Następnego
ranka, zaraz po śniadaniu udałam się prosto na zajęcia z
łucznictwa. Obiecałam Chejronowi, że tym razem ich nie opuszczę.
Chejron, co prawda, miał się pojawić dopiero o dwunastej, bo
musiał coś wcześniej załatwić, ale i tak zajęcia toczyły się
normalnym torem. Dzieciaki Apollina jak zwykle gwiazdorzyły, bawiąc
się w rozstrzeliwanie strzały wbitej w środek tarczy (niektórzy z
nich są autentycznymi fanami Robin Hooda. No cóż, w końcu starszy
przyrodni braciszek), a także w strzelanie do jabłek
umieszczonych na głowach kolegów (cóż, jak wspominałam…). W
obecności Chejrona takie zabawy były niedozwolone, ale czego oczy
nie wiedzą, tego sercu nie żal, prawda?
Annabeth
od rana chodziła wściekła jak osa (właściwie, to była wściekła na mnie), pewnie dlatego, że wpadła wczoraj wieczorem na mnie i na Luke'a. Nie wiem, jaką teorię
do tego sobie dorobiła, wystarczy, że omijała mnie ostentacyjnie
przez cały poranek. Potem zniknęła mi z oczu. I chwała jej za to.
Niechętnie
nałożyłam strzałę na cięciwę i ulokowałam się przed jedną
ze skrajnych tarczy, starając ignorować się pozostałych
obozowiczów. Czemu tak bardzo nie lubiłam łucznictwa? Bo była to
jedna z niewielu dziedzin, w której nie
byłam
dobra. Ani trochę, mimo tylu lat treningu, co z radością wytykały
mi dzieciaki od Apollina. Zdaje się, że ani ich tatuś, ani
Artemida nie pałali do mnie sympatią. Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek nadepnęła im na odcisk, ale najwyraźniej mieli własne zdanie na ten temat, bo podczas strzelania z łuku moje pociski zawsze latały zygzakiem. Ale wytykanie mi tego, nie było bezpieczne - potrafiłam paskudnie zemścić się na arenie. Zresztą, poza łucznictwem, z moją celnością było wszystko w porządku, więc zazwyczaj dawali mi spokój.
Z
pierwszą strzałą poszło mi całkiem nieźle. Trafiłam w tarczę.
Miałam ochotę spojrzeć na zegarek, by dowiedzieć się, ile jeszcze
mi zostało tej męczarni, ale zdaje się, że zostawiłam go na umywalce w łazience. Miałam nadzieję, że nikt go sobie nie zdążył przywłaszczyć - i tak zawsze byłam wszędzie spóźniona.
Wzięłam drugą strzałę i tym razem udało mi się
trafić w punktowane pole. Duży, naprawdę duży sukces. Uśmiechnęłam się chyba za szeroko, bo Lee zawołał:
-
Hej, Alex, gratulacje. Po dwunastu latach, w końcu trafiasz w
tarczę.
Lubię
go. Naprawdę. Dopóki nie odtworzy ust.
-
Niecałych dziesięciu – sprostowałam spokojnie i wzięłam
następną strzałę, którą ponownie wycelowałam w tarczę, choć
miałam ochotę wybić nią oko jednej z chichoczących córeczek
Apolla. Tak, tak pośmiejemy się przy szermierce. Z ciebie.
Trzy
godziny męczarni w końcu minęły i z ulgą odłożyłam łuk oraz strzały do zbrojowni, w myślach gratulując sobie, że i tym razem
nikogo nie udało mi się zabić. Czy to specjalnie, czy to przypadkiem. Według rozkładu dnia powinnam
iść teraz nad jezioro popływać kajakiem, więc wpadłam tylko na
chwilę do domku, by się przebrać i pobiegłam na zbiórkę. Był już
tam prawie cały domek Hermesa i Afrodyty, które miały dziś
wspólnie zajęcia.
-
Gdzie Luke? – zapytałam, bo to on zazwyczaj organizował pracę
przy kajakach.
-
Nie będzie go – odpowiedział ktoś i zaproponował, żeby w takim
razie losować pary i zrobić regaty. Wszyscy zgodzili się, że to
niezły pomysł i przygotowaliśmy losy. Już nie raz tak robiliśmy
i zazwyczaj była świetna zabawa.
Na
kartkach narysowaliśmy różne symbole. Dwie osoby, które
wylosowały ten sam znak trafiały do jednego kajaka. Co prawda, w
sumie było nas około trzydziestu osób, więc w pewnym momencie
zaczęło brakować nam figur geometrycznych, ale jakoś daliśmy
radę. Sięgnęłam do worka po swój los i wyciągnęłam świstek z
rombem. Rozejrzałam się dookoła, szukając kogoś, kto jeszcze nie
znalazł swojej pary.
-
Czy ktoś ma romb? – zawołałam.
-
Ja. – Podeszła do mnie Silena, a ja westchnęłam ciężko.
-
Znowu? – wyrwało mi się, a córka Afrodyty wzruszyła
ramionami. Za naszymi plecami bracia Hood przybijali sobie piątkę.
Jakimś cudem zawsze trafiali na siebie. Pachniało mi to jakimś
oszustwem, ale… O, właśnie. To przypomniało mi, że miałam ich
niedawno zabić, ale postanowiłam odłożyć to na bardziej
sprzyjającą okazję.
-
Tylko, błagam, tym razem nie narób paniki – poprosiłam Silenę,
gdy pakowałyśmy się do kajaka.
-
To był tylko jeden raz – oburzyła się. – Wczoraj obcięłam
paznokcie, bo jednego złamałam podczas treningu szermierki. – Skrzywiła się.
-
Więc nie będzie powtórki z rozrywki – ucieszyłam się.
Poprzednim razem prawie byśmy wygrały, gdyby nie to, że ktoś
(tak,
to byli bracia Hood, zgadliście), przez przypadek
uderzył
Silenę wiosłem, w skutek czego jej piękne paznokcie zostały
połamane. Oczywiście rzuciła wiosło i wszczęła panikę, a ja
musiałam ją uspokoić i sama doholować nas do mety. Byłyśmy
czwarte.
-
Płyniemy do boi i z powrotem – zawołał jeden z synów Afrodyty,
który w zastępstwie Luke'a prowadził zajęcia na wodzie. – Kto
będzie ostatni zmywa jutro po kolacji, a pierwsi… Pierwsi mają
dziś pierwszeństwo do pryszniców niezależnie od porannej
inspekcji. – Taka nagroda spotkała się z głośnym aplauzem całej
grupy.
Czym
prędzej ustawiliśmy się na stracie.
-
Do startu… gotowi… START! – krzyknął prowadzący, a ja
kilkoma energicznymi machnięciami wioseł wysunęłam się na
prowadzenie i przesunęłam tak, by na wirażu być jak najbliżej
boi.
-
Zajeżdżasz! – krzyknął Travis, kiedy prawie zderzyliśmy się
burtami.
-
Prawo dżungli, Hood! - odkrzyknęłam i pogoniłam Silenę,
by mocniej machała wiosłem. Do boi było ponad 150 metrów.
Powinnyśmy oszczędzać siły, ale o to się nie martwiłam. Na
takim odcinku nigdy nie brakowało mi energii. Łatwizna.
Wysunęłyśmy
się na prowadzenie, zostawiając za sobą w tyle resztę i spokojnie
wykręciłyśmy przy boi niemal się o nią ocierając. Silena
rozluźniła się już całkowicie i zagaiła:
-
Po Obozie krążą plotki o tym nowym, słyszałaś?
-
Coś mi się obiło o uszy – mruknęłam. Jakoś niespecjalnie mnie
interesował.
Mało
który nowy heros potrafił wzbudzić moje zainteresowanie. Co roku
pojawiało się ich kliku, paru innych ginęło lub rezygnowało z
obozu. Szczerze powiedziawszy, nie było już chyba ani jednego
obozowicza, który byłby tu tak długo jak ja. Nie miałam wśród
obozowiczów wielu przyjaciół, raczej nie byłam lubiana. Jedynie
Luke, Grover i kilka innych osób, darzyło mnie jakąś sympatią.
Ludzie nie przepadali za mną, bo byłam jedną z najmłodszych
uczestniczek, a mimo to w wielu rzeczach byłam bardzo dobra lub
nawet najlepsza, w końcu byłam tutaj najdłużej. No i Chejron bardzo mnie lubił. Chyba.
-
Ponoć jest całkiem ładniutki – zauważyła Silena, oglądając
się na mnie z uśmiechem. – I jest w twoim wieku…
-
Wiosłuj, nie gadaj – mruknęłam, bo bracia Hood narzucili ostre
tempo i próbowali nas przegonić. Silena nie była dla mnie jakąś
bardzo bliską przyjaciółką, ale nie wiedzieć czemu od jakiegoś
czasu na siłę próbowała znaleźć mi nowych przyjaciół. Nie potrafiłam jej wytłumaczyć, że nie chcę by
mnie uszczęśliwiała na siłę. Zdaje się jednak, że było to silniejsze od niej.
-
Tak tylko mówię – mruknęła lekko obrażona, posłusznie dostosowując się do szybszego tempa, a ja skorygowałam kurs. Do
mety było zaledwie 50 metrów. – Chejron chyba będzie go nam dziś
przedstawiać podczas ogniska… Ciekawe jaki on jest? – mówiła do siebie.
-
Hej, dziewczynki! – Usłyszałam nagle głos Connora, a w tym samym
momencie Travis chlapnął nas wodą. Silena pisnęła i upuściła
wiosło, które spokojnie unosiło się na wodzie, oddryfowując
powoli od naszego kajaka.
Jakim
cudem nas dogonili? Miałam dziwne wrażenie, że skrócili sobie
drogę… Najważniejsze było to, że tym razem nie zamierzałam dać
im wygrać.
-
Trzymaj. – Wcisnęłam Silenie wiosło i zrobiłam coś, co
teoretycznie było straszną głupotą podczas pływania kajakiem.
Wstałam i wskoczyłam na kadłub braci Hood.
-
Co ty…?! – wydusił z siebie siedzący z przodu Travis, a ja
szybkim ruchem rozbujałam kajak, tak że woda zaczęła nalewać się
do środka. Hood usiłował zepchnąć mnie wiosłem, ale odbiłam
cios ręką i dalej bujałam. Kajak zaczął się przechylać, woda
chlusnęła im na kolana i po chwili wszyscy troje wylądowaliśmy w
wodzie. Podpłynęłam po wiosło Sileny i wróciłam do kajaka.
-
Gazu! – rzuciłam, a Silena skwapliwie pociągnęła wiosłem, bo
kolejna drużyna już deptała nam po piętach.
-
Zapłacisz nam za to! – odgrażali się bracia, próbując odwrócić
kajak.
Dopłynęłyśmy
jako pierwsze i przybiłyśmy piątkę.
-
Dobra robota – pochwaliłam ją, a tuż obok nas na metę dopłynęło
dwóch nieokreślonych herosów z domku Hermesa.
-
Dyskwalifikacja za niesportowe zachowanie! – zawołał prowadzący,
który, z tego co pamiętam, nazywał się Damien. – Wygrywają Scott
i Matt.
Chłopcy
wyszczerzyli się do nas, a spojrzałam z niedowierzaniem na Damiena.
-
Ale…
-
I znów ostatni. – W tym momencie z wody wynurzyli się Travis i
Connor. Ich kajak dryfował dnem do góry na środku jeziora. – Mam
nadzieję, że na kolację będą kanapki.
-
Spokojnie, macie dwie dziewczyny do pomocy. – Damien wskazał na
nas.
-
Ale to oni zaczęli! – zawołała z oburzeniem Silena, wskazując
na braci, bo ja nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa, z całej siły powstrzymując chęć mordu. –
Popłynęli na skróty i ochlapali nas wodą!
-
Nic nie widziałem – uciął Damien i polecił naszej czwórce
ogarnąć kajaki, a reszcie przebrać się przed obiadem.
-
Alex, ja muszę… - Silena złapała mnie za ręce, gdy tylko jej
przyrodni brat zniknął z pola widzenia. – Ja muszę coś załatwić
przed obiadem, rozumiesz? To bardzo pilne i…
-
Idź – westchnęłam. – Tylko powiedz mu, że miał mi w zeszłym
tygodniu naprawić lewy naramiennik – zawołałam za nią, a ona
tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Logiczne było, że idzie się
spotkać z Backendorfem, chłopakiem z domku Hefajstosa i najlepszym
kowalem w Obozie. No i jej chłopakiem, oczywiście. No, prawie
chłopakiem.
Obróciłam
się w kierunku braci Hood, którzy magicznym sposobem znaleźli się
na drugim krańcu plaży.
-
I tak was dorwę! – zawołałam i zajęłam się wylewaniem wody z
kajaków, a następnie zaczęłam je czyścić.
-
Schowamy je do hangaru. – Kiedy skończyłam myć pierwsze pięć
kajaków, obok mnie pojawili się bracia z minami aniołków.
-
Nie dam się nabrać na te słodkie minki – ostrzegłam. – Co z
waszym kajakiem?
Travis
uśmiechnął się do mnie, wyrażając tym uśmiechem bliżej
nieokreśloną prośbę.
-
Mowy nie ma – odparłam twardo, zanim zdążyli poprosić o
cokolwiek.
-
My się zajmiemy tymi kajakami, będą błyszczeć – obiecał
Connor.
-
Proszę, Alex… Dla ciebie to przecież nie problem…
-
Ty tak bardzo lubisz pływać…
-
Mam holować kajak pełen wody przez pół jeziora? – zapytałam
z niedowierzaniem. – Chyba was pogrzało.
Nie
wiem, jak to się stało, ale parę minut później płynęłam
spokojnym kraulem w kierunku przewróconego kajaka. Ja zawsze się
dam wrobić! Ale mieli trochę racji - naprawdę lubię pływać. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas na
odstresowanie się i czerpanie przyjemności z obecności wody.
Dopłynęłam do kajaka i oparłam się o jego dno. Słońce grzało
mocno, a jakaś rybka podpłynęła i zaczęła skubać krawędź
moich szortów. Przegoniłam ją delikatnym ruchem ręki.
-
Kretyni – mruknęłam, kiedy próbowałam pociągnąć kajak w
stronę brzegu. Był niewyobrażalnie ciężki, a mnie brakowało punkt podparcia. Wspięłam się na
niego i usiadłam okrakiem. Bliźniacy kręcili się na brzegu
i zgodnie z umową szorowali kajaki.
-
Ej, Hood! – zawołałam gromko, jednak udawali, że mnie nie
słyszą. – Jakąś linę byście skombinowali, czy coś… - dodałam ciszej.
Nadal
mnie ignorowali, a ja poczułam, że znów spóźnię się na obiad.
Chwyciłam pływające po powierzchni wiosło i zrezygnowana zaczęłam
wiosłować w kierunku brzegu. Po paru machnięciach poczułam, że
kajak porusza się zdecydowanie szybciej niż powinien. Zerknęłam
zdezorientowana za siebie i ujrzałam dwie nereidy, które wczoraj mi
się przyglądały. Pomachały mi i z jeszcze większą energią
zaczęły pchać kajak w kierunku brzegu, tak że pruł wodę niczym
mała motorówka. Tuż przed brzegiem zwolniły i na migi pokazały
mi, że dalej nie dadzą rady, było dla nich po prostu za płytko.
Podziękowałam im i paroma szybkimi ruchami doholowałam kajak na
brzeg.
-
Dobra lenie, ale wodę wylewajcie sobie sami – zawołałam, jednak
zaraz zorientowałam się, że jestem na plaży sama. Zaklęłam pod
nosem i poszłam po czerpak.
***
Kiedy
wpadłam do kantyny, obiad powoli dobiegał końca. Ostatni maruderzy
wybierali się już na ognisko. W biegu zjadłam swoją
porcję, całkiem sporą jej część oddając bogom. Popełniłam
chyba absolutny rekord w prędkości spożywania posiłku, ale
przynajmniej udało mi się go zjeść.
Z
amfiteatru dobiegły dźwięki sugerujące, że domek Apolla zaraz
zacznie swoje śpiewy. Ognisko nie należało do punktów
obowiązkowych, a ja jakoś nie miałam ochoty na nie iść. Poranne
zajęcia z łucznictwa, a następnie klęska w wyścigu kajakowym
sprawiły, że poczułam nagłą potrzebę wyżycia się na czymś
lub na kimś. Bałam się, że jeśli pójdę na ognisko, to będzie
raczej ktoś, a nie coś.
Zamiast
skierować swoje kroki w kierunku amfiteatru, obróciłam się więc
na pięcie i pomaszerowałam na arenę. Szybko wskoczyłam w jedną z
treningowych zbroi, gdyż moja własna wciąż była pewnie gdzieś w
warsztacie Beckendorfa, który obiecał mi ją naprawić, gdy uległa
lekkim uszkodzeniom podczas ostatniej bitwy o sztandar. Chwilę
zastanawiałam się nad doborem broni, w końcu jednak postanowiłam
zostać przy swoim własnym wypróbowanym mieczu. Wyjęłam więc z
kieszeni spinkę i zapięłam ją jednym ruchem, a ona w mgnieniu oka
zmieniła się w jednoręczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Na
arenie powoli zapadały ciemności, jednak nie przeszkadzało mi to.
Znałam to miejsce jak własną kieszeń. Bez litości siekałam
manekiny stojące wokół areny, nic nie robiąc sobie z tego, że
jedynym źródłem światła jest połówka księżyca schowana
częściowo za chmurą oraz kilka gwiazd. Kiedy manekiny miały już
dość, płynnie wskoczyłam na równoważnię, którą ktoś
zapomniał schować do magazynu po popołudniowych ćwiczeniach i
zaczęłam walczyć z wyimaginowanymi przeciwnikami, czekając na
moment, w którym w końcu braknie mi sił.
Kompletnie
straciłam poczucie czasu. Wyszłam - chyba już po raz setny - z
półobrotu na krawędzi równoważni, kiedy nagle z metalicznym
brzdękiem mój miecz natrafił na przeszkodę.
-
Ostrożnie, maleńka, bo pokroisz mnie na kawałki. – Usłyszałam w
ciemności głos Luke'a, jednak nie miałam czasu na szok, bo zwinnie
wskoczył na równoważnię i szybkim machnięciem miecza zmusił mnie
do cofnięcia się o dwa kroki.
-
Nie powinieneś być na ognisku? – zapytałam, unikając drugiego
ciosu szybkim saltem w tył.
-
Skończyło się dobre pół godziny temu, księżniczko –
uświadomił mnie, zadając serię szybkich ciosów. Raz za razem
zmieniał tempo, by przyłapać mnie na jakimś błędzie, ja jednak
byłam czujna.
-
Nie mów tak do mnie – sapnęłam, wyprowadzając wyjątkowo silny
cios. Luke uchylił się, ale stracił równowagę i musiał ratować
się niezgrabnym saltem. Ciężko wylądował na ziemi, przyjmując
od razu postawę obronną.
-
Niby czemu? – Krążył wokół równoważni, czekając na mój
ruch. Droczył się ze mną próbując zdekoncentrować. Niedoczekanie.
-
Dobrze wiesz, że tego nie lubię, Luke.
Mimo
ciemności, wdziałem jego krzywy uśmiech wypaczony przez bliznę na
policzku. Ciął nisko, po nogach, jednak ja byłam na to
przygotowana. Szybkie salto i już dzieliła nas równoważnia.
-
Więc jak mam mówić? - Dalej próbował mnie zwodzić.
Westchnęłam
i oparłam ręce na biodrach.
- Jakbyś zapomniał, mam imię, które lubię, bo jest bardzo ładne. O co ci chodzi, Luke? - zapytałam, biorąc głębszy oddech. Coś było z nim ewidentnie nie w porządku. - Przecież mnie znasz… A ostatnio zachowujesz
się tak, jakbyś nie był sobą.
Na
jego twarzy pojawił się jakiś grymas, ale równie dobrze mogło mi
się tylko wydawać, bo przecież było ciemno. W każdym razie
zaatakował mnie nagle jednym susem, przesadzając równoważnię.
Zrobiłam szybki unik, nawet nie licząc, że siła impetu rzuci nim
do przodu. Był zbyt wytrawnym szermierzem, by popełnić tak
podstawowy błąd. Luke jak zwykle mnie nie zawiódł i natychmiast
odzyskał równowagę, a siłę impetu wykorzystał do zadania ciosu
z taką siłą, że aż zadzwoniły mi zęby. Odskoczyłam na pół
kroku, by zrobić sobie miejsca na zamach i wyprowadziłam cios z
półobrotu, końcówką miecza rozcinając mu koszulkę na
piersiach.
-
Była nowa… - mruknął, kontratakując, a ja zostałam pozbawiona
kosmyka włosów, który nieopatrznie wymknął się z warkocza.
-
Gdybyśmy walczyli na serio to miałabym piękny widok na twoją
wątrobę – zauważyłam.
-
A ty dławiłabyś się własną krwią – odparował.
-
Uważaj na jelec – mruknęłam i wyprowadziłam cięcie, którego
nauczył mnie zaraz po przybyciu do Obozu. To było chyba jedyne
cięcie, którego nauczyłam się od niego, a nie on ode mnie.
Przygotował
się na cios, widziałam to, jednak zrobiłam zwód i manewr
wykonałam z niewielkim opóźnieniem bezbłędnie wytrącając mu
miecz z ręki. Zatoczyłam łuk, chcąc przyłożyć mu ostrze do
szyi, on jednak przewrócił mnie na ziemię i chciał wyrwać mi
miecz.
-
Pudło, Luke – mruknęłam i wywinęłam się, robiąc przewrót w
przód. Obróciłam się, przyłożyłam mu miecz do piersi i… sama
nadziałam się na czubek jego ostrza.
-
Remis? – Uśmiechnął się krzywo.
-
Znowu – przyznałam niechętnie.
-
Znowu – powtórzył jak echo. – Wiesz, że od dawna nie udało mi
się z tobą wygrać?
-
Ani przegrać – dodałam. – Który to już remis z kolei?
-
Przestałem liczyć. – Odsunął ostrze i pomógł mi wstać. Faktycznie. Nasz poziom był tak wyrównany, a poza tym znaliśmy swoje ruchy tak doskonale, że od dawna wszystkie walki kończyliśmy remisem. –
Pamiętasz naszą pierwszą walkę?
-
Takich rzeczy się nie zapomina! – zawołałam i ruszyliśmy razem
powoli w kierunku domków.
W
ciemności nie widziałam jego twarzy, jednak nasze ramiona ocierały
się lekko o siebie co jakiś czas, mnie to jednak nie przeszkadzało,
Luke'owi, o ile wiem, też nie. Już prawie dotarliśmy pod domek
Hermesa, kiedy chłopak nagle zatrzymał mnie, łapiąc za ramię.
-
Alex? - zawołał cicho, obracając mnie do siebie i zbliżając
na tyle, że nawet w ogarniającej nas ciemności widziałam jego
nieco niespokojne oczy. - Możesz mi coś obiecać?
-
Jasne – odpowiedziałam bez namysłu.
-
Obiecaj mi, że niezależnie od tego, co się wydarzy, będziesz
pamiętać o tym, co nas łączy – powiedział, a w jego spojrzeniu
widać było jakieś dziwne napięcie.
Co,
proszę?
-
Co masz na myśli mówiąc „to, co nas łączy”? - zapytałam
lekko podejrzliwie.
W
jego oczach dostrzegłam wahanie, jakby toczył jakąś wewnętrzną
walkę, ale kiedy się odezwał, w jego głosie nie czuć była
napięcia, a na twarzy widniał charakterystyczny dla niego, złośliwy
uśmieszek.
-
Miałem na myśli, że kocham cię jak siostrę. A ty co pomyślałaś?
- Zmrużył zawadiacko oczy i potarmosił mnie po głowie, doskonale
wiedząc, że tego nie cierpię.
-
Uff, bo bałam się, że masz na myśli coś bardziej romantycznego i
już szykowałam się do uświadomienia cię, że to chyba jest nie
do końca legalne. – Puściłam mu oko i ruszyłam do wejścia do
domku numer jedenaście, pod sarkastycznymi słowami ukrywając
dziwną myśl, czającą się na końcu mojej jaźni.
-
Alex, poczekaj! - zawołał za mną Luke, kiedy już stawiałam
nogę na progu. - Uważaj, Percy śpi przy wejściu.
-
Kto, proszę?
-
Ten nowy. – Luke wywrócił oczami, zdegustowany moją ignorancją.
Hej,
nikt mi go nie przedstawił, tak? Zresztą, i tak pewnie bym nie
zapamiętała. Percy, Peter czy inny Paul – takich dzieciaków za
mojego życia przewinęło się przez Obóz dziesiątki.
-
Niedługo ludzie będą musieli spać na dachu. – Wywróciłam
oczami, zrobiłam duży krok nad zwiniętym w kłębek chłopakiem i
ruszyłam w kierunku swojego posłania.
-
Albo będziemy musieli dobudować pięterko – mruknął Luke,
moszcząc się na swoim łóżku. - Pogadam o tym jutro z Annabeth.
-
Śpij już – rzuciłam w ciemność, zgrzytając zębami na dźwięk
tego imienia.
-
Dobranoc, maleńka – ziewnął.
-
Zamknij się, Luke – odparłam, przewróciłam się na drugi bok i
niemal natychmiast zasnęłam.
_________________________
Wieki mnie tutaj nie było, choć rozdział jest napisany od dawna. Ale skończyłam sobie czytać "Olimpijskich herosów" i jakoś tak mnie naszło na kontynuowanie tego dzieła, więc aktualizuję.
Podobało się?
Wieki mnie tutaj nie było, choć rozdział jest napisany od dawna. Ale skończyłam sobie czytać "Olimpijskich herosów" i jakoś tak mnie naszło na kontynuowanie tego dzieła, więc aktualizuję.
Podobało się?