wtorek, 7 kwietnia 2020

DWA. Czy istnieje heros bardziej irytujący od braci Hood?

Następnego ranka, zaraz po śniadaniu udałam się prosto na zajęcia z łucznictwa. Obiecałam Chejronowi, że tym razem ich nie opuszczę. Chejron, co prawda, miał się pojawić dopiero o dwunastej, bo musiał coś wcześniej załatwić, ale i tak zajęcia toczyły się normalnym torem. Dzieciaki Apollina jak zwykle gwiazdorzyły, bawiąc się w rozstrzeliwanie strzały wbitej w środek tarczy (niektórzy z nich są autentycznymi fanami Robin Hooda. No cóż, w końcu starszy przyrodni braciszek), a także w strzelanie do jabłek umieszczonych na głowach kolegów (cóż, jak wspominałam…). W obecności Chejrona takie zabawy były niedozwolone, ale czego oczy nie wiedzą, tego sercu nie żal, prawda?
Annabeth od rana chodziła wściekła jak osa (właściwie, to była wściekła na mnie), pewnie dlatego, że wpadła wczoraj wieczorem na mnie i na Luke'a. Nie wiem, jaką teorię do tego sobie dorobiła, wystarczy, że omijała mnie ostentacyjnie przez cały poranek. Potem zniknęła mi z oczu. I chwała jej za to.
Niechętnie nałożyłam strzałę na cięciwę i ulokowałam się przed jedną ze skrajnych tarczy, starając ignorować się pozostałych obozowiczów. Czemu tak bardzo nie lubiłam łucznictwa? Bo była to jedna z niewielu dziedzin, w której nie byłam dobra. Ani trochę, mimo tylu lat treningu, co z radością wytykały mi dzieciaki od Apollina. Zdaje się, że ani ich tatuś, ani Artemida nie pałali do mnie sympatią. Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek nadepnęła im na odcisk, ale najwyraźniej mieli własne zdanie na ten temat, bo podczas strzelania z łuku moje pociski zawsze latały zygzakiem. Ale wytykanie mi tego, nie było bezpieczne - potrafiłam paskudnie zemścić się na arenie. Zresztą, poza łucznictwem, z moją celnością było wszystko w porządku, więc zazwyczaj dawali mi spokój.
Z pierwszą strzałą poszło mi całkiem nieźle. Trafiłam w tarczę. Miałam ochotę spojrzeć na zegarek, by dowiedzieć się, ile jeszcze mi zostało tej męczarni, ale zdaje się, że zostawiłam go na umywalce w łazience. Miałam nadzieję, że nikt go sobie nie zdążył przywłaszczyć - i tak zawsze byłam wszędzie spóźniona.
Wzięłam drugą strzałę i tym razem udało mi się trafić w punktowane pole. Duży, naprawdę duży sukces. Uśmiechnęłam się chyba za szeroko, bo Lee zawołał:
- Hej, Alex, gratulacje. Po dwunastu latach, w końcu trafiasz w tarczę. 
Lubię go. Naprawdę. Dopóki nie odtworzy ust.
- Niecałych dziesięciu – sprostowałam spokojnie i wzięłam następną strzałę, którą ponownie wycelowałam w tarczę, choć miałam ochotę wybić nią oko jednej z chichoczących córeczek Apolla. Tak, tak pośmiejemy się przy szermierce. Z ciebie.
Trzy godziny męczarni w końcu minęły i z ulgą odłożyłam łuk oraz strzały do zbrojowni, w myślach gratulując sobie, że i tym razem nikogo nie udało mi się zabić. Czy to specjalnie, czy to przypadkiem. Według rozkładu dnia powinnam iść teraz nad jezioro popływać kajakiem, więc wpadłam tylko na chwilę do domku, by się przebrać i pobiegłam na zbiórkę. Był już tam prawie cały domek Hermesa i Afrodyty, które miały dziś wspólnie zajęcia.
- Gdzie Luke? – zapytałam, bo to on zazwyczaj organizował pracę przy kajakach.
- Nie będzie go – odpowiedział ktoś i zaproponował, żeby w takim razie losować pary i zrobić regaty. Wszyscy zgodzili się, że to niezły pomysł i przygotowaliśmy losy. Już nie raz tak robiliśmy i zazwyczaj była świetna zabawa.
Na kartkach narysowaliśmy różne symbole. Dwie osoby, które wylosowały ten sam znak trafiały do jednego kajaka. Co prawda, w sumie było nas około trzydziestu osób, więc w pewnym momencie zaczęło brakować nam figur geometrycznych, ale jakoś daliśmy radę. Sięgnęłam do worka po swój los i wyciągnęłam świstek z rombem. Rozejrzałam się dookoła, szukając kogoś, kto jeszcze nie znalazł swojej pary.
- Czy ktoś ma romb? – zawołałam.
- Ja. – Podeszła do mnie Silena, a ja westchnęłam ciężko.
- Znowu? – wyrwało mi się, a córka Afrodyty wzruszyła ramionami. Za naszymi plecami bracia Hood przybijali sobie piątkę. Jakimś cudem zawsze trafiali na siebie. Pachniało mi to jakimś oszustwem, ale… O, właśnie. To przypomniało mi, że miałam ich niedawno zabić, ale postanowiłam odłożyć to na bardziej sprzyjającą okazję.
- Tylko, błagam, tym razem nie narób paniki – poprosiłam Silenę, gdy pakowałyśmy się do kajaka.
- To był tylko jeden raz – oburzyła się. – Wczoraj obcięłam paznokcie, bo jednego złamałam podczas treningu szermierki. – Skrzywiła się.
- Więc nie będzie powtórki z rozrywki – ucieszyłam się. Poprzednim razem prawie byśmy wygrały, gdyby nie to, że ktoś (tak, to byli bracia Hood, zgadliście), przez przypadek uderzył Silenę wiosłem, w skutek czego jej piękne paznokcie zostały połamane. Oczywiście rzuciła wiosło i wszczęła panikę, a ja musiałam ją uspokoić i sama doholować nas do mety. Byłyśmy czwarte.
- Płyniemy do boi i z powrotem – zawołał jeden z synów Afrodyty, który w zastępstwie Luke'a prowadził zajęcia na wodzie. – Kto będzie ostatni zmywa jutro po kolacji, a pierwsi… Pierwsi mają dziś pierwszeństwo do pryszniców niezależnie od porannej inspekcji. – Taka nagroda spotkała się z głośnym aplauzem całej grupy.
Czym prędzej ustawiliśmy się na stracie.
- Do startu… gotowi… START! – krzyknął prowadzący, a ja kilkoma energicznymi machnięciami wioseł wysunęłam się na prowadzenie i przesunęłam tak, by na wirażu być jak najbliżej boi.
- Zajeżdżasz! – krzyknął Travis, kiedy prawie zderzyliśmy się burtami.
- Prawo dżungli, Hood! - odkrzyknęłam i pogoniłam Silenę, by mocniej machała wiosłem. Do boi było ponad 150 metrów. Powinnyśmy oszczędzać siły, ale o to się nie martwiłam. Na takim odcinku nigdy nie brakowało mi energii. Łatwizna.
Wysunęłyśmy się na prowadzenie, zostawiając za sobą w tyle resztę i spokojnie wykręciłyśmy przy boi niemal się o nią ocierając. Silena rozluźniła się już całkowicie i zagaiła:
- Po Obozie krążą plotki o tym nowym, słyszałaś?
- Coś mi się obiło o uszy – mruknęłam. Jakoś niespecjalnie mnie interesował.
Mało który nowy heros potrafił wzbudzić moje zainteresowanie. Co roku pojawiało się ich kliku, paru innych ginęło lub rezygnowało z obozu. Szczerze powiedziawszy, nie było już chyba ani jednego obozowicza, który byłby tu tak długo jak ja. Nie miałam wśród obozowiczów wielu przyjaciół, raczej nie byłam lubiana. Jedynie Luke, Grover i kilka innych osób, darzyło mnie jakąś sympatią. Ludzie nie przepadali za mną, bo byłam jedną z najmłodszych uczestniczek, a mimo to w wielu rzeczach byłam bardzo dobra lub nawet najlepsza, w końcu byłam tutaj najdłużej. No i Chejron bardzo mnie lubił. Chyba.
- Ponoć jest całkiem ładniutki – zauważyła Silena, oglądając się na mnie z uśmiechem. – I jest w twoim wieku…
- Wiosłuj, nie gadaj – mruknęłam, bo bracia Hood narzucili ostre tempo i próbowali nas przegonić. Silena nie była dla mnie jakąś bardzo bliską przyjaciółką, ale nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu na siłę próbowała znaleźć mi nowych przyjaciół. Nie potrafiłam jej wytłumaczyć, że nie chcę by mnie uszczęśliwiała na siłę. Zdaje się jednak, że było to silniejsze od niej.
- Tak tylko mówię – mruknęła lekko obrażona, posłusznie dostosowując się do szybszego tempa, a ja skorygowałam kurs. Do mety było zaledwie 50 metrów. – Chejron chyba będzie go nam dziś przedstawiać podczas ogniska… Ciekawe jaki on jest? – mówiła do siebie.
- Hej, dziewczynki! – Usłyszałam nagle głos Connora, a w tym samym momencie Travis chlapnął nas wodą. Silena pisnęła i upuściła wiosło, które spokojnie unosiło się na wodzie, oddryfowując powoli od naszego kajaka.
Jakim cudem nas dogonili? Miałam dziwne wrażenie, że skrócili sobie drogę… Najważniejsze było to, że tym razem nie zamierzałam dać im wygrać.
- Trzymaj. – Wcisnęłam Silenie wiosło i zrobiłam coś, co teoretycznie było straszną głupotą podczas pływania kajakiem. Wstałam i wskoczyłam na kadłub braci Hood.
- Co ty…?! – wydusił z siebie siedzący z przodu Travis, a ja szybkim ruchem rozbujałam kajak, tak że woda zaczęła nalewać się do środka. Hood usiłował zepchnąć mnie wiosłem, ale odbiłam cios ręką i dalej bujałam. Kajak zaczął się przechylać, woda chlusnęła im na kolana i po chwili wszyscy troje wylądowaliśmy w wodzie. Podpłynęłam po wiosło Sileny i wróciłam do kajaka.
- Gazu! – rzuciłam, a Silena skwapliwie pociągnęła wiosłem, bo kolejna drużyna już deptała nam po piętach.
- Zapłacisz nam za to! – odgrażali się bracia, próbując odwrócić kajak.
Dopłynęłyśmy jako pierwsze i przybiłyśmy piątkę.
- Dobra robota – pochwaliłam ją, a tuż obok nas na metę dopłynęło dwóch nieokreślonych herosów z domku Hermesa.
- Dyskwalifikacja za niesportowe zachowanie! – zawołał prowadzący, który, z tego co pamiętam, nazywał się Damien. – Wygrywają Scott i Matt.
Chłopcy wyszczerzyli się do nas, a spojrzałam z niedowierzaniem na Damiena.
- Ale…
- I znów ostatni. – W tym momencie z wody wynurzyli się Travis i Connor. Ich kajak dryfował dnem do góry na środku jeziora. – Mam nadzieję, że na kolację będą kanapki.
- Spokojnie, macie dwie dziewczyny do pomocy. – Damien wskazał na nas.
- Ale to oni zaczęli! – zawołała z oburzeniem Silena, wskazując na braci, bo ja nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa, z całej siły powstrzymując chęć mordu. – Popłynęli na skróty i ochlapali nas wodą!
- Nic nie widziałem – uciął Damien i polecił naszej czwórce ogarnąć kajaki, a reszcie przebrać się przed obiadem.
- Alex, ja muszę… - Silena złapała mnie za ręce, gdy tylko jej przyrodni brat zniknął z pola widzenia. – Ja muszę coś załatwić przed obiadem, rozumiesz? To bardzo pilne i…
- Idź – westchnęłam. – Tylko powiedz mu, że miał mi w zeszłym tygodniu naprawić lewy naramiennik – zawołałam za nią, a ona tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Logiczne było, że idzie się spotkać z Backendorfem, chłopakiem z domku Hefajstosa i najlepszym kowalem w Obozie. No i jej chłopakiem, oczywiście. No, prawie chłopakiem.
Obróciłam się w kierunku braci Hood, którzy magicznym sposobem znaleźli się na drugim krańcu plaży.
- I tak was dorwę! – zawołałam i zajęłam się wylewaniem wody z kajaków, a następnie zaczęłam je czyścić.
- Schowamy je do hangaru. – Kiedy skończyłam myć pierwsze pięć kajaków, obok mnie pojawili się bracia z minami aniołków.
- Nie dam się nabrać na te słodkie minki – ostrzegłam. – Co z waszym kajakiem?
Travis uśmiechnął się do mnie, wyrażając tym uśmiechem bliżej nieokreśloną prośbę.
- Mowy nie ma – odparłam twardo, zanim zdążyli poprosić o cokolwiek.
- My się zajmiemy tymi kajakami, będą błyszczeć – obiecał Connor.
- Proszę, Alex… Dla ciebie to przecież nie problem…
- Ty tak bardzo lubisz pływać…
- Mam holować kajak pełen wody przez pół jeziora? – zapytałam z niedowierzaniem. – Chyba was pogrzało.
Nie wiem, jak to się stało, ale parę minut później płynęłam spokojnym kraulem w kierunku przewróconego kajaka. Ja zawsze się dam wrobić! Ale mieli trochę racji - naprawdę lubię pływać. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas na odstresowanie się i czerpanie przyjemności z obecności wody. Dopłynęłam do kajaka i oparłam się o jego dno. Słońce grzało mocno, a jakaś rybka podpłynęła i zaczęła skubać krawędź moich szortów. Przegoniłam ją delikatnym ruchem ręki.
- Kretyni – mruknęłam, kiedy próbowałam pociągnąć kajak w stronę brzegu. Był niewyobrażalnie ciężki, a mnie brakowało punkt podparcia. Wspięłam się na niego i usiadłam okrakiem. Bliźniacy kręcili się na brzegu i zgodnie z umową szorowali kajaki.
- Ej, Hood! – zawołałam gromko, jednak udawali, że mnie nie słyszą. – Jakąś linę byście skombinowali, czy coś… - dodałam ciszej.
Nadal mnie ignorowali, a ja poczułam, że znów spóźnię się na obiad. Chwyciłam pływające po powierzchni wiosło i zrezygnowana zaczęłam wiosłować w kierunku brzegu. Po paru machnięciach poczułam, że kajak porusza się zdecydowanie szybciej niż powinien. Zerknęłam zdezorientowana za siebie i ujrzałam dwie nereidy, które wczoraj mi się przyglądały. Pomachały mi i z jeszcze większą energią zaczęły pchać kajak w kierunku brzegu, tak że pruł wodę niczym mała motorówka. Tuż przed brzegiem zwolniły i na migi pokazały mi, że dalej nie dadzą rady, było dla nich po prostu za płytko. Podziękowałam im i paroma szybkimi ruchami doholowałam kajak na brzeg.
- Dobra lenie, ale wodę wylewajcie sobie sami – zawołałam, jednak zaraz zorientowałam się, że jestem na plaży sama. Zaklęłam pod nosem i poszłam po czerpak.

***

Kiedy wpadłam do kantyny, obiad powoli dobiegał końca. Ostatni maruderzy wybierali się już na ognisko. W biegu zjadłam swoją porcję, całkiem sporą jej część oddając bogom. Popełniłam chyba absolutny rekord w prędkości spożywania posiłku, ale przynajmniej udało mi się go zjeść.
Z amfiteatru dobiegły dźwięki sugerujące, że domek Apolla zaraz zacznie swoje śpiewy. Ognisko nie należało do punktów obowiązkowych, a ja jakoś nie miałam ochoty na nie iść. Poranne zajęcia z łucznictwa, a następnie klęska w wyścigu kajakowym sprawiły, że poczułam nagłą potrzebę wyżycia się na czymś lub na kimś. Bałam się, że jeśli pójdę na ognisko, to będzie raczej ktoś, a nie coś.
Zamiast skierować swoje kroki w kierunku amfiteatru, obróciłam się więc na pięcie i pomaszerowałam na arenę. Szybko wskoczyłam w jedną z treningowych zbroi, gdyż moja własna wciąż była pewnie gdzieś w warsztacie Beckendorfa, który obiecał mi ją naprawić, gdy uległa lekkim uszkodzeniom podczas ostatniej bitwy o sztandar. Chwilę zastanawiałam się nad doborem broni, w końcu jednak postanowiłam zostać przy swoim własnym wypróbowanym mieczu. Wyjęłam więc z kieszeni spinkę i zapięłam ją jednym ruchem, a ona w mgnieniu oka zmieniła się w jednoręczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Na arenie powoli zapadały ciemności, jednak nie przeszkadzało mi to. Znałam to miejsce jak własną kieszeń. Bez litości siekałam manekiny stojące wokół areny, nic nie robiąc sobie z tego, że jedynym źródłem światła jest połówka księżyca schowana częściowo za chmurą oraz kilka gwiazd. Kiedy manekiny miały już dość, płynnie wskoczyłam na równoważnię, którą ktoś zapomniał schować do magazynu po popołudniowych ćwiczeniach i zaczęłam walczyć z wyimaginowanymi przeciwnikami, czekając na moment, w którym w końcu braknie mi sił.
Kompletnie straciłam poczucie czasu. Wyszłam - chyba już po raz setny - z półobrotu na krawędzi równoważni, kiedy nagle z metalicznym brzdękiem mój miecz natrafił na przeszkodę.
- Ostrożnie, maleńka, bo pokroisz mnie na kawałki. – Usłyszałam w ciemności głos Luke'a, jednak nie miałam czasu na szok, bo zwinnie wskoczył na równoważnię i szybkim machnięciem miecza zmusił mnie do cofnięcia się o dwa kroki.
- Nie powinieneś być na ognisku? – zapytałam, unikając drugiego ciosu szybkim saltem w tył.
- Skończyło się dobre pół godziny temu, księżniczko – uświadomił mnie, zadając serię szybkich ciosów. Raz za razem zmieniał tempo, by przyłapać mnie na jakimś błędzie, ja jednak byłam czujna.
- Nie mów tak do mnie – sapnęłam, wyprowadzając wyjątkowo silny cios. Luke uchylił się, ale stracił równowagę i musiał ratować się niezgrabnym saltem. Ciężko wylądował na ziemi, przyjmując od razu postawę obronną.
- Niby czemu? – Krążył wokół równoważni, czekając na mój ruch. Droczył się ze mną próbując zdekoncentrować. Niedoczekanie.
- Dobrze wiesz, że tego nie lubię, Luke.
Mimo ciemności, wdziałem jego krzywy uśmiech wypaczony przez bliznę na policzku. Ciął nisko, po nogach, jednak ja byłam na to przygotowana. Szybkie salto i już dzieliła nas równoważnia.
- Więc jak mam mówić? - Dalej próbował mnie zwodzić.
Westchnęłam i oparłam ręce na biodrach.
- Jakbyś zapomniał, mam imię, które lubię, bo jest bardzo ładne. O co ci chodzi, Luke?  - zapytałam, biorąc głębszy oddech. Coś było z nim ewidentnie nie w porządku. - Przecież mnie znasz… A ostatnio zachowujesz się tak, jakbyś nie był sobą.
Na jego twarzy pojawił się jakiś grymas, ale równie dobrze mogło mi się tylko wydawać, bo przecież było ciemno. W każdym razie zaatakował mnie nagle jednym susem, przesadzając równoważnię. Zrobiłam szybki unik, nawet nie licząc, że siła impetu rzuci nim do przodu. Był zbyt wytrawnym szermierzem, by popełnić tak podstawowy błąd. Luke jak zwykle mnie nie zawiódł i natychmiast odzyskał równowagę, a siłę impetu wykorzystał do zadania ciosu z taką siłą, że aż zadzwoniły mi zęby. Odskoczyłam na pół kroku, by zrobić sobie miejsca na zamach i wyprowadziłam cios z półobrotu, końcówką miecza rozcinając mu koszulkę na piersiach.
- Była nowa… - mruknął, kontratakując, a ja zostałam pozbawiona kosmyka włosów, który nieopatrznie wymknął się z warkocza.
- Gdybyśmy walczyli na serio to miałabym piękny widok na twoją wątrobę – zauważyłam.
- A ty dławiłabyś się własną krwią – odparował.
Uśmiechnęłam się kącikiem ust i wyprowadziłam serię szybkich ciosów, zmuszając Luke'a do cofnięcia się o parę kroków. Nie pozostał mi dłużny i po chwili wróciliśmy, kiedy ugięłam się pod wyjątkowo silnym ciosem. Drugi szybki sztych i dziura w jego koszulce zdecydowanie się powiększyła.
- Uważaj na jelec – mruknęłam i wyprowadziłam cięcie, którego nauczył mnie zaraz po przybyciu do Obozu. To było chyba jedyne cięcie, którego nauczyłam się od niego, a nie on ode mnie.
Przygotował się na cios, widziałam to, jednak zrobiłam zwód i manewr wykonałam z niewielkim opóźnieniem bezbłędnie wytrącając mu miecz z ręki. Zatoczyłam łuk, chcąc przyłożyć mu ostrze do szyi, on jednak przewrócił mnie na ziemię i chciał wyrwać mi miecz.
- Pudło, Luke – mruknęłam i wywinęłam się, robiąc przewrót w przód. Obróciłam się, przyłożyłam mu miecz do piersi i… sama nadziałam się na czubek jego ostrza.
- Remis? – Uśmiechnął się krzywo.
- Znowu – przyznałam niechętnie.
- Znowu – powtórzył jak echo. – Wiesz, że od dawna nie udało mi się z tobą wygrać?
- Ani przegrać – dodałam. – Który to już remis z kolei?
- Przestałem liczyć. – Odsunął ostrze i pomógł mi wstać. Faktycznie. Nasz poziom był tak wyrównany, a poza tym znaliśmy swoje ruchy tak doskonale, że od dawna wszystkie walki kończyliśmy remisem. – Pamiętasz naszą pierwszą walkę?
- Takich rzeczy się nie zapomina! – zawołałam i ruszyliśmy razem powoli w kierunku domków.
W ciemności nie widziałam jego twarzy, jednak nasze ramiona ocierały się lekko o siebie co jakiś czas, mnie to jednak nie przeszkadzało, Luke'owi, o ile wiem, też nie. Już prawie dotarliśmy pod domek Hermesa, kiedy chłopak nagle zatrzymał mnie, łapiąc za ramię.
- Alex? - zawołał cicho, obracając mnie do siebie i zbliżając na tyle, że nawet w ogarniającej nas ciemności widziałam jego nieco niespokojne oczy. - Możesz mi coś obiecać?
- Jasne – odpowiedziałam bez namysłu.
- Obiecaj mi, że niezależnie od tego, co się wydarzy, będziesz pamiętać o tym, co nas łączy – powiedział, a w jego spojrzeniu widać było jakieś dziwne napięcie.
Co, proszę?
- Co masz na myśli mówiąc „to, co nas łączy”? - zapytałam lekko podejrzliwie.
W jego oczach dostrzegłam wahanie, jakby toczył jakąś wewnętrzną walkę, ale kiedy się odezwał, w jego głosie nie czuć była napięcia, a na twarzy widniał charakterystyczny dla niego, złośliwy uśmieszek.
- Miałem na myśli, że kocham cię jak siostrę. A ty co pomyślałaś? - Zmrużył zawadiacko oczy i potarmosił mnie po głowie, doskonale wiedząc, że tego nie cierpię.
- Uff, bo bałam się, że masz na myśli coś bardziej romantycznego i już szykowałam się do uświadomienia cię, że to chyba jest nie do końca legalne. – Puściłam mu oko i ruszyłam do wejścia do domku numer jedenaście, pod sarkastycznymi słowami ukrywając dziwną myśl, czającą się na końcu mojej jaźni.
- Alex, poczekaj! - zawołał za mną Luke, kiedy już stawiałam nogę na progu. - Uważaj, Percy śpi przy wejściu.
- Kto, proszę?
- Ten nowy. – Luke wywrócił oczami, zdegustowany moją ignorancją.
Hej, nikt mi go nie przedstawił, tak? Zresztą, i tak pewnie bym nie zapamiętała. Percy, Peter czy inny Paul – takich dzieciaków za mojego życia przewinęło się przez Obóz dziesiątki.
- Niedługo ludzie będą musieli spać na dachu. – Wywróciłam oczami, zrobiłam duży krok nad zwiniętym w kłębek chłopakiem i ruszyłam w kierunku swojego posłania.
- Albo będziemy musieli dobudować pięterko – mruknął Luke, moszcząc się na swoim łóżku. - Pogadam o tym jutro z Annabeth.
- Śpij już – rzuciłam w ciemność, zgrzytając zębami na dźwięk tego imienia.
- Dobranoc, maleńka – ziewnął.
- Zamknij się, Luke – odparłam, przewróciłam się na drugi bok i niemal natychmiast zasnęłam.
_________________________
Wieki mnie tutaj nie było, choć rozdział jest napisany od dawna. Ale skończyłam sobie czytać "Olimpijskich herosów" i jakoś tak mnie naszło na kontynuowanie tego dzieła, więc aktualizuję.
Podobało się?