszystko gra? - upewnił się, gdy nadal się do niego nie odzywałam. - Martwiłem się.
- Nie musiałeś. Radzę sobie - odparłam chłodno.
- Nakrzyczałaś na pana D. - zauważył, skądinąd trafnie. - I opuściłaś zajęcia z szermierki, a nigdy tego nie robisz. To ma związek z Percym?
- Nie twój interes, Luke! - warknęłam, rzucając ścierkę na ziemię, po czym westchnęłam ciężko i siadałam na najbliższym kamiennym siedzisku.
- On jest twoim bratem, prawda? - zapytał chłopak dziwnie łagodnie. Po chwili poczułam ciepło jego ciała tuż obok mnie. Jego bliskość zawsze działała na mnie kojąco. To dziwne, ale czułam się przy nim bezpiecznie. Ufałam mu, jak nikomu innemu.
- Tak - potwierdziłam lakonicznie.
- I nikt ci o tym nie powiedział, prawda? - drążył dalej temat Luke.
- To bardziej skomplikowane.
- Nigdy nic nam nie mówią. Mamy nadstawiać karku, oddawać życie i co potem z tego mamy? Nawet podziękowania... - Miałam dziwne wrażenie, że nie mówi już do mnie. Uniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Patrzył przed siebie, mocno zaciskając pięści, a w jego spojrzeniu było coś obcego. Blizna na twarzy rozciągnęła się nieprzyjemnie, nadając jej dziwnie wrogi wyraz.
W tej chwili można było się go wystraszyć.
- Taki już nasz los, Luke.
- Nie musi tak być. - Napięcie nie opuszczało jego twarzy. - Nie chcę, by tak było.
Dotknęłam ostrożnie jego ramienia. Pod moim dotykiem rozluźnił się nieco i uśmiechnął, ale w jego oczach nadal dostrzegałam chłód.
- Możemy to zmienić, Alex - powiedział spokojniej. - Możemy sprawić, że bogowie zaczną szanować herosów, zaczną uznawać swoje dzieci. Chciałabyś tego prawda? - zapytał, a ja kiwnęłam głową. - Możemy sprawić, że zapłacą za to, co nam zrobili - dodał gniewnie.
- Przesadzasz, Luke - zauważyłam ostrożnie. Teraz to ja martwiłam się o niego. Co się z nim działo? - To bogowie. Są jacy są, ale to pierwotne siły. Nie zmienisz ich. Jak heros ma wpłynąć na boga, Luke?
Nie odpowiedział. Dłuższą chwilę bił się z myślami, w końcu jednak uśmiechnął się szczerze. Jego ciało całkiem opuściło to dziwne napięcie i znowu był sobą. Moim dobrym przyjacielem, Lukiem Castellanem.
- Pójdę już. Nie będę ci przeszkadzał w pracy. Zwłaszcza, że chyba ubrudziłem kilka kafelek przy wejściu... - Uśmiechnął się złośliwie.
- Luke!
- Pracuj, pracuj, maleńka, bo pan D. zrobi z ciebie nie truskawkę, a od razu shake'a owocowego!
Rzuciłam w niego mokrą szmatą, ale uchylił się w ostatniej chwili i odbiegł, zaśmiewając się na głos. Bogowie, gdybym go tak nie lubiła, już dawno byłby martwy!
***
Wyrobiłam się z kafelkami do kolacji. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale jakoś mi się to udało. Co prawda, po wieczornym ognisku, prawie cała praca pójdzie na marne, ale co tam. Chejron powinien być zadowolony.
W kantynie już rozpoczynał się posiłek. Koło Luke'a było dla mnie zarezerwowane wolne miejsce. To miłe, że o mnie pomyślał. Zrobiłam krok w jego stronę, ale zawahałam się.
Na końcu stolika siedział nowy. Perseusz. Podjęcie decyzji zajęło mi całą, długą sekundę.
Pokręciłam głową w odpowiedzi na zapraszający gest Luke'a i usiadłam naprzeciw Percy'ego.
- Cześć - przywitałam się. Dobry początek, prawda?
- Cześć. Jesteś Alex, tak? - zapytał ostrożnie. W jego oczach o kolorze morza czaiła się niepewność. Czy on się mnie bał?
- Tak. A ty Percy. Pogromca Minotaura - odparłam.
- Mhm. Annabeth mówiła, że lepiej nie nazywać go po imieniu. I innych też nie - dodał, tracąc u mnie właśnie kilka punktów. A że zaczynał z białą kartą, już był na minusie.
Szybko poszło.
- Owszem, to przynosi nieszczęście, a konkretnie ściąga nam na głowę potwory. Ten jednak szybko nie wróci z Tartaru - uspokoiłam go. - Ale to dobra rada na przyszłość - przyznałam rację.
Annabeth w końcu czasem ją miała. Nawet dość często, niestety.
- Czy wczoraj zrobiłem coś nie tak? - zapytał. - Wiesz, wyglądałaś na... zdenerwowaną. I uciekłaś - dodał.
- Ja nie uciekam - odparłam lodowatym tonem, a Percy jakby skurczył się w sobie. Bogowie, on naprawdę się mnie bał! - To nie twoja wina. Byłam zła na Chejrona. I, Percy... przykro mi z powodu mamy - dodałam cicho, próbując zatuszować pierwsze wrażenie, według którego zapewne byłam okropna i wredna.
Choć to poniekąd prawda.
- Jesteś córką Hermesa? - zapytał, szybko zmieniając temat.
- Bogowie brońcie! - zawołałam, chyba nieco za głośno, bo Connor posłał mi nieco urażone spojrzenie. Odpowiedziałam mu miną pod tytułem "nadal jesteś na mojej czarnej liście". - Butoskrzydły jest całkiem spoko, ale z tą bandą żartownisiów nie chcę mieć nic wspólnego.
- Czyli ty też nie wiesz... - westchnął Percy, a mnie zrobiło się jakoś go żal.
- Hej, ty jesteś w tym nowy, twój ojciec wkrótce pewnie się odezwie - odparłam, gryząc się w język, by nie dodać, że właśnie na to liczę. - Ja czekam całe życie...
- To prawda, co mówiła Annabeth? Że mieszkasz tu od urodzenia? - zainteresował się.
Aha, czyli Sowiooka plotkuje na mój temat z nowicjuszami? Milusio.
- Prawie. Ale faktycznie, nikt nie mieszka tutaj dłużej ode mnie. Poza Chejronem i panem D., oczywiście, choć ten ostatni nie jest z tego zadowolony. No i może paru satyrów ma dłuższy staż ode mnie, ale oni starzeją się też w nieco innym tempie.
- Ty też nazywasz się Jackson, prawda? - przypomniał sobie nagle nowy. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, postanowiłam więc obrócić to w żart.
- Tak, jak ten piosenkarz, zgadza się.
- Może więc powinnaś siedzieć tam? - Percy wskazał stół, przy którym dzieciaki od Apolla zaintonowały właśnie jakąś smętną pieśń o bohaterskich czynach Tezeusza. Zdaje się, że potraktowali kolację jako próbę generalną przed ogniskiem.
Ciekawostka: Tak, Jackson był synem Apolla. Ale w tym stuleciu jego ulubionym sławnym dzieckiem jest Britney. Nie wiecie tego ode mnie, jakby co.
- Jeśli tak, to tata mnie nie znosi - odpowiedziałam. - Nie dość, że jestem beznadziejną łuczniczką, to na dodatek potwornie śpiewam - przyznałam mu się bez oporów. Dziwne. Naprawdę łatwo było mi się przed nim otworzyć. Czułam się przy nim bardzo swobodnie.
Cóż, wszystko było łatwiejsze od wciąż czekającej mnie części "Hej, a tak poza tym to jesteś moim bratem". Tak. Ten moment może być potencjalnie problematyczny.
- Za to świetnie walczysz. Widziałem - skomplementował mnie Percy. - To chyba bardziej przydatne od śpiewania. - Nie wiem, czy chciał mnie pocieszyć, ale w tej kwestii zgadzaliśmy się bezsprzecznie.
Jeszcze będą z niego ludzie.
- Dzięki, ale nie mów tego tamtym. Idziesz na ognisko? - zapytałam, grzebiąc widelcem w resztkach jedzenia, które postanowiłam przeznaczyć dla bogów. Zmusiłam się do odłożenia sztućców. Bogowie nie lubią dostawać rozpaćkanej ofiary. Nawet jeśli na Olimp dociera tylko zapach.
- Chyba tak, a co?
- Chciałabym potem z tobą porozmawiać, Percy - powiedziałam cicho. - Jeśli wolisz, może być jutro, ale to ważne.
- Zaczynam się bać... - Chłopak aż zakrztusił się swoim napojem, a ja dostrzegłam, że w jego kubku chlupocze... niebieska cola? Obozowe kubki napełniały się dowolnym wybranym przez nas bezalkoholowym napojem, ale... niebieska? - Moja mama zawsze przynosiła mi z cukierni, w której pracowała niebieskie słodycze - wyjaśnił, dostrzegając mój wzrok i posmutniał.
Naprawdę musieliśmy porozmawiać.
Kolacja dobiegła końca, a obozowicze po kolei podchodzili do trójnogu, by złożyć ofiarę. Podnieśliśmy się jednocześnie z Percym i razem stanęliśmy przed ogniem. Puściłam go przodem, a on bezgłośnie wyszeptał swoją modlitwę i wrzucił do ognia pół hamburgera i garść frytek. Ustąpił mi miejsca, a ja oddałam bogom całe dwa naleśniki z jagodami.
"Bogowie, jak ja mam mu to powiedzieć?"
Dym nie ułożył się w odpowiedź, a w mojej głowie nie zapaliła się żadna lampka. Westchnęłam i ruszyłam za resztą na ognisko.
***
- Bogowie, Luke, czy to na pewno konieczne?
- Mamy sojusz na dzisiejszą bitwę o sztandar. Ja ustalę z Annabeth strategię, a ty zrobisz sparing. Przyda nam się rozgrzewka przed wieczorem. - Luke nie widział żadnych słabych stron tego pomysłu. Zdawał się nie zauważać niechęci, jaką Sowiooka żywiła do mnie. Co prawda działało to w obie strony, ale mimo to... - Dołączymy do was tak szybko, jak tylko będzie się dało.
Westchnęłam i dokończyłam zapinanie mojej zbroi, którą Beckendorf w końcu mi oddał. Lewy naramiennik był jak nowy, poznikały także wszystkie inne wgniecenia, a skórzane pasy były napastowane. Wisiałam mu jakąś przysługę za to wszystko. Może będę miła i nie stłukę go na kwaśne jabłko podczas dzisiejszej bitwy? Może.
Obozowicze z domku Ateny oraz Apollina schodzili się na plac treningowy. Annabeth i Lee podeszli do Luke'a i wspólnie analizowali mapę Obozu. Reszta natomiast skupiła się wokół mnie.
- Dobierzcie się trójkami! - zawołałam. - W każdej trójce przynajmniej jedna osoba z innego domku, a najlepiej trzy różne. Trzy minuty walki dwa na jeden, potem zmiana. Walczymy do końca czasu lub do pierwszego rozbrojenia przeciwnika. Wszystkie chwyty dozwolone, ale pamiętajcie, że mam dziś bitwę do wygrania!
Chwilę później polanę wypełnił szczęk mieczy. Obserwowałam braci Hood walczących z najmłodszym dzieckiem Ateny - chłopak miał niecałe dziesięć lat, ale dzielnie stawiał opór nastolatkom. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Percy nie znalazł pary.
- Ktoś pozwolił ci się obijać, nowy? - zapytałam groźnie.
- Nie znalazłem grupy. Nie znam właściwie nikogo poza Lukiem i Annabeth. No i tobą.
Westchnęłam ciężko i zakręciłam młynka mieczem.
- Przygotuj się.
Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Uniósł miecz, który musiał być dla niego za ciężki i stanął szeroko na nogach. Wyprowadziłam prosty wypad. Chłopak się uchylił, miecz pociągnął go w bok, a ja wybiłam mu go z ręki szybkim ruchem z półobrotu.
- Po uniku od razu rób kontrę. Możesz zrobić pół kroku do tyłu, żeby wykorzystać impet - poinstruowałam go krótko. - Jeszcze raz.
Powtórzyliśmy nasze ruchy sprzed minuty. Tym razem Percy faktycznie zrobił pół kroku do tyłu, odbił się z palców i machnął mieczem na odlew. Syknął z bólu, gdy sparowałam jego cios, a nadgarstek wygiął się nieco bardziej niż powinien.
- Nigdy tak nie rób. Z tego ustawienia ten cios nie ma żadnych szans, a przeciwnik może skręcić ci rękę - wyjaśniłam, przerzucając miecz do drugiej ręki. - To było łagodnie. Jeszcze raz.
Percy podniósł miecz i zaatakował, a ja znowu rozbroiłam go w ciągu pięciu sekund. Sapnął poirytowany.
- Gdzie popełniłeś błąd? - zapytałam, wbijając miecz w ziemię i oparłam się o rękojeść.
- Miałaś miecz w lewej ręce - odparł. - Ciąłem od złej strony.
- Brawo. Atakuj - poleciłam, zakładając ręce na piersi.
- Nie bierzesz miecza? - zdziwił się.
- Jesteś powolny jak bąk w południe - mruknęłam. - Jeśli w ciągu najbliższej minuty uda ci się mnie dotknąć, to odstąpię ci moje łóżko w domku.
Propozycja była poważna. Moje łóżko było bardzo wygodne, a Percy spał na ziemi. To nie byle co. Nie zastanawiał się długo i zaatakował mnie z lewej. Bez problemu zrobiłam unik. Drugi atak również wyprowadził z lewej - nieco mniej przewidywalne, niż drugi atak z prawej, ale nadal za wolno, by mnie zaskoczyć.
- Postaraj się bardziej - zachęciłam go. A może tylko go podjudzałam?
Percy zatrzymał się, dla uspokojenia oddechu, ocenił odległość i znowu zaatakował z lewej. Zrobiłam pół kroku w prawo w ostatniej chwili, tak że przeleciał siłą impetu do przodu. Sapnął poirytowany, ale dostrzegłam jakiś błysk w jego oku.
- Masz jeszcze piętnaście sekund - poinformowałam go uprzejmie, zakładając ręce z tyłu.
Tym razem zaatakował z prawej, dokładnie tak samo, jak przed chwilą, a ja tak samo zrobiłam unik. Tak samo jak wcześniej poleciał do przodu, ale tym razem obrócił miecz o sto osiemdziesiąt stopni, odbił się z palców i cofnął z powrotem... przykładając ostrze do moich pleców.
Miecz zgrzytnął o płyty mojej zbroi, a ja obróciłam się zaskoczona.
Percy podniósł wzrok i spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, jakby bał się, że zrobię mu teraz krzywdę, albo przynajmniej na niego nakrzyczę. Ja jednak uśmiechnęłam się tylko i poklepałam go po ramieniu.
- O to właśnie mi chodziło, Percy. Łóżko jest twoje. Dobra robota. A teraz słuchaj Luke'a, bo ma jakieś ogłoszenia.
Nasz grupowy wraz z Annabeth objaśnili plan bitwy o sztandar. Trafiłam do oddziału, który miał zająć główną grupę szturmową Aresa, którą zapewne dowodzić będzie Clarisse. Bułka z masłem. Dzień bez spotkania z jej elektryczną włócznią, dniem straconym, nie?
Percy dostał przydział do patrolu granicznego - stać na granicy, czyli przy strumyku i nikogo nie puszczać. Niby proste, dobra misja na początek. Sama tak zaczynałam.
Tylko, hm, miałam wtedy sześć lat. Wcześniej Chejron nie pozwalał mi biegać samej z mieczem po lesie. W sumie to całkiem rozsądne z jego strony.
Luke przejął pałeczkę i poprowadził dalszą część treningu. Jak zwykle postanowił sprzedać nam kilka swoich złotych, szermierczych myśli. Do pomocy wziął Percy'ego, który jako najnowszy obozowy nabytek z zasady musiał być kozłem ofiarnym (swoją drogą - nigdy nie używajcie tego określenia przy satyrach, robią się wtedy strasznie nerwowe). Rozbrojenie przeciwnika zajęło mu jakieś trzy sekundy.
- To wygląda teraz bajecznie łatwo, Luke, ale co, jak trafisz na lepszego szermierza? - zapytałam głośno.
- To była tylko demonstracja! - Annabeth natychmiast wzięła go w obronę, a chłopak uśmiechnął się zawadiacko.
- W takim razie zapraszam na arenę, maleńka. - Skłonił mi się z galanterią i i gestem zaprosił do siebie. Annabeth prychnęła z cicha, a przez tłum obozowiczów przebiegł szept zainteresowania.
No tak. Jackson i Castellan w walce jeden na jeden. Zdarzało się rzadko, ale jak już się zdarzało, to było na co popatrzeć.
- Mamy na to czas, Luke? - Uniosłam brew, ale zakręciłam mieczem młynka i podeszłam bliżej.
- Na pojedynek z tobą? Zawsze! - zawołał i wyprowadził sztych, ja jednak zrobiłam unik i pokręciłam głową.
- Chętnie, ale nie tym razem - odparłam, a przez polanę przetoczył się jęk zawodu. - To nie cyrk, mamy bitwę do wygrania - ucięłam okrzyki i podeszłam do Percy'ego.
- Czemu odmówiłaś? - zapytał, a ja potarłam czoło dłonią.
- Musimy pogadać, Percy - oznajmiłam z westchnieniem. - Chodź nad jezioro.
***
Przystań kajakowa była pusta. Wszyscy obozowicze szykowali się do bitwy o sztandar. Siadłam na pomoście i opuściłam bose stopy do wody, licząc, że pomoże mi to ubrać w słowa coś, czego nie dało się ot tak powiedzieć. Percy wziął ze mnie przykład i też usadowił się na końcu pomostu.
- Zaczynam się bać - odezwał się, gdy ja szukałam odpowiednich słów. - I to prawie tak, jak przy Minotaurze.
- Porównujesz mnie do wielkiego bykołaka? - Zerknęłam na niego z ukosa i zaczęłam się śmiać. Byłam mu wdzięczna za te słowa, pomogło mi to się trochę rozluźnić. - Słuchaj, Percy, to wszystko musi być dla ciebie bardzo dziwne i pokręcone, prawda?
- No tak. Ale już się powoli przyzwyczajam - przyznał.
- Ja nigdy nie doświadczyłam tego... zaskoczenia. Wychowałam się tutaj. To jest mój dom - westchnęłam. - Ale wiem, jak to jest. Widzę to co roku. Przybywają nowi herosi i wszystko ich dziwi. Dowiadują się, że bogowie olimpijscy są prawdziwi, że mity są prawdziwe i niestety, że potwory też. Niektórzy przekonują się o tym na własnej skórze bardzo dotkliwie. Jest dużo do ogarnięcia, ale nasz półboskie mózgi są przygotowane na całą porcję dziwactw. Akceptują je szybciej, niż zwykli śmiertelnicy.
- Coś w tym jest. Faktycznie da się do tego przyzwyczaić. Choć wolałbym, żeby potwory jednak pozostały mitem. - Skrzywił się, a ja zaczęłam się śmiać. - Annabeth mi bardzo pomogła z tym wszystkim. Chejron zresztą też.
- Dlatego chciałam z tobą porozmawiać - wyznałam. - Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć, kolejne małe trzęsienie ziemi. Gotowy? - Spojrzałam na niego poważnie.
- Dawaj. Wieczorem Clarisse pewnie zdzieli mnie swoją włócznią i być może nabawię się amnezji, więc nie gwarantuję, że nie będziesz musiała powiedzieć mi tego jeszcze raz...
- Percy, my jesteśmy rodzeństwem - przerwałam mu w pół słowa. - Takim prawdziwym. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale to prawda. Twoja mama, Percy... Ona była też moją mamą. Tylko, że ja jej kompletnie nie pamiętam.
Percy milczał przez długą minutę. Odezwał się chyba tylko dlatego, że przypomniał sobie o tym, że warto jednak od czasu do czasu zaczerpnąć oddechu. O dziwo, nie wyglądał na zaskoczonego.
- Przykro mi, że nie miałaś okazji poznać mamy. Była naprawdę wspaniałą osobą - powiedział w końcu cicho. Zdusiłam w sobie wyznanie o tym, że jeszcze parę dni temu uważałam ją za najgorszą osobę na świecie. Błądzić jest rzeczą ludzką, prawda? - Fajnie, że jesteś moją siostrą, Alex.
Teraz to ja zdębiałam. Spodziewałam się... Cóż, spodziewałam się, że będzie równie zaskoczony co i ja. A nawet bardziej. A tymczasem...
- Nie jesteś w szoku? - upewniłam się.
- Jestem. Ale parę dni temu dowiedziałem się, że na szczycie Empire State Building znajduje się Olimp i bogowie beztrosko hasają sobie po całej Ameryce. Fakt, że mam siostrę jest mniej więcej o połowę mniej dziwny od tego.
Chyba powinnam się poczuć urażona.
- A poza tym... Wiesz, trochę się domyślałem. W sensie, dopóki tego nie powiedziałaś, to o tym nie myślałem, ale to w sumie wiele wyjaśnia. Wiesz. - Wzruszył ramionami. - To samo nazwisko i tak dalej. A poza tym, spójrz, jesteśmy niemalże identyczni. - Wskazał palcem nasze odbicie w wodzie.
Faktycznie. Gdy pochyliłam się nad taflą dostrzegłam, że Percy wygląda jak męska wersja mnie. Te same niebieskozielone oczy, ciemne, lekko kręcące się włosy, ten sam nieco zawadiacki uśmiech i drobne piegi na nosie. Jakbyśmy byli jedną osobą w dwóch egzemplarzach. Herosi pochodzący od tego samego boskiego rodzica często byli do siebie podobni, ale nie aż tak.
- Nie spodziewałam się, że aż tak dobrze to przyjmiesz - przyznałam. - Ja miałam z tym problem.
- Nie wiedziałaś? - zdziwił się.
- Wiedziałam, ale myślałam, że jesteś śmiertelnikiem - odparłam, wzruszając ramionami. - I że mama wolała ciebie ode mnie. Ja byłam zbyt... kłopotliwa. Ale Chejron powiedział mi, że nie miałam racji.
- Nie miałaś. - Pokręcił głową Percy. - Dziwi mnie tylko, że mama nigdy nie wspominała o tobie... Może było jej zbyt ciężko?
Pomyślałam, że to byłoby zbyt proste. Nie można tak po prostu zapomnieć o dziecku i nigdy nawet o nim nie wspomnieć. Postanowiłam mu jednak o tym nie mówić.
- Czyli... tata od dwunastu lat nie chce się do ciebie przyznać? - podsumował, dość trafnie, całe moje życie.
- Mam nadzieję, że twoja obecność będzie miała na niego jakiś wpływ - westchnęła. - W dwójkę ciężej będzie nas ignorować.
Rozmawialiśmy jeszcze długo, aż do czasu, gdy gong obwieścił zbliżający się początek bitwy o sztandar. Kiedy ruszyliśmy z powrotem do zbrojowni, by stawić się na zbiórce, doszłam do wniosku, że Perseusz może być całkiem fajnym bratem. W końcu naprawdę byliśmy do siebie podobni. A skoro ja jestem super, to z nim nie może być inaczej, prawda?
***
Ogólnie rzecz ujmując, wszyscy jakoś bez fajerwerków przełknęli informację o tym, że moja i Percy'ego zbieżność nazwisk, zbieżnością nazwisk nie jest. Co prawda, żadne z nas nie biegało po Obozie z wielkim transparentem "PERCY I ALEX SĄ RODZEŃSTWEM", ale ta wieść rozeszła się jakoś naturalnie. Zresztą Luke domyślił się już wcześniej, zatem parę innych osób pewnie też do tego doszło. Z Lukiem co prawda znaliśmy się jak łyse konie, ale to akurat nieistotne. Percy miał rację - naszego podobieństwa nie dało się nie zauważyć.
Clarisse nie było nigdzie widać. To było co najmniej dziwne. Luke uprzedził mnie, że Annabeth ma plan, ale żeby się powiódł nie może mi go zdradzić. Super. A teraz na mnie oraz na Lee Fletchera pędziło trzech zwalistych i wściekłych synów Aresa.
- Załatwię to - oznajmił nonszalancko syn Apolla, nałożył na cięciwę strzałę i posłał ją w kierunku pierwszego osiłka. Trafił bezbłędnie między płyty pancerza, a tamten padł tak, jak stał.
Spoko, luz. To była strzała usypiająca. Poza drobnym siniakiem nic mu nie powinno być.
Lee w taki sam sposób wyeliminował drugiego napastnika, a trzeciego osobiście poczęstowałam płazem miecza. Rozejrzeliśmy się czujnie dookoła. Luke miał ruszyć po sztandar razem z Annabeth, a my i pięć innych grup mieliśmy odciągnąć obrońców.
Tylko gdzie, na bogów, była Clarrise?
Właściwie tylko o nią się martwiłam, cała reszta raczej nie stanowiła większego problemu. Clarisse też była do pokonania, ale jej zajadłość względem mnie bywała dość kłopotliwa.
Jakby na złość, w tym momencie spod trawy wystrzeliły pnącza i obwiązały mnie ściśle, jakby była peklowaną wołowiną. Lee miał dokładnie ten sam problem, a żadne z nas nie miało jak sięgnąć do broni. Mój miecz był ściśle przywiązany do mojego tułowia. Zza drzewa wyszła jedna z córek Demeter.
- No i pierwsi jeńcy złapani - zwróciła się do pokonanych przez nas przed chwilą dzieci Aresa, które właśnie odzyskiwały przytomność. Korzystając z jej nieuwagi, puściłam miecz, który upadł na ziemię. - Nie musicie dziękować.
Synowie Aresa ponieśli się nieco niepewnie, jednemu z nich na czole rósł właśnie ogromny guz. Odczułam z tego powodu ogromną satysfakcję. Podszedł do mnie i Fletchera, by zaprowadzić nas do celi dla zakładników. Cóż, przynajmniej miał taki zamiar.
Mój miecz miał jedną, ogromną zaletę. Kiedy nie miał kontaktu z moją dłonią po kilkunastu sekundach zmieniał się z powrotem w spinkę. Spinkę, którą wystarczyło odpowiednio obrócić i zapiąć, naciskając na nią stopą. Dobrze, że grunt nie był zbyt miękki.
Ostrze przecięło więzy, gdy miecz wrócił do swoich normalnych rozmiarów, a ja uchyliłam się przed rękami osiłka, który był jeszcze nieco oszołomiony.
Porwałam miecz z ziemi, rozpłatałam kolejne wysłane w moim kierunku pnącza i ponownie zdzieliłam syna Aresa w to samo miejsce, co wcześniej, powiększając jego guza. Córka Demeter wysłała na mnie kolejne pędy, które rozcięłam, przecinając jednocześnie te więżące Lee, który natychmiast zrobił użytek ze swojego łuku usypiając dziewczynę, a ja szybko rozprawiłam się z pozostałymi dwoma napastnikami.
- Odeskortujesz ich? - spytałam, gdy pozbawiliśmy ich już broni. Fletcher kiwnął głową, a ja ruszyłam w głąb lasu na poszukiwanie Clarisse.
Długo nie szukałam - jej gniewne posapywanie dało się słyszeć z kilometra. Ewidentnie dobiegało znad strumyka granicznego. Im byłam bliżej, tym wyraźniej słyszałam dźwięki walki. Przelotnie zastanowiłam się, kto jeszcze miał być w patrolu granicznym. Bo Luke chyba nie zostawił Percy'ego samego?
- Aaa! Ty idioto! Ty nędzny robaku! - Tak, to zdecydowanie była Clarisse.
Clarisse, która właśnie wylądowała na tyłku w strumyku wepchnięta tam przez mojego nieopierzonego jeszcze jako heros brata. Podbiegłam bliżej, nokautując dla porządku pozostałych czterech przyrodnich braci Clarisse, na wypadek, gdyby przyszło im do głowy coś głupiego. Ale bitwa zasadniczo dobiegała końca - z przeciwnej strony biegł ku nam Luke dzierżąc w dłoniach sztandar Aresa. Gdy tylko przekroczył środek nurtu, materiał zafalował i zmienił barwę z krwistej czerwieni na szarosrebrne barwy domku Ateny. Wygraliśmy!
- Dobra robota. - Tuż obok mnie pojawiła się znikąd Annabeth. Tak, ona i jej jankeska czapka-niewidka. - Clarisse złapała haczyk, wiedziałam, że będzie się chciała zemścić za te łazienki. Atena zawsze ma plan, mówiłam ci.
- Zrobiłaś z niego przynętę? - wykrzyknęłam, a woda wokół moich stóp wzburzyła się nieco. - A ja niepotrzebnie uganiałam się za nią przez cały las?
- Nie mogłam cię wtajemniczyć, żeby było wiarygodniej. - Sowiooka wzruszyła ramionami. - Wszyscy wiedzą, że jesteś najlepsza więc Clarisse i jej siepaczy zostawiamy tobie i Lukowi.
Dobra. To było prawie miłe. To prawie był komplement.
Percy nadal stał w strumyku, a rana, która jeszcze przed chwilą mocno krwawiła teraz prawie zniknęła. Może mi się tylko wydawało? Annabeth miała chyba jednak też to zauważyła, a nawet miała jakąś teorię na ten temat, bo kazała Percy'emu wyjść z wody.
Na wnioski z eksperymentu nie było jednak czasu, bo gdzieś bardzo blisko rozległo się niepokojące psie wycie. Równie niepokojące były krzyki dobiegające z drugiej części lasu, w których szybko rozpoznałam głos Chejrona wzywającego nas do broni. Po starogrecku, co oznaczało, że było naprawdę niedobrze.
Clarisse nie było nigdzie widać. To było co najmniej dziwne. Luke uprzedził mnie, że Annabeth ma plan, ale żeby się powiódł nie może mi go zdradzić. Super. A teraz na mnie oraz na Lee Fletchera pędziło trzech zwalistych i wściekłych synów Aresa.
- Załatwię to - oznajmił nonszalancko syn Apolla, nałożył na cięciwę strzałę i posłał ją w kierunku pierwszego osiłka. Trafił bezbłędnie między płyty pancerza, a tamten padł tak, jak stał.
Spoko, luz. To była strzała usypiająca. Poza drobnym siniakiem nic mu nie powinno być.
Lee w taki sam sposób wyeliminował drugiego napastnika, a trzeciego osobiście poczęstowałam płazem miecza. Rozejrzeliśmy się czujnie dookoła. Luke miał ruszyć po sztandar razem z Annabeth, a my i pięć innych grup mieliśmy odciągnąć obrońców.
Tylko gdzie, na bogów, była Clarrise?
Właściwie tylko o nią się martwiłam, cała reszta raczej nie stanowiła większego problemu. Clarisse też była do pokonania, ale jej zajadłość względem mnie bywała dość kłopotliwa.
Jakby na złość, w tym momencie spod trawy wystrzeliły pnącza i obwiązały mnie ściśle, jakby była peklowaną wołowiną. Lee miał dokładnie ten sam problem, a żadne z nas nie miało jak sięgnąć do broni. Mój miecz był ściśle przywiązany do mojego tułowia. Zza drzewa wyszła jedna z córek Demeter.
- No i pierwsi jeńcy złapani - zwróciła się do pokonanych przez nas przed chwilą dzieci Aresa, które właśnie odzyskiwały przytomność. Korzystając z jej nieuwagi, puściłam miecz, który upadł na ziemię. - Nie musicie dziękować.
Synowie Aresa ponieśli się nieco niepewnie, jednemu z nich na czole rósł właśnie ogromny guz. Odczułam z tego powodu ogromną satysfakcję. Podszedł do mnie i Fletchera, by zaprowadzić nas do celi dla zakładników. Cóż, przynajmniej miał taki zamiar.
Mój miecz miał jedną, ogromną zaletę. Kiedy nie miał kontaktu z moją dłonią po kilkunastu sekundach zmieniał się z powrotem w spinkę. Spinkę, którą wystarczyło odpowiednio obrócić i zapiąć, naciskając na nią stopą. Dobrze, że grunt nie był zbyt miękki.
Ostrze przecięło więzy, gdy miecz wrócił do swoich normalnych rozmiarów, a ja uchyliłam się przed rękami osiłka, który był jeszcze nieco oszołomiony.
Porwałam miecz z ziemi, rozpłatałam kolejne wysłane w moim kierunku pnącza i ponownie zdzieliłam syna Aresa w to samo miejsce, co wcześniej, powiększając jego guza. Córka Demeter wysłała na mnie kolejne pędy, które rozcięłam, przecinając jednocześnie te więżące Lee, który natychmiast zrobił użytek ze swojego łuku usypiając dziewczynę, a ja szybko rozprawiłam się z pozostałymi dwoma napastnikami.
- Odeskortujesz ich? - spytałam, gdy pozbawiliśmy ich już broni. Fletcher kiwnął głową, a ja ruszyłam w głąb lasu na poszukiwanie Clarisse.
Długo nie szukałam - jej gniewne posapywanie dało się słyszeć z kilometra. Ewidentnie dobiegało znad strumyka granicznego. Im byłam bliżej, tym wyraźniej słyszałam dźwięki walki. Przelotnie zastanowiłam się, kto jeszcze miał być w patrolu granicznym. Bo Luke chyba nie zostawił Percy'ego samego?
- Aaa! Ty idioto! Ty nędzny robaku! - Tak, to zdecydowanie była Clarisse.
Clarisse, która właśnie wylądowała na tyłku w strumyku wepchnięta tam przez mojego nieopierzonego jeszcze jako heros brata. Podbiegłam bliżej, nokautując dla porządku pozostałych czterech przyrodnich braci Clarisse, na wypadek, gdyby przyszło im do głowy coś głupiego. Ale bitwa zasadniczo dobiegała końca - z przeciwnej strony biegł ku nam Luke dzierżąc w dłoniach sztandar Aresa. Gdy tylko przekroczył środek nurtu, materiał zafalował i zmienił barwę z krwistej czerwieni na szarosrebrne barwy domku Ateny. Wygraliśmy!
- Dobra robota. - Tuż obok mnie pojawiła się znikąd Annabeth. Tak, ona i jej jankeska czapka-niewidka. - Clarisse złapała haczyk, wiedziałam, że będzie się chciała zemścić za te łazienki. Atena zawsze ma plan, mówiłam ci.
- Zrobiłaś z niego przynętę? - wykrzyknęłam, a woda wokół moich stóp wzburzyła się nieco. - A ja niepotrzebnie uganiałam się za nią przez cały las?
- Nie mogłam cię wtajemniczyć, żeby było wiarygodniej. - Sowiooka wzruszyła ramionami. - Wszyscy wiedzą, że jesteś najlepsza więc Clarisse i jej siepaczy zostawiamy tobie i Lukowi.
Dobra. To było prawie miłe. To prawie był komplement.
Percy nadal stał w strumyku, a rana, która jeszcze przed chwilą mocno krwawiła teraz prawie zniknęła. Może mi się tylko wydawało? Annabeth miała chyba jednak też to zauważyła, a nawet miała jakąś teorię na ten temat, bo kazała Percy'emu wyjść z wody.
Na wnioski z eksperymentu nie było jednak czasu, bo gdzieś bardzo blisko rozległo się niepokojące psie wycie. Równie niepokojące były krzyki dobiegające z drugiej części lasu, w których szybko rozpoznałam głos Chejrona wzywającego nas do broni. Po starogrecku, co oznaczało, że było naprawdę niedobrze.
I w tym momencie na Percy'ego rzucił się ogromny piekielny ogar. Stworzenie, które absolutnie nie miało prawa się tutaj znaleźć. Chyba, że ktoś sprowadził je tutaj specjalnie.
Percy uskoczył, Annabeth krzyknęła, a ogar machnął ogromną łapą, rozdzierając zbroję mojego brata niczym chustkę do nosa. Upadł na brzeg strumienia, a ogar zamachnął się jeszcze raz. Widziałam, jak Chejron szykuje łuk do strzału, podobnie jak kilkoro dzieciaków od Apollina. Było pewne, że trafią.
Było też pewne, że potwór zdąży rozerwać w międzyczasie Percy'ego na strzępy, o ile ktoś mu nie przeszkodzi. Annabeth nie zakończyła jeszcze swojego okrzyku, w takim tempie wydarzyło się to wszystko. Byłam w stanie rozłożyć to na czynniki pierwsze tylko ze względu na typowe dla półboskiego dziecka ADHD.
Mimo to jedyne, co zdążyłam zrobić, to skoczyć pomiędzy Percy'ego a piekielnego ogara, przeciągając jednocześnie ostrzem gdzieś na wysokości potężnej klatki piersiowej potwora. To wystarczyło, by wyhamować jego impet, a moment później jego cielsko zwaliło się ciężko tuż obok mnie z tuzinem strzał wbitych w kark. Pięć sekund później rozsypał się w pył, jak na porządnego potwora przystało.
Zrobiło mi się jakoś słabo i klapnęłam tyłkiem do strumyka, podobnie jak Clarisse kilka minut wcześniej.
- Percy, jesteś ranny, właź do wody! - zawołała Annabeth, wypychając go do strumienia obok mnie. Widać, rozgryzła już to, co i mnie krążyło po głowie. Gdy tylko chłopak dotknął wody, jego rany zaczęły się zasklepiać. Czyli wcześniej nie miałam zwidów.
Swoją drogą, ja też czułam się znacznie lepiej. Jeśli by ktoś pytał.
- Słuchajcie, ja nie wiem... - speszył się Percy, gdy wszyscy zaczęli się na niego gapić. Ja również nie mogłam wyjść ze zdumienia, nawet nie zauważyłam, że zerwałam się na równe nogi.
Bo nad głową mojego brata pojawiło się to. Znak.
I to nie byle jaki.
To był trójząb. Symbol Posejdona. Pana Mórz. Wstrząsającego Ziemią i tak dalej.
Posejdona, który właśnie się przyznał, że Percy jest jego dzieckiem.
Wszyscy przyklęknęli z szacunkiem, a Chejron oznajmił uroczyście:
- Witaj Perseuszu Jacksonie, synu Pana Mórz.
Nie mogłam się powstrzymać i sama spojrzałam w górę, gdzie niebieskawy trójząb właśnie rozpływał się powoli w powietrzu. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Przestrzeń nad moją głową wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych trójzębów, nawet głupiego widelca. Muszli, koni ani rybek też nie.
Nikt, zdaje się, nie zauważył zawodu wypisanego na mojej twarzy. Obozowicze zaczęli się rozchodzić, poklepując Percy'ego po plecach. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mi myśl, że to w sumie bardzo niedobrze, że to akurat Posejdon okazał się jego ojcem. Ale nie poświęciłam jej zbyt wiele uwagi. Stałam dobrych kilka minut w bezruchu, a strumień obmywał mi nogi aż do kolan. Nie został nikt. Nikt, kto zainteresowałby się faktem, że z dwojga rodzeństwa, tylko jedno zwróciło uwagę boskiego rodzica.
Ta sytuacja miała jedną dobrą stronę. Teraz przynajmniej wiedziałam, który z bogów jest moim ojcem. Szkoda tylko, że ten nie uznał, że jestem wystarczająco godna, by nazywać się jego córką.
______________
Percy uskoczył, Annabeth krzyknęła, a ogar machnął ogromną łapą, rozdzierając zbroję mojego brata niczym chustkę do nosa. Upadł na brzeg strumienia, a ogar zamachnął się jeszcze raz. Widziałam, jak Chejron szykuje łuk do strzału, podobnie jak kilkoro dzieciaków od Apollina. Było pewne, że trafią.
Było też pewne, że potwór zdąży rozerwać w międzyczasie Percy'ego na strzępy, o ile ktoś mu nie przeszkodzi. Annabeth nie zakończyła jeszcze swojego okrzyku, w takim tempie wydarzyło się to wszystko. Byłam w stanie rozłożyć to na czynniki pierwsze tylko ze względu na typowe dla półboskiego dziecka ADHD.
Mimo to jedyne, co zdążyłam zrobić, to skoczyć pomiędzy Percy'ego a piekielnego ogara, przeciągając jednocześnie ostrzem gdzieś na wysokości potężnej klatki piersiowej potwora. To wystarczyło, by wyhamować jego impet, a moment później jego cielsko zwaliło się ciężko tuż obok mnie z tuzinem strzał wbitych w kark. Pięć sekund później rozsypał się w pył, jak na porządnego potwora przystało.
Zrobiło mi się jakoś słabo i klapnęłam tyłkiem do strumyka, podobnie jak Clarisse kilka minut wcześniej.
- Percy, jesteś ranny, właź do wody! - zawołała Annabeth, wypychając go do strumienia obok mnie. Widać, rozgryzła już to, co i mnie krążyło po głowie. Gdy tylko chłopak dotknął wody, jego rany zaczęły się zasklepiać. Czyli wcześniej nie miałam zwidów.
Swoją drogą, ja też czułam się znacznie lepiej. Jeśli by ktoś pytał.
- Słuchajcie, ja nie wiem... - speszył się Percy, gdy wszyscy zaczęli się na niego gapić. Ja również nie mogłam wyjść ze zdumienia, nawet nie zauważyłam, że zerwałam się na równe nogi.
Bo nad głową mojego brata pojawiło się to. Znak.
I to nie byle jaki.
To był trójząb. Symbol Posejdona. Pana Mórz. Wstrząsającego Ziemią i tak dalej.
Posejdona, który właśnie się przyznał, że Percy jest jego dzieckiem.
Wszyscy przyklęknęli z szacunkiem, a Chejron oznajmił uroczyście:
- Witaj Perseuszu Jacksonie, synu Pana Mórz.
Nie mogłam się powstrzymać i sama spojrzałam w górę, gdzie niebieskawy trójząb właśnie rozpływał się powoli w powietrzu. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Przestrzeń nad moją głową wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych trójzębów, nawet głupiego widelca. Muszli, koni ani rybek też nie.
Nikt, zdaje się, nie zauważył zawodu wypisanego na mojej twarzy. Obozowicze zaczęli się rozchodzić, poklepując Percy'ego po plecach. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mi myśl, że to w sumie bardzo niedobrze, że to akurat Posejdon okazał się jego ojcem. Ale nie poświęciłam jej zbyt wiele uwagi. Stałam dobrych kilka minut w bezruchu, a strumień obmywał mi nogi aż do kolan. Nie został nikt. Nikt, kto zainteresowałby się faktem, że z dwojga rodzeństwa, tylko jedno zwróciło uwagę boskiego rodzica.
Ta sytuacja miała jedną dobrą stronę. Teraz przynajmniej wiedziałam, który z bogów jest moim ojcem. Szkoda tylko, że ten nie uznał, że jestem wystarczająco godna, by nazywać się jego córką.
______________
Tak właściwie do pisania tego rozdziału pchała mnie głównie ostatnia scena, ale z całej reszty też jestem dumna. Tak poza tym to jestem w szoku, że bracia Hood nie są bliźniętami. Trochę to popsuło mi szyki, ale z grubsza udało mi się wybrnąć.
Gotowi na dalszą porcję potworów?
PS: Formatowanie oczywiście w ostatnim fragmencie musiało się rozjechać. Co złego to nie ja!
PS: Formatowanie oczywiście w ostatnim fragmencie musiało się rozjechać. Co złego to nie ja!