poniedziałek, 5 kwietnia 2021

PIĘĆ. Fata dostarczają mi okazji, by pozbyć się brata. Luz, nie korzystam.

Tej nocy nie wróciłam do domku Hermesa. Nie potrafiłam. Nie umiałam przekroczyć jego progu, wiedząc, że nie jest to mój prawdziwy dom. Percy miał się przeprowadzić do trójki dopiero następnego dnia, ja jednak miałam pozostać w zatłoczonej jedenastce.
To nie było fajne.
Zrobiłam więc to, co zawsze robiłam w takich sytuacjach. Stare greckie przysłowie mówi: "Gdy ci smutno, gdy ci źle - wskocz do wody, wykąp się". Nie no, nie ma takiego przysłowia, ale w moim przypadku sprawdzało się to całkiem nieźle. Teraz przynajmniej wiedziałam dlaczego - to "bliżej nieokreślone bóstwo wodne", które podejrzewałam o bycie moim rodzicem okazało się samym Panem Mórz. A przynajmniej wszystko na to wskazywało, bo Posejdon nie kwapił się, by moje domysły potwierdzić.
W tej sytuacji chyba jednak wolałabym nie wiedzieć.
- Kanał, co? 
Luke podkradł się do mnie bezszelestnie i usiadł obok mnie na plaży. Bez słowa podał mi puszkę coli. Nie pytałam, jak przemycił ją do Obozu. Na pewno nie było tym nic legalnego.
- Przez dwanaście lat przyzwyczaiłam się do tego, że mój boski rodzic mnie ignoruje. -Wzruszyłam ramionami. - Teraz wiem przynajmniej, że olewa mnie całkiem ważny gość. Cała ta sprawa z rodzicami jest do kitu - westchnęłam, rzucając kamieniem w powierzchnię zatoki. Kamień odbił się od wody siedem razy, nim zapadł się w toń. Całkiem porządna kaczka.
Myślałam, że to matka nie chce mieć ze mną nic wspólnego, a tu niespodzianka - jest dokładnie na odwrót. A ona na dodatek ona nie żyje. Półsierota, której własny ojciec nie chce znać.  
- To nie rodzice są do kitu, tylko bogowie - mruknął gniewnie Luke. Gdzieś ponad nami rozległ się odległy pomruk grzmotu, jednak chłopak się tym nie przejął. - Nie powinien cię tak traktować, Alex. To było po prostu chamskie.
- Przy następnej wycieczce na Olimp będę przynajmniej wiedziała, komu mam wykrzyczeć w twarz swoją frustrację - odparłam, wybierając kolejny płaski kamyczek i puściłam kolejną kaczkę. Doliczyłam do trzynastu odbić, nim straciłam ją z oczu w ciemności. - Naprawdę nie ma o czym mówić, Luke. To przykre, fakt, ale... chyba od dawna przestałam oczekiwać czegoś lepszego.
Nie odpowiedział nic, tylko otoczył mnie ramieniem, a ja oparłam głowę o jego bark. Emanował ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, mimo iż niemal fizycznie czułam, jak gotuje się z wściekłości. To było całkiem miłe, że tak się tym przejął. Choć trochę niepokojąco zabrzmiały jego następne słowa:
- Zapłacą za to, Alex. Obiecuję ci. Twój ojciec, mój... i cała reszta.
- Luke... Daj spokój. Ja naprawdę nie...
- Tu nie chodzi tylko o ciebie, maleńka. - Zerknął na mnie z ukosa. - Ale dziś... To chyba była kropla, która przepełniła czarę. - Pokręcił głową. - Koniec z wątpliwościami.
Nie wiedziałam, o czym mówi. Było w nim dużo gniewu, dużo emocji, których nie umiałam rozszyfrować. I chyba naprawdę nie chodziło o mnie. Luke jednak nie miał zamiaru rozwijać tematu, a ja nie ciągnęłam go za język. Siedzieliśmy po prostu w milczeniu na brzegu, przytuleni do siebie i patrzyliśmy, jak ocena cofa się wraz z odpływem, pod baldachimem blednących gwiazd. Tuż przed świtem chyba przysnęłam, bo gdy się obudziłam słońce już wspinało się mozolnie po niebie.
- Muszę iść. Poradzisz sobie? - zapytał z troską Luke.
Kiwnęłam głową. On jednak nadal nie podnosił się z piasku, jakby dręczyła go jeszcze jakaś sprawa.
- Alex... Ufasz mi?
- Ufam.
- A co by się musiało stać, byś przestała we mnie wierzyć? - zapytał z dziwnym napięciem w głosie. - Gdybym zrobił coś złego... Nadal byłabyś przy mnie?
- Wszyscy popełniamy błędy, Luke - odparłam. Kiwnął głową, mimo iż chyba oczekiwał innej odpowiedzi i odszedł, a ja jeszcze chwilę wpatrywałam się w horyzont. Potem westchnęłam ciężko i ruszyłam w kierunku domków.
Trafiłam oczywiście w idealnym momencie - Percy obładowany swoim skromnym dobytkiem opuszczał właśnie domek numer jedenaście, wylewnie żegnany przez braci Hood. Odruchowo zastanowiłam się, jaki numer mu przy tej okazji wywinęli. Chciałam zniknąć z zasięgu wzroku, Perseusz jednak zauważył mnie i pomachał mi ręką uzbrojoną w róg Minotaura. Naprawdę, czas najwyższy, żeby ktoś pokazał mu, gdzie w Obozie składujemy trofea! Jeszcze kogoś przypadkiem nim zadźga!
- Hej, Alex!
Odetchnęłam głęboko, ale ze zdziwieniem odkryłam, że nie jestem na niego zła. W końcu to nie była jego wina. Właściwie to nie była niczyja wina. Do nikogo nie miałam żalu, było mi po prostu przykro. I może gdzieś w głębi serca pogłębiła się rysa o nazwie "Czy nie jestem wystarczająco dobra?", która zawsze sprawiała, że dążyłam do doskonałości, kazała robić mi wszystko coraz lepiej i lepiej.
Tym razem jednak chyba pogodziłam się z myślą, że nie jestem w stanie zrobić już nic więcej.
- Cześć. - Podeszłam do chłopaka i pomogłam nieść mu śpiwór. - Czyli jednak gardzisz moim komfortowym łóżkiem? - zapytałam, żartobliwym tonem maskując swój ponury nastrój.
- Cóż... tak wyszło. Teraz mam cały domek dla siebie. - Uśmiechnął się, gdy stanęliśmy na progu domku numer trzy. Dotąd nie zwracałam na niego większej uwagi - w końcu nie miał być nigdy więcej zamieszkały. Teraz jednak poczułam jakąś niewyobrażalną tęsknotę za tym miejscem.
Głupie, prawda?
- Tak, codziennie możesz spać w innym łóżku - rzuciłam, jednak nie udało mi się wykrzesać z siebie wystarczająco dużo entuzjazmu, by umknęło to uwadze Perseusza.
- Hej, właściwie to przecież nasz domek - zauważył. - Skoro jesteśmy rodzeństwem, to chyba logiczne, że ty też powinnaś tu mieszkać! - ożywił się chłopak, rzucając swoje rzeczy na pierwsze wolne łóżko. - Chodź, pomogę ci przenieść rzeczy!
- Percy - przerwałam mu, nim zdążył pognać z powrotem do domku numer jedenaście. - To tak nie działa. Ja nie mogę tutaj mieszkać. Dziękuję za propozycję, ale... nie. Tak nie wolno. 
- Jak to? - zdziwił się. - Przecież jesteś moją siostrą, tak?
- Tak - odparłam z westchnieniem.
- I Posejdon jest twoim ojcem, tak?
- Na to wygląda - mruknęłam niechętnie.
- A to jego domek, więc także i twój...
- Percy. Chodzi o to, że... - Zagryzłam wargę, odwracając wzrok. - On mnie nie uznał, rozumiesz? - wyznałam cicho. - Najwyraźniej nie jestem godna i dlatego nie mogę tu mieszać. To byłaby obraza, tak się po prostu nie robi.
- Ale to bez sensu! - oburzył się chłopak. - Przecież ja nic nie zrobiłem! A ty tak. Gdyby nie ty, to ten pies przerobiłby mnie na kabanosy!
Uśmiechnęłam się pod nosem na to porównanie.
- Najwyraźniej bogowie widzą w tym jakiś sens. Właśnie dlatego są bogami - odparłam. - Dziękuję za propozycję, Percy. To było najmilsze, co mnie ostatnio spotkało. - Uśmiechnęłam się blado.
- Zawsze jesteś tu mile widziana. Jeśli ktoś ma z tym problem to...
Nie dałam mu dokończyć. Po prostu mocno go przytuliłam.
A potem pobiegłam na arenę, by rozładować pozostałe kłębiące się wewnątrz mnie emocje, bo one akurat nie miały nic wspólnego z przytulaniem.

***

Kilka następnych dni minęło z grubsza normalnie. Spędzałam czas głównie z Perseuszem. Oboje byliśmy nieco wyrzutkami. On, bo po bitwie o sztandar miał na pieńku z domkiem Aresa, a poza tym ludzi odstraszała aura dziecka Wielkiej Trójki. Ja ponoć roztaczałam wokół siebie tak ponurą atmosferę, że nikt o zdrowych zmysłach nie zbliżał się do mnie na odległość mniejszą niż strzelenie z łuku.
Tak przynajmniej twierdził Luke. On też nic nie robił sobie z otaczającej nas złej sławy, ale zostawiał nam potrzebną przestrzeń. Mieliśmy z Percym wiele do nadrobienia. Dużo ćwiczyliśmy szermierki. Annabeth, ku mojemu ubolewaniu, też się nie zraziła i dalej usiłowała wtłoczyć mu do głowy wiedzę na temat bogów, herosów i potworów, na którą to wiedzę mój brat był wyjątkowo odporny. Po tygodniu dałam sobie spokój z poprawianiem go, gdy znowu mylił Tyfona z tajfunem. Uznałam, że raczej nigdy nie spotka ojca wszystkich potworów, a nawet jeśli, to drobne problemy z nomenklaturą będą jego ostatnim zmartwieniem.
Swoją drogą, zmartwień mieliśmy bez liku.
Po pierwsze, pojawienie się piekielnego ogara w samym centrum Obozu było co najmniej niepokojące. Część obozowiczów myślała, że ściągnęła go tutaj aura potężnego herosa, co tłumaczyło, dlaczego patrzyli na Percy'ego spode łba. Na mnie przy okazji też, ale ja już byłam do tego do dawna przyzwyczajona. Mnie jednak wydawało się to trochę naciągane, a spędziłam w Obozie więcej czasu niż ktokolwiek. To by jednak znaczyło, że ktoś tego psa z piekła rodem wezwał specjalnie. Owszem, Chejron czasem ściągał tutaj różne paskudztwa, żebyśmy sobie poćwiczyli, czasem nawet nas nie uprzedzał, zdarzało się nawet, że udawał, że nic nie wie na ten temat, żeby zwiększyć nam dawkę adrenaliny, ale to nie był ten przypadek. Centaur nic nie wiedział na temat ogara, zresztą to nie był ten kaliber. On naprawdę mógł nas pozabijać. Inne potwory szkoleniowe co najwyżej doprowadzić do trwałego kalectwa, no chyba, że ktoś naprawdę miał dużego pecha.
Po drugie - Posejdon. Pomijając całą tą sprawę z tym, że Percy okazał się godzien, a ja nie, czego postanowiłam więcej nie roztrząsać, by nie psuć sobie humoru, sam fakt, że to on okazał się naszym ojcem był mocno niepokojący. W końcu oznaczało to, że złamał Pakt Wielkiej Trójki. Groziło to potencjalnym gniewem pozostałej dwójki czyli Zeusa i Hadesa, który to bez wątpienia byłby skierowany w naszym kierunku. Posejdon zawinił, ale ukarzemy jego dzieci. Ma to sens, prawda? Cóż. Najwyraźniej dla bogów ma.
A herosi, na których uwzięło się dwóch potężnych bogów nie kończą dobrze. Choćby Thalia. Ona też była wypadkiem przy pracy, tym razem autorstwa samego Pana Niebios. Goniła ją cała sfora potworów, która dopadła ją tuż przed bramą obozu. Zeus zamienił umierającą córkę w sosnę, która teraz broniła naszych granic magiczną barierą. Jej poświęcenie nie poszło na marne - dzięki niej Annabeth i Luke bezpiecznie dotarli do Obozu.
Ale to było lata temu. A teraz okazuje się, że Percy również może być łakomym kąskiem dla potworów. A ja wraz z nim, mimo iż oficjalnie nie mogę uważać się za córkę Posejdona, ale myślę, że wszyscy, nawet najmniej inteligentne kreatury dadzą radę dodać dwa do dwóch.
Dzięki, nie-tato. 
Było to jeszcze bardziej kłopotliwe ze względu na pewną przepowiednię, którą usłyszałam tylko raz, bardzo dawno temu i wciąż żałuję, że do tej pory nie udało mi się zapomnieć jej słów. A w kontekście plotek o kłótni między Posejdonem a Zeusem...
Ogółem, Percy wpadł w niezłe bagno. A ja, obawiam się, wraz z nim.
Te zmartwienia trapiły mnie tak bardzo, że wyparły z mojej głowy nawet upierdliwy sen o monecie, zastępując go ostatniej nocy wizją dwóch walczących ze sobą bogów. Pioruny waliły raz za razem we wzburzone morze, ono jednak nie pozostawało niebu dłużne. Nigdy nie widziałam tak ogromnych i groźnych fal.
Oddaj mi to.
Dreszcz przeszedł mi po plecach, jakbym nieopatrznie włożyła palce do gniazdka elektrycznego. Potem rozległ się grzmot i...
To nie był grzmot. To był dźwięk ciała spadającego z łóżka. Konkretnie mojego łóżka. A ciało, które spadło było mną.
- W porządku, Alex? - Dłuższą chwilę zajęło mi rozpoznanie w pochylającej się nade mną sylwetce Connora.
- Oczywiście, lubię raz na tydzień rekreacyjnie spaść sobie z łóżka. Ot tak, dla rozrywki - sarknęłam, zbierając się z ziemi wraz z resztką dumy, która mi pozostała. - Muszę iść do Wielkiego Domu.
- To się doskonale składa. - Luke stał w drzwiach, a sądząc po jego fryzurze, również nie spał najlepiej, ale chyba nie zakończył snu spektakularnym upadkiem z wysokości pół metra. - Chejron wzywa cię do siebie. Percy chyba już tam jest - dodał, zanim zdążyłam zapytać.
Okej, czas na upokarzającą część, podczas której kolejne osoby będą debatować nad tym, dlaczego nie mogę się w końcu przeprowadzić do mniej zaludnionego domku. 
W obozie trwał normalny letni poranek - Clarisse wspinała się na ściankę z lawą, Polluks i Kastor wraz z satyrem doglądali uprawy truskawek, dzieciaki od Apollina grały w siatkówkę, domek Afrodyty rozkładał leżaki i przygotowywał się do opalania, mimo iż pogoda nie wydawała się sprzyjająca. Zbliżała się burza - uderzająco podobna do tej z mojego snu. Nawet bariera ochronna obozu nie była w stanie powstrzymać powstania większych niż zwykle fal na zatoce.
W Wielkim Domu prócz Chejrona, Grovera i Percy'ego zastałam również niestety pana D.
- O, Johannson, dzisiaj znowu będziesz na mnie wrzeszczeć? - zapytał, siorbiąc jak zwykle dietetyczną colę prosto z puszki.  - Dawno nie zmieniłem nikogo w truskawkę. 
- W takim razie to jeszcze będzie musiało poczekać, panie D. - Uśmiechnęłam się najładniej, jak potrafiłam. - Dziś nie zamierzam krzyczeć. A po dwunastu latach powinien pan pamiętać, że nazywam się Jackson. Dla ułatwienia, Percy też - dodałam nieco cierpko.
- Czymże jest dwanaście lat wobec wieczności, panno Jackpack? - prychnął dyrektor pozostawiając nas z tym nieomalże filozoficznym pytaniem. - Tym razem problemem jest dla odmiany twój brat. Osobiście uważam, że najłatwiej byłoby go zmienić w winorośl, przynajmniej byłby z niego jakiś pożytek. Albo, żeby było tematycznie w delfina, ale Chejron uważa że to zły pomysł.
- Popieram - wyrwało się Percy'emu, który nieco pobladł. Ja byłam już przyzwyczajona do specyficznego stosunku dyrektora do herosów. Najbliższym prawdy było stwierdzenie, że nas tolerował. Z bólem, ale jednak.
- Nadal uważam, że samozapłon to lepsze rozwiązanie od tego, co proponuje Chejron, ale to już nie mój kłopot. Muszę udać się teraz na Olimp, a wy ustalcie, jak rozwiązać ten problem. - Pstryknął palcami i zniknął w fioletowym obłoku, pozostawiając za sobą owocowy zapach. 
- Pan D. i jego spektakularne wyjścia - mruknęłam, przysuwając sobie krzesło, gdy centaur poprosił, byśmy usiedli.  Uśmiechnęłam się do Grovera, który ze stresu zaczął przeżuwać obrus.
Chejron niestety nie miał dobrych wieści. Tak, jak podejrzewałam pochodzenie Percy'ego było, ujmując delikatnie, problematyczne. Moje przy okazji też, ale na mnie nikt nie zwracał uwagi - nie ma trójzębu, nie ma problemu.
- Chejronie, co się dzieje? - spytałam, bo centaur ewidentnie nie umiał zacząć tematu. - Dzieje się coś złego i ma to związek z tym piekielnym ogarem, dziwaczną pogodą oraz Percym. A przy okazji ze mną z tego, co widzę, bo inaczej byś mnie nie wezwał, prawda?
Perseusz spojrzał na mnie zaskoczony, a centaur westchnął. Cóż, dwanaście lat w Obozie robi swoje - niewiele można przede mną ukryć. Znam Chejrona lepiej, niż by tego chciał.
- To Zeus i Posejdon, prawda? - odezwał się Percy, a po niebie rozszedł się pomruk grzmotu. Zbeształam go wzrokiem - bogowie są wyczuleni na dźwięk swoich imion. I to bardzo. - Coś zostało skradzione i oni się o to kłócą, tak?
Hmm... zdaje się, że Morfeusz miał dziś w nocy błąd  systemie i zesłał nam ten sam sen. Gość chyba jest nieco przepracowany.
- Niestety macie rację. Doszło do kradzieży i to nie byle jakiej. - Chejron westchnął ponownie. Jeszcze parę takich westchnień i odbierze Zefirowi robotę. - Skradziono piorun.
- Ten piorun? - Grover aż zakrztusił się ręcznie haftowaną przez driady serwetką.
- Właśnie ten.
- Dobra, ale co my mamy z tym... Och. - Nagle mnie olśniło. - Mr. Zet myśli, że to któreś z nas?
- Myślę, że konkretnie chodzi mu o Percy'ego - uściślił Chejron, a ja prychnęłam.
- To bez sensu! Kilka dni temu nawet nie wiedział, że jest półbogiem! Prędzej ja miałabym sposobność, choćby w zimie...
- Być może dlatego Posejdon cię nie uznał, Alex.
Oho, zaczyna się.
- Może dzięki temu, chciał odsunąć od ciebie podejrzenia - ciągnął Chejron.
...albo po prostu o mnie zapomniał. W końcu w tym stuleciu ma aż dwoje półboskich dzieci. Można się pomylić w rachubie, nie?
- Moment, bo nie rozumiem... dlaczego akurat któreś z nas miałoby kraść ten piorun? - wtrącił Percy.
- Bo Zeus z Posejdonem mają mocno na pieńku od czterech tysięcy lat. Nie mogą nawzajem zabierać sobie atrybutów władzy, a jedynie półboskie dziecko kogoś z Wielkiej Trójki jest wystarczająco potężne, by zabrać tak silnie magiczny artefakt.
- Pięknie to streściłaś, Alex. Teraz jednak przejdźmy do meritum. - Chejron nerwowo tupnął prawym przednim kopytem. Od jakiegoś czasu miał taki tik nerwowy. - Żeby udowodnić swoją niewinność, Percy musi odnaleźć piorun piorunów, odnieść go na Olimp i wyrobić się z tym do przesilenia letniego, bo jeśli Zeus nie odzyska go do tego czasu wypowie Posejdonowi wojnę.
- A tego nie chcemy - zameczał Grover. Był bardzo przejęty, bo jako opiekun Percy'ego czuł się za niego odpowiedzialny.
- Ale... to już za parę dni - zaoponował Percy. - To niewykonalne!
- Chcesz go wysłać na misję, choć jest w Obozie dopiero kilka dni!? - wykrzyknęłam.
- Idź do Wyroczni, Percy. Alex, zaprowadzisz go? - Chejron nagle wydał mi się bardzo stary i bardzo zmęczony. Nie miałam serca się z nim teraz spierać.
- Chodź. - Klepnęłam brata w ramię. - Czas na przepowiednię.
Poprowadziłam go na strych Wielkiego Domu. Percy wydawał się oszołomiony mnogością dość upiornych eksponatów, do których nota bene powinien dorzucić swój róg Minotaura. Popchnęłam go nieco w kierunku siedzącej na końcu przejścia mumii.
- Idź. I dokładnie zapamiętaj wersy.
Percy podszedł bliżej, mumia jednak milczała. Dziwne, nigdy tak nie było. Odchrząknął, nic to jednak nie dało.
- Może to jednak nie o mnie chodzi? - spytał szeptem, a ja poirytowana popchnęłam go jeszcze bliżej. Gdy tylko uczyniłam krok w stronę mumii, ta odezwała się syczącym szeptem:
- Na zachód idź, ku bogu który się odwrócił...
Z wrażenia omal nie zapomniałam, by zapamiętać następne wersy. Szczęśliwie byliśmy w dwójkę, więc wspólnie na pewno dobrze zapamiętaliśmy całość.
Kiedy zeszliśmy na dół, na twarzy Grovera pojawiła się ulga. Chyba nie do końca wierzył w szczęście Percy'ego i bał się, że chłopak postrada zmysły.
Mój brat dokładnie powtórzył Chejronowi słowa przepowiedni. Nie brzmiała ona zachęcająco. Wspólnie przeanalizowaliśmy jej słowa. Kazały nam one iść na zachód, sugerując, że piorun znalazł się w posiadaniu Hadesa. Miało to sens. Następny wers optymistycznie informował nas, że misja zakończy się powodzeniem... ale doświadczymy zdrady i nie uda nam się ocalić tego, co najważniejsze.
Jak mówiłam - zabrzmiało to cudownie.
- Sugeruje więc pan, że Posjedon uznał mnie, bo potrzebuje mnie, by udowodnić winę Hadesa? - zapytał Percy, gdy odkrył swoją rolę w tej misji. 
- Bogowie często działają w ten sposób - mruknęłam. - Chejronie jeszcze jedna sprawa... Wyrocznia dziwnie się dziś zachowywała.
- To znaczy?
- Nie chciała się odezwać do Percy'ego. Wypowiedziała słowa przepowiedni dopiero... kiedy do niego podeszłam.
To nie miało zbyt wiele sensu, ale przysięgam! Tak to wyglądało.
- Tak właśnie niestety podejrzewałem... - Chejron zmartwił się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. - To właśnie o tym mówił twój sen o monecie, Alex. Między innymi, to jedna z interpretacji... Przez wasze pokrewieństwo i potężną aurę, czasami Fata mogą traktować was jako jedną osobę, jednego bardzo potężnego herosa. Razem jesteście po wielokroć silniejsi, niż osobno. Część przepowiedni może dotyczyć Percy'ego, a część ciebie, Alex. Jeszcze inne wersy mogą dotyczyć was obojga, ciężko to przewidzieć. Dlatego Wyrocznia odezwała się dopiero, gdy podeszliście do niej oboje.
- Wiedziałeś o tym - wytknęłam mu.
- Podejrzewałem - przyznał Chejron. - Wygląda na to, że oboje musicie udać się do Podziemia i odzyskać piorun.
- We dwoje mamy przynajmniej jakieś szanse... - mruknęłam. - Bez obrazy, braciszku. Ale przysługuje ci jeszcze jeden towarzysz... Starożytni wielbili liczbę trzy. - Wywracam oczami. Troje to już tłum... ale w trójkę najlepiej chroni się tyły. Ćwiczyłam z Lukiem niedawno taką formację...
- Ja z wami pójdę, jestem to winny Percy'emu za uratowanie życia - odezwał się Grover, a ja zauważyłam, że w międzyczasie pożarł całą talię kart. - Zresztą, jestem opiekunem i...
- Wybacz, kozłonogu, to miejsce już jest zajęte. - Z nicości przy drzwiach pojawiła się Annabeth, chowając do kieszeni swoją czapkę. - Chejron już obiecał mi misję.
Szczerze? Wolałabym iść do Podziemia z Groverem, choć satyry i podziemia to nie jest najlepsze połączenie. Ale z drugiej strony...
- Właściwie to nadal mamy dwa miejsca - odezwałam się, nim tamta dwójka zdążyła się pokłócić. - W końcu ja i Percy według Wyroczni robimy za jedną osobę, tak? - upewniłam się, a Chejron potaknął nieco niepewnie. Los bywał przewrotny, niczego nie można było być pewnym. - Możecie iść oboje.
- Ty chcesz, żebym z wami poszła? - Annabeth wydawała się zszokowana moją propozycją.
Westchnęłam.
- Sama nie wierzę, że to mówię, ale możesz się nam przydać. Ponoć jesteś sprytna... a Grover ma doświadczenie opiekuna. - Wzruszyłam ramionami. - To może się udać. 
- O ile nic nie skopiecie - mruknęła Annabeth.
Spiorunowałam ją wzrokiem.
- Chyba ty. 
- Dobrze, już dobrze. - Chejron przerwał nam tę rodzącą się właśnie kłótnię. - Pakujcie się, nie ma czasu. Wieczorem podrzucimy was na Manhattan, a potem musicie sami jakoś dostać się do Los Angeles.
I to by było na tyle. W ten sposób wyruszyłam na swoją pierwszą misję.
Czas najwyższy, nie?

***

- Alex, Alex, czekaj!
Sapnęłam poirytowana. Byłam już nieco spóźniona, powinnam już być przy barierze.
- Nie mam czasu, Luke! - warknęłam.
- Chciałem się tylko pożegnać, maleńka. - Na swoich długich nogach, bez problemu zrównał ze mną krok. - Odprowadzę cię, ok?
- Okej. - Uśmiechnęłam się. To było miłe, po prostu byłam zdenerwowana misją. - Co tam masz? - Dostrzegłam jakiś pakunek pod jego pachą.
- Prezent, ale... - Luke nagle zmarszczył brwi i zatrzymał mnie w pół kroku, choć przecież mówiłam mu, że się śpieszę. - Jesteś pewna, że chcesz tam iść?
- Luke. Jeśli nie znajdziemy z Percym tego pioruna, rozpęta się tutaj trzecia wojna światowa. Nie możemy do tego dopuścić!
- A może powinniśmy? - rzucił niby mimochodem, ale wyczułam w jego głosie napięcie. - Może czas, by bogowie sami zaczęli rozwiązywać swoje problemy, bez wysługiwania się herosami? Może teraz zaczną nas traktować poważnie?
- Jeśli dobrze pójdzie, za 10 dni będę na Olimpie, to zarzucę temat, obiecuję. - Wywróciłam oczami, ale coś nie pozwoliło mi zbagatelizować jego słów. - Luke, ostatnio dziwnie się zachowujesz. Wszystko, okej? 
Na jego twarzy pojawiło się wahanie. Wydawał się rozdarty. Żałowałam, że nie mam więcej czasu, musiałam iść, ale...
- Luke. - Złapałam go za ramiona, co nie było łatwe, skoro był o głowę wyższy ode mnie. - Możesz mi wszystko powiedzieć, wiesz o tym? Nigdzie nie pójdę, dopóki się nie upewnię, że wszystko gra, okej?
Otworzył usta, w tym momencie jednak dogonili nas Percy, Annabeth i Grover.
Czyli jednak to nie ja byłam spóźniona?
- Wszystko okej, chciałem tylko dać wam prezent na drogę. - Wyciągnął przed siebie pakunek, którym okazały się skrzydlate trampki. - To chyba twój rozmiar, Percy. Dla dziewczyn nic nie mam, sorki. - Wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco, a blizna na twarzy sprawiła, że wydał się on nieco nieszczery.
- Och, nie musiałeś, Luke! - Annabeth rozpromieniła się, a ja wywróciłam oczami za jej plecami.
- Rumienisz się. Oddychaj - przypomniał jej Percy chwilę później, gdy siedzieliśmy już w białej furgonetce wymalowanej w soczyste truskawki. 
- Spadaj, Glonomóżdżku.
Percy obracał w palcach długopis, który okazjonalnie zmieniał się w miecz z niebiańskiego spiżu, podobnie jak moja spinka. On nazwał swój miecz Orkanem, a ja pomyślałam, że i mój miecz zasługuje na jakieś ładne imię, choć nie miał tak bogatej (i tragicznej) historii jak tamten.
Po namyśle - może niech jednak pozostanie Po Prostu Fajnym Mieczem, Którym Dźgam Wszystko Od Dzieciństwa.
Podczas naszej krótkiej podróży Annabeth i Percy zdążyli się pokłócić piętnaście razy, Grover dokładnie przeżuł pas, oszczędzając jedynie klamrę, a ja mimo wszystko nie wymyśliłam, o co mogło chodzić Luke'owi. Postanowiłam, że wycisnę z niego prawdę, gdy tylko wrócimy.
O ile wrócimy.
- Mieszkałem z mamą niedaleko stąd - poinformował mnie Percy, gdy wysiedliśmy z furgonetki gdzieś na Manhattanie.
Posmutniał, a ja byłam wściekła na siebie, że nie poczułam praktycznie nic. W końcu była dla mnie praktycznie obcą osobą... W sumie, jeśli będziemy w Podziemiu.,..
Mam nadzieję, że Percy'emu nie przyjdzie do głowy nic głupiego.
W końcu przyjechał nasz autobus. Tuż przed jego odjazdem, do środka wsiadły trzy pasażerki, jakby specjalnie przyszły na ostatnią chwilę.
- O, bogowie... - jęknęłam. - Czy ja dobrze widzę? Erynie?
- I to wszystkie trzy - zameczał cienko Grover.
- Chcą dopaść Percy'ego - szepnęła Annabeth. - Ubieraj czapkę-niewidkę, Glonomóżku.
- Wywąchają go - syknęłam. - Pachnie dla potworów na sto kilometrów.
- Ty też - przypomniała mi bezlitośnie Annabeth. - Pomyślą, że to ciebie wyczuły.
- Dziewczyny... one tu idą - jęknął Grover, przerywając nasze gorączkowe rozważania, a Annabeth wepchnęła Percy'emu czapkę na głowę i popchnęła w kierunku wyjścia.
- O, bogowie - westchnęłam ponownie, kiedy demoniczne babcie minęły go i ruszyły w naszym kierunku. - Dobra, zobaczymy czy dobrze idzie im szermierka. - Jednym ruchem ściągnęłam spinkę z włosów i zapięłam ją z metalicznym kliknięciem, a babcie momentalnie przemieniły się w pełnowymiarowe Erynie prosto z Pól Kary.
Cudownie.
Obok mnie Annabeth wyciągnęła spiżowy sztylet, a Grover uzbroił się w coś, co chyba było puszką po coli. W tym momencie autobusem szarpnęło i jedna z Erynii rozpłaszczyła się na szybie. To jedynie ją rozwścieczyło, rzuciła się więc na stojącego najbliżej Grovera, który rzucił w nią puszką. Trafił równo między oczy, a potwór ryknął oślepiony.
W rękach satyra puszka to potężna broń, pamiętajcie!
Druga Erynia rzuciła się na Annabeth, która dzielnie stawiała jej opór machając sztyletem i obrzucając ją najgorszymi starogreckimi przekleństwami, jakie kiedykolwiek słyszałam. Gdzie ona podłapała takie słownictwo? W domku Aresa?!
Była nas trójka, Erynii też było trzy, ostatnia zatem zaatakowała mnie. Natychmiast tego pożałowała, bo mój miecz był nie tylko ostry, ale też długi i bez problemu zadrasnął jej pomarszczoną skórę. Annabeth krzyknęła, gdy dosięgnął jej bicz Erynii, a ja obróciłam się by jej pomóc, ale w tym momencie Perseusz wpadł na genialny pomysł - zdjął czapkę i krzyknął:
- Hej!
Kretyn. Naprawdę ma glony zamiast mózgu, w czymś w końcu się zgadzam z Annabeth.
- Radziliśmy sobie! - krzyknęłam, gdy Erynie rzuciły się na niego, grożąc mu długą i bolesną śmiercią.
Dzień jak co dzień dla herosa.
Grover i Annabeth wspólnie obezwładnili zranioną przedtem przeze mnie Erynię, a ja pomogłam Percy'emu rozprawić się z pozostałymi dwiema, wśród kolejnych gróźb z ich strony.
- Spadamy! - wrzasnęłam, gdy jedna z Erynii rozpadła się proch.
Wypadliśmy z autobusu, który wybuchł zaledwie kilkanaście sekund później. Pasażerowie szczęśliwie zdążyli uciec.
- Tam zostały nasze plecaki... - jęknął na koniec Grover.
- Ciesz się, że tylko plecaki - westchnęłam, nim ruszyliśmy przed siebie przez ciemny las.
Musieliśmy znaleźć jakiś inny środek transportu. Czas uciekał.

***

Szliśmy przez ciemny las dosyć długo. Byliśmy zmęczeni (walka i emocje nieco wypruły nas z sił), głodni i spragnieni (plecaki uległy samozapłonowi w autobusie) oraz nieco przestraszeni spotkaniem z Eryniami. Bylibyśmy głupcami, gdyby to nami nie wstrząsnęło. Strach jest dobry, pozwala przeżyć. Bez strachu nie istnieje odwaga.
Heros ginie właśnie wtedy, gdy przestaje się bać.
Albo gdy po prostu jest niezdarą. Albo ma pecha. 
No dobra - tak naprawdę możemy zginąć w dowolnym momencie, okej?
Dość dosadnie wytłumaczyliśmy Percy'emu, dlaczego to co zrobił, było nie odważne, ale bardzo, bardzo głupie. 
- Radziłam sobie - wycedziłam.
- Radziliśmy sobie - poprawiła mnie Annabeth, a ja wywróciłam oczami,
- One chciały dorwać ciebie. Twoim jedynym zadaniem, było im zwiać - kontynuowałam. - My jesteśmy dobrze przeszkolone, ty nie. Mogłeś zginąć!
- Ale to było miłe z twojej strony, że postanowiłeś nam pomóc. Tak postępują przyjaciele. - Uśmiechnęła się Annabeth, a ja ponownie wywróciłam oczami.
Czy ona właśnie bajeruje mi brata?
- Tak, to było miłe, Percy. Nawet bardzo. Dzięki. - Szturchnęłam go w ramię i uśmiechnęłam się. - Ale nie rób tak więcej, ok?
- Nigdy więcej nie ratować wam życia. Okej, odnotowane - zaśmiał się i w nieco lepszych humorach ruszyliśmy dalej. 
Szłam z Groverem przodem, zostawiając z tyłu rozmawiających cicho Annabeth i Percy'ego.
- Nieźle się dogadują, jak na dzieci swoich rodziców, co? - zagaił satyr, próbując zagrać melodię "znajdowanie drogi". Nie brzmiało to jak coś, co nadaje się do grania na piszczałkach. - A ty, jak się czujesz, Alex?
- Normalnie, jak zawsze. - Wzruszyłam ramionami. - Tylko mam brata. I idę do Podziemia, gdzie mnóstwo potworów będzie chciało mnie schrupać na drugie śniadanie, bo moim ojcem jest Posejdon, który niespecjalnie chyba za mną przepada.
- Brzmi jak doskonała definicja normalności - zgodził się ze mną Grover, a ja zaśmiałam się cicho. 
- Percy dał ci tenisówki od Luka, prawda? - zagaiłam. - Pasują?
- Tak! Są ekstra! On nie powinien latać, ty zresztą też...
Nie odpowiedziałam. Niedługo potem, Percy zawołał:
- Hej, tam jest jakiś baner!
...a ja poczułam zapach jedzenia.
Bardzo apetyczny zapach. Bardzo.
Restauracja z fast-foodem w środku lasu? Akurat kiedy jesteśmy głodni? To wcale nie brzmi podejrzanie, prawda?
Ale. Byliśmy. Tacy. Głodni.
- Co tam jest napisane? - spytałam, gdy podeszliśmy bliżej. Budynek przy drodze nie okazał się barem, a sklepikiem otoczonym dość dużym ogrodem pełnym kamiennych rzeźb. Był to spory pawilon, a neonowy napis na banerze był dla mnie nie do odczytania.
Może i jestem super, ale mam okropną dysleksję, jak każdy heros.
- U cioci Em. Centrum Krasnali Ogrodowych - zlitował się nad nami Grover. 
- Myślicie, że mają tam jedzenie? - spytałam z nadzieją. Pachniało cudnie fryteczkami.
Wieki nie jadłam frytek. Takich chrupkich, żółciutkich. Słonych. Z dodatkiem sosu słodko-kwaśnego...
- Świeci się w środku - zauważyła Annabeth.
- Możemy sprawdzić, czy ktoś jest obecny.
- Dzieciaki, to chyba nie jest dobry pomysł - oponował Grover, patrząc z przestrachem na kamienne rzeźby. Faktycznie wyglądały nieco przerażająco, gdy się im bliżej przyjrzeć, ale to przecież tylko rzeźby. Nic nam nie zrobią.
A głodny heros, to martwy heros, bo myśli tylko o burczeniu w brzuchu.
- Chodź, Grover. Tylko się rozejrzymy - uspokoiłam go.
- Ten tutaj wygląda jak mój wuj Ferdynand - zameczał Grover, wskazując posąg dużego satyra z przerażeniem na twarzy. - Chodźmy stąd, wyczuwam potwory.
- Dramatyzujesz, pewnie jeszcze czujesz na nas posokę Erynii - zbagatelizowałam jego obawy. - Zresztą, Percy i Annabeth już są w środku. Chodź.
Niechętnie powlókł się do środka razem z nami.
Notatka na przyszłość: jeśli satyr mówi, że wyczuwa potwory, to ma rację. Jeśli nie ma racji - patrz: punkt pierwszy.
- Co tutaj robicie, dzieci? - W drzwiach stanęła wysoka, dystyngowana kobieta. Miała powłóczyste szaty, turban na głowie i ogromne okulary przeciwsłoneczne, choć niebo było pochmurne. - Zgubiliście się?
- Chyba tak - odezwał się Percy. - Odłączyliśmy się od naszego... taboru cyrkowego. Dyrektor miał po nas wrócić, ale chyba o nas zapomniał...
- I dawno nic nie jedliśmy - dodałam mimochodem. Zapach frytek był coraz intensywniejszy. Dałabym sobie rękę uciąć, że McDonnald's jest tuż za rogiem!
- Wejdźcie do środka, dzieci. Dam wam coś do jedzenia. Jestem Ciocia Em.
Czy podejrzany wydał mi się fakt, że zamknęła za nami drzwi? W tamtej chwili nie. Czy nerwowe podrygi pojękującego z cicha Grovera nie obudził mojej czujności? Absolutnie nie.
Czy byłam z siebie dumna? Ani trochę. Ale w tej chwili obchodziły mnie jedynie żółciutkie fryteczki, które dźwięcznie skwierczały we frytkownicy.
- Proszę pani, ale my nie mamy pieniędzy - wydusił z siebie satyr.
- Nic nie szkodzi. Nie ma to dla mnie znaczenia.
- Dziękujemy, proszę pani - odezwała się Annabeth, nie odrywając wzroku od skwierczących na grillu burgerów.
- Smacznego, kochani. Masz piękne oczy, Annabeth. - Podała nam jedzenie, które pochłonęliśmy niemal na jednym wdechu.
Powinno nas zastanowić, skąd znała imię Annabeth, skoro się nie przedstawialiśmy, prawda? I kto w sklepie ogrodniczym trzyma grilla i frytkownicę? Dziwne, nie?
Gdy zaspokoiłam głód, w głowie nieco mi się rozjaśniło i faktycznie odpowiedzi na te pytania zaczęły mnie nieco nurtować. Ale tylko trochę. W końcu Ciocia Em była taka miła... Gdyby chciała zrobić nam krzywdę, już dawno by to zrobiła, prawda?
- Co tak syczy? - zapytał nagle spanikowany Grover. Nie tknął nawet swoich frytek, więc przysunęłam sobie jego porcję. Byłam w połowie, gdy mój żołądek uznał, że jest wystarczająco napełniony by dopuścić do głosu instynkt i rozum.
A te zagłuszone przez głód krzyczały głośno: NIEBEZPIECZEŃSTWO!!!
- Właśnie... może gaz się ulatnia?
- Spokojnie, to tylko frytkownica, czasem wydaje takie dźwięki - uspokoiła nas Ciocia Em.
- Sama robi pani te posągi? - zapytał Percy z wyrazem błogiego rozleniwienia na twarzy.
- Owszem. Ciężko uzyskać właściwy wyraz twarzy... - westchnęła. - Miałam kiedyś do pomocy dwie siostry, ale niestety już nie żyją. Bardzo pomogły mi z pewnym chłopakiem, którego kiedyś bardzo kochałam, ale pewna niedobra kobieta przeklnęła nas za to.
- Och, to bardzo przykre, proszę pani. - Percy smutno pokiwał głową. 
A mnie coś w końcu zaskoczyło w mózgu i błogie rozleniwienie po posiłku minęło mi jak ręką odjął. Po minie Annabeth poznałam, że i ona doszła do podobnych wniosków i ostatkiem sił powstrzymywała się przed ucieczką.
"Powoli, żadnych gwałtownych ruchów" - starałam się jej przekazać bezgłośnie.
Kiwnęła głową i szturchnęła dyskretnie Grovera. Satyr od początku miał rację. Wpadliśmy prosto w pułapkę i to nie byle jakiego potwora. Gościła nas ni mniej, ni więcej, a Meduza we własnej osobie.
Frytki były nieziemskie, ale nawet one nie były tego warte.
- Percy, musimy iść. - Zdecydowanie pociągnęłam brata za rękaw. - Dyrektor na nas czeka. Nie możemy się spóźnić.
- Co? - spytał mało przytomnie.
- Musimy. Iść - powtórzyłam z naciskiem, kopiąc go pod stołem w kostkę. Liczyłam, że ból wyrwie go z letargu.
- Nie mówiliście, że się śpieszycie... - Ciocia Em wydawała się naprawdę zmartwiona. - Tak rzadko odwiedzają mnie dzieci... Może zapozujecie mi do fotografii? Wykonam potem rzeźbę, która będzie mi was przypominać.
- Nieee, przykro mi, ale naprawdę się śpieszymy. - Udało mi się zmusić Percy'ego do stanięcia na nogi. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. - Innym razem, obiecujemy.
- Alex, to tylko jedno zdjęcie. Nie śpieszy nam się aż tak bardzo - uparł się mój otumaniony brat.
Kwestią chwil było, nim Meduza zorientuje się, że odkryłyśmy z Annabeth jej prawdziwą tożsamość i stracimy element zaskoczenia. I tak nie wiedziałam jeszcze, jak go wykorzystać, ale zakładałam, że córka Ateny ma jakiś plan.
- Usiądźcie na ławce. Dziewczynki w środku, chłopcy po bokach. O tak, idealnie.
Czułam, jak Annabeth cała się napina, gotowa do walki. Albo ucieczki. Grover obgryzł wszystkie papierowe tacki, jakie były w okolicy i zerkał nerwowo na posąg satyra.
- On naprawdę wygląda jak wuj Ferdynand - mruknął. - Gdzie pani ma aparat? 
- No, uśmiechnijcie się dzieci... Zawsze najtrudniejsze są twarze... - Ciocia Em, zdawała się nie słyszeć ani jego pytania, ani szczękania zębami.
- Percy, coś jest bardzo nie w porządku - syknęła Annabeth. - Musimy iść.
- Ale...
- Percy, ogarnij się - dorzuciłam od siebie, szepcząc mu prosto do ucha.
- TO JEST WUJ FERDYNAND! - wykrzyknął w tym momencie Grover, dodając dwa do dwóch.
- Nie patrz! - krzyknęłam, zrzucając Percy'ego z ławki. Annabeth założyła bejsbolówkę-niewidkę i pociągnęła na ziemię Grovera.
Ja sama mocno zacisnęłam oczy i sięgnęłam po spinkę, która momentalnie zmieniła się w miecz. Posykiwanie stało się teraz wyraźniejsze, Meduza stała jakieś trzy metry ode mnie. Za plecami usłyszałam, że Grover ubrał tenisówki i odleciał gdzieś dalej, a Annabeth odciągnęła Percy'ego w bok.
- Och, a mogło być tak przyjemnie... - zmartwiła się Meduza, a węże wokół jej twarzy zasyczały twierdząco. - Cóż, wojowniczka z mieczem to też ładna rzeźba. No dalej, otwórz oczy, Alex. Nie zaboli, obiecuję. Przez wzgląd na twojego tatę.
- Chyba kpisz! - zawołałam. No tak, tym "chłopakiem", o którym wspominała wcześniej był przecież Posejdon. A kobietą, która ją przeklęła - Atena.
Annabeth miała przechlapane.
- Nie ma sensu walczyć, moja droga. Dla bogów? A co oni dla ciebie zrobili? - kpiła kobieta. Zamachnęłam się mieczem, ale chybiłam. Stała za daleko. Musiałam też pamiętać, że węże na jej głowie były jadowite. A pazury ostre. 
I w żadnym razie nie otwierać oczu!
- Zostaw ją! - Obok siebie usłyszałam głos Percy'ego.
Czy on za każdym razem, gdy ktoś woła uciekaj, słyszy walcz i rób głupie rzeczy?
- Nie zrobię wam krzywdy, Percy - zaćwierkała Meduza. - Wasz ojciec był dobry. Zostaniecie bardzo ładnymi posągami i będziecie mi towarzyszyć. Przypominasz mi go, wiesz? To będzie miłe mieć cię tutaj blisko. Za to tę dziewuchę zetrę na proch, za to, co zrobiła mi jej matka!
- Padnij! - krzyknął nagle Grover. - Ja ją załatwię!
- Do tyłu!- syknęłam do Percy'ego. - Musimy coś wymyślić, Grover długo jej nie powstrzyma.
- Ty żałosny satyrze! - Usłyszeliśmy okrzyk Meduzy, gdy wycofaliśmy się o kilka metrów i mogliśmy bezpiecznie otworzyć oczy.
- To za wuja Ferdynanda! - Sądząc po odgłosach, Grover obrzucał ją puszkami, kierując się jedynie węchem i słuchem.
- Mam plan - szepnęła bezcielesna Annabeth, a Percy aż podskoczył.
- Nie rób tak!
- Przepraszam. - Annabeth ściągnęła czapkę. - Musicie uciąć jej głowę. Ale możecie patrzeć na nią tylko w odbiciu. Wypolerowana taca to nie to samo, co lustro, ale musi wystarczyć. Pamiętajcie o zakrzywieniu, wielkość odbicia musicie pomnożyć przez...
- Co? - wydukał Percy.
- Dobra, czaję, obraz nie będzie jeden do jednego. - Wywróciłam oczami i wzięłam od niej tacę. - Czemu sama jej nie zaatakujesz? - spytałam.
- Bo nienawidzi mnie tak bardzo, że nie da mi podejść. Tylko ją rozjuszę. - Dziewczyna skrzywiła się. - A poza tym, macie lepszą broń. Uważajcie na siebie, Grover zaraz przestanie mieć szczęście i w końcu spudłuje.
- Chodź, Percy. Utnijmy głowę tej paskudzie. - Pociągnęłam go za sobą. Po drodze oderwałam kawałek obrusu i szczelnie przewiązałam sobie nim oczy.
- Co robisz?
- Będziesz mnie kierować. I osłaniać z tyłu. Patrz w lustro i mów mi, gdzie jest - poinstruowałam go.
- Pomogę ci. Pójdę tyłem i będę patrzył tylko w odbicie.
Skinęłam głową i ruszyłam za głosem Grovera, który wydawał się mocno zasapany.
- Auć! - Tym razem Grover spudłował i Meduza go dopadła. Poczułam ruch powietrza, gdy rzuciła się w jego kierunku, machnęłam więc mieczem w miejsce, gdzie powinna stać.
- Za daleko, jest trzy metry od ciebie! - zawołał Percy.
Sapnęłam poirytowana, ale cel został osiągnięty. Meduza zostawiła Grovera w spokoju i obróciła się w moją stronę. Usłyszałam, jak jej wężowe włosy zwróciły się z sykiem w moim kierunku.
- Chyba nie zaatakujesz staruszki?
- Taki właśnie mam plan. 
Wykonałam cięcie z wyskoku, ale ostrze ledwie ją musnęło. Syknęła oburzona, a ja obróciłam się na pięcie i wykonałam pchnięcie, lecz znowu ledwie ją drasnęłam. Była szybka. Nie tak szybka, jak Luke na treningu, ale ona mnie widziała, a ja jej nie.
Swoją drogą, szermierka na ślepo powinna znaleźć się w programie szkolenia!
- Alex, uważaj! - krzyknął Percy, ale za późno. Poczułam tępe uderzenie w plecy i wpadłam na jakąś rzeźbę. Miecz wypadł mi z ręki. Nie umiałam go wymacać na żwirowej ścieżce.
Na szczęście Percy stanął między mną i Meduzą. Kobieta szła w naszym kierunku, a węże syczały coraz głośniej. Padłam na ziemię i zsunęłam opaskę, by znaleźć miecz. Widziałam jej sandały zbliżające się krok za krokiem, a mój brat śledził ją uważnie w odbiciu tacy.
- To urocze, że bronisz siostry, ale nic z tego, Percy, spójrz na mnie. Przecież wiem, że tego chcesz. Zobacz, co Atena mi zrobiła. Zobacz to na własne oczy.
Krok. Jeszcze jeden. I jeszcze...
- Teraz! - krzyknęłam, gdy Meduza była wystarczająco blisko. Tak blisko, że mogła chwycić Percy'ego, on jednak zacisnął oczy i jednym ruchem ciął na odlew, obracając się o sto osiemdziesiąt stopni.
Z niesympatycznym plaśnięciem coś upadło na ziemię. Zamknęłam oczy na wypadek, gdyby głowa obróciła się w moją stronę. Nadal miała moc zmieniania ludzi w kamień. Reszta Meduzy zmieniła się w proch i wróciła do Tartaru.
I dobrze.
- Nie patrzcie - przypomniała nam Annabeth i okryła głowę płótnem. - Okej, jest bezpiecznie.
- Grover, jesteś cały? - Podbiegłam do satyra. - Byłeś fenomenalny!
- Auć. Dzięki, Alex. A tobie nic nie jest?
- Boli mnie przy głębszych oddechach, ale chyba przeżyję. - Wzruszyłam ramionami. - Dobra robota, Percy. Ty też sobie dobrze poradziłaś, Annabeth.
- Jesteś dla mnie podejrzanie miła. - Dziewczyna zmrużyła oczy, ale uśmiechnęła się.
- Meduza chciała cię wykończyć, wykorzystałaś na dziś limit ludzi, którzy cię nie znoszą. Podziękuj mamusi. - Nie mogłam sobie darować tej małej złośliwości.
- To niby moja wina? To Percy był głodny! "Zróbmy sobie zdjęcie" - zaczęła go przedrzeźniać. - Zresztą, gdyby wasz ojciec nie... - zaperzyła się Annabeth.
- Hej! - przerwał nam Grover. - Dosyć. Co z głową?
Percy wziął łeb Meduzy i wrócił do środka, gdzie zapakował ją do dużego pudła i z zaciętą miną zaadresował ją na Olimp z podpisem "Z pozdrowieniami od Percy'ego Jacksona".
- Miała rację. Bogowie bawią się nami, nie chcę być marionetką - powiedział, gdy spojrzałam na niego zaskoczona. - Wiem, że to głupie, ale taki już jestem. Impulsywny.
- Wiesz, że to im nie zaszkodzi, prawda? - upewniłam się.
- Ale ostro ich wkurzy, nie? - Wyszczerzył się Percy, a ja zaśmiałam się głośno, wyjęłam mu długopis z ręki i dopisałam:
"Oraz buziaki od Alex".
- Jak szaleć, to szaleć. - Wzruszyłam ramionami i nie wiedzieć czemu, od razu pomyślałam o Luke'u. Ostatnio też narzekał dużo na swój los i było w nim bardzo dużo gniewu... Ale był to gniew zupełnie innego rodzaju. Bardziej pierwotny i destrukcyjny.
Naprawdę się o niego martwiłam.
- Bierzcie pieniądze, jedzenie i chodźmy - westchnęłam i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy. - Do Los Angeles nadal jest bardzo daleko.
_____________________
Tutaj się mnie nie spodziewaliście, co?
Ale oto jestem. Doszłam do wniosku, że tutaj będzie nieco mniej kanonicznie. To znaczy na pewno w kwestii dialogów, nieco bardziej popłynęłam. Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Nie wiem, kiedy następny. Ale na pewno dam znać!

piątek, 1 maja 2020

CZTERY. Okazuje się, że tata mnie jednak nie kocha.

Stajnie pegazów lśniły czystością, choć musiałam przyznać, że była to w znacznej mierze zasługa "Specyfiku Augiasza", który kiedyś Luke podwędził harpiom sprzątającym na koniec lata, a parę dni później przegrał ze mną w zakładzie. Nie wierzył, że wygram starcie pięciu na jedną. Cóż, dzięki temu teraz miałam mniej roboty, zatem się opłaciło.
Dziś od rana spędzałam czas w amfiteatrze, więc było pewne, że ominą mnie wszystkie dzisiejsze zajęcia. Musiałam uwinąć się do wieczora, bo domek Apolla znowu zaplanował śpiewy. Chyba już wolałam, jak zajmowali się strzelaniem. To przynajmniej mogło przydać się w walce.
Kara Chejrona nie była jednak zbyt dotkliwa. Polerowanie kafelek - mimo iż było ich chyba milion - było odmóżdżającym zajęciem, mogłam więc spokojnie skupić myśli na czyś zupełnie innym.
A konkretnie na Perseuszu, którego tutaj wszyscy nazywali Percym.
Na chłodno musiałam przyznać, że to miało sens. Wiedziałam, że mam brata. Brata, który mieszkał z moją śmiertelną matką gdzieś w Nowym Jorku, zatem całkiem niedaleko. Matką, która podrzuciła mnie do Obozu Herosów, gdy miałam pół roku. To były fakty. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego jako dziecko założyłam, że mój brat jest śmiertelnikiem? Może dlatego, że rodzeństwa herosów zdarzają się naprawdę rzadko? Bogowie dość szybko porzucali swoje śmiertelne miłości. Szybki romans, nowy półbóg do kolekcji i do widzenia. Koniec historii. Powtórki z rozrywki raczej się nie zdarzały.
Zdarzali się za to bliźniaczy herosi, jak Kastor i Polluks, synowie Dionizosa. Albo jak bracia Hood, co oznaczało zazwyczaj podwójną dawkę kłopotów. Gdyby byli moimi dziećmi, też bym się prędko pozbyła przynajmniej jednego.
Dobra, technicznie rzecz biorąc, oni akurat bliźniakami nie byli. Ale ich matka zawróciła Hermesowi w głowie tak mocno, że był z nią przez okrągły rok. Pewnie dlatego teraz jest taki zabiegany, żeby nadrobić ten czas... W każdym razie, schemat się powtarza. 
Zatem, wracając do Percy'ego, skoro był herosem - a musiał nim być, bo śmiertelnicy nie mogli przekraczać granic obozu - musiał być też moim bliźniaczym bratem. Dobra, była minimalna szansa, by w tym przypadku był zwykłym gościem z Manhattanu, ale jeśli randkujesz z bóstwem olimpijskim, to raczej nie umawiasz się na boku z byle śmiertelnikiem, prawda?
Czyli wynika z tego, że mój brat Perseusz jest moim bratem bliźniakiem, jest w związku z tym herosem, a moja matka mnie nie porzuciła, tylko chciała mnie chronić, a ja przez dwanaście lat niepotrzebnie jej nienawidziłam. Miło.
A. Na dodatek ona teraz nie żyje. 
Cudownie. Fata muszą mieć niezły ubaw.
Trochę zastanawiały mnie słowa Chejrona o tym, że nie była w stanie zamaskować przed potworami zapachu dwojga potężnych herosów. Różne bestie potrafiły wywęszyć półbogów z daleka, zazwyczaj im potężniejszy był, tym szybciej. Im ważniejsze bóstwo jest twoim rodzicem, tym większe prawdopodobieństwo, że zginiesz bolesną i potworną śmiercią. Ot, taki prezent od bogów. Nie dziękujcie.
Chejron zatem sugerował, że oboje mamy silną aurę przyciągającą potwory. To mogło oznaczać, że nasz boski ojciec nie był byle kim. Znając centaura, domyślał się, kim on może być. Oczywiście, nie miał zamiaru się tą wiedzą dzielić. 
Wyglądało na to, że rozdzielenie nas było najrozsądniejszą rzeczą, którą można było zrobić. Ciekawe tylko, jak nasza matka podjęła decyzję, które z nas zostawić w Obozie Herosów. Co? Rzuciła monetą?
Właśnie, moneta. To też...
- Jak leci? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Luke'a. Zerknęłam na niego poirytowana.
- Stań tam. - Wskazałam palcem miejsce. - Tam jest jeszcze nie wypolerowane, więc możesz brudzić.
Posłusznie przesunął się nieco dalej. 
- Alex, wszystko gra? - upewnił się, gdy nadal się do niego nie odzywałam. - Martwiłem się.
- Nie musiałeś. Radzę sobie - odparłam chłodno.
- Nakrzyczałaś na pana D. - zauważył, skądinąd trafnie. - I opuściłaś zajęcia z szermierki, a nigdy tego nie robisz. To ma związek z Percym?
- Nie twój interes, Luke! - warknęłam, rzucając ścierkę na ziemię, po czym westchnęłam ciężko i siadałam na najbliższym kamiennym siedzisku.
- On jest twoim bratem, prawda? - zapytał chłopak dziwnie łagodnie. Po chwili poczułam ciepło jego ciała tuż obok mnie. Jego bliskość zawsze działała na mnie kojąco. To dziwne, ale czułam się przy nim bezpiecznie. Ufałam mu, jak nikomu innemu.
- Tak - potwierdziłam lakonicznie.
- I nikt ci o tym nie powiedział, prawda? - drążył dalej temat Luke.
- To bardziej skomplikowane.
- Nigdy nic nam nie mówią. Mamy nadstawiać karku, oddawać życie i co potem z tego mamy? Nawet podziękowania... - Miałam dziwne wrażenie, że nie mówi już do mnie. Uniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Patrzył przed siebie, mocno zaciskając pięści, a w jego spojrzeniu było coś obcego. Blizna na twarzy rozciągnęła się nieprzyjemnie, nadając jej dziwnie wrogi wyraz.
W tej chwili można było się go wystraszyć.
- Taki już nasz los, Luke.
- Nie musi tak być. - Napięcie nie opuszczało jego twarzy. - Nie chcę, by tak było.
Dotknęłam ostrożnie jego ramienia. Pod moim dotykiem rozluźnił się nieco i uśmiechnął, ale w jego oczach nadal dostrzegałam chłód.
- Możemy to zmienić, Alex - powiedział spokojniej. - Możemy sprawić, że bogowie zaczną szanować herosów, zaczną uznawać swoje dzieci. Chciałabyś tego prawda? - zapytał, a ja kiwnęłam głową. - Możemy sprawić, że zapłacą za to, co nam zrobili - dodał gniewnie.
- Przesadzasz, Luke - zauważyłam ostrożnie. Teraz to ja martwiłam się o niego. Co się z nim działo? - To bogowie. Są jacy są, ale to pierwotne siły. Nie zmienisz ich. Jak heros ma wpłynąć na boga, Luke?
Nie odpowiedział. Dłuższą chwilę bił się z myślami, w końcu jednak uśmiechnął się szczerze. Jego ciało całkiem opuściło to dziwne napięcie i znowu był sobą. Moim dobrym przyjacielem, Lukiem Castellanem.
- Pójdę już. Nie będę ci przeszkadzał w pracy. Zwłaszcza, że chyba ubrudziłem kilka kafelek przy wejściu... - Uśmiechnął się złośliwie.
- Luke!
- Pracuj, pracuj, maleńka, bo pan D. zrobi z ciebie nie truskawkę, a od razu shake'a owocowego!
Rzuciłam w niego mokrą szmatą, ale uchylił się w ostatniej chwili i odbiegł, zaśmiewając się na głos. Bogowie, gdybym go tak nie lubiła, już dawno byłby martwy!

***

Wyrobiłam się z kafelkami do kolacji. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale jakoś mi się to udało. Co prawda, po wieczornym ognisku, prawie cała praca pójdzie na marne, ale co tam. Chejron powinien być zadowolony.
W kantynie już rozpoczynał się posiłek. Koło Luke'a było dla mnie zarezerwowane wolne miejsce. To miłe, że o mnie pomyślał. Zrobiłam krok w jego stronę, ale zawahałam się.
Na końcu stolika siedział nowy. Perseusz. Podjęcie decyzji zajęło mi całą, długą sekundę. 
Pokręciłam głową w odpowiedzi na zapraszający gest Luke'a i usiadłam naprzeciw Percy'ego.
- Cześć - przywitałam się. Dobry początek, prawda?
- Cześć. Jesteś Alex, tak? - zapytał ostrożnie. W jego oczach o kolorze morza czaiła się niepewność. Czy on się mnie bał?
- Tak. A ty Percy. Pogromca Minotaura - odparłam.
- Mhm. Annabeth mówiła, że lepiej nie nazywać go po imieniu. I innych też nie - dodał, tracąc u mnie właśnie kilka punktów. A że zaczynał z białą kartą, już był na minusie.
Szybko poszło.
- Owszem, to przynosi nieszczęście, a konkretnie ściąga nam na głowę potwory. Ten jednak szybko nie wróci z Tartaru - uspokoiłam go. - Ale to dobra rada na przyszłość - przyznałam rację.
Annabeth w końcu czasem ją miała. Nawet dość często, niestety.
- Czy wczoraj zrobiłem coś nie tak? - zapytał. - Wiesz, wyglądałaś na... zdenerwowaną. I uciekłaś - dodał.
- Ja nie uciekam - odparłam lodowatym tonem, a Percy jakby skurczył się w sobie. Bogowie, on naprawdę się mnie bał! - To nie twoja wina. Byłam zła na Chejrona. I, Percy... przykro mi z powodu mamy - dodałam cicho, próbując zatuszować pierwsze wrażenie, według którego zapewne byłam okropna i wredna.
Choć to poniekąd prawda.
- Jesteś córką Hermesa? - zapytał, szybko zmieniając temat.
- Bogowie brońcie! - zawołałam, chyba nieco za głośno, bo Connor posłał mi nieco urażone spojrzenie. Odpowiedziałam mu miną pod tytułem "nadal jesteś na mojej czarnej liście". - Butoskrzydły jest całkiem spoko, ale z tą bandą żartownisiów nie chcę mieć nic wspólnego.
- Czyli ty też nie wiesz... - westchnął Percy, a mnie zrobiło się jakoś go żal.
- Hej, ty jesteś w tym nowy, twój ojciec wkrótce pewnie się odezwie - odparłam, gryząc się w język, by nie dodać, że właśnie na to liczę. - Ja czekam całe życie...
- To prawda, co mówiła Annabeth? Że mieszkasz tu od urodzenia? - zainteresował się.
Aha, czyli Sowiooka plotkuje na mój temat z nowicjuszami? Milusio.
- Prawie. Ale faktycznie, nikt nie mieszka tutaj dłużej ode mnie. Poza Chejronem i panem D., oczywiście, choć ten ostatni nie jest z tego zadowolony. No i może paru satyrów ma dłuższy staż ode mnie, ale oni starzeją się też w nieco innym tempie.
- Ty też nazywasz się Jackson, prawda? - przypomniał sobie nagle nowy. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, postanowiłam więc obrócić to w żart.
- Tak, jak ten piosenkarz, zgadza się.
- Może więc powinnaś siedzieć tam? - Percy wskazał stół, przy którym dzieciaki od Apolla zaintonowały właśnie jakąś smętną pieśń o bohaterskich czynach Tezeusza. Zdaje się, że potraktowali kolację jako próbę generalną przed ogniskiem.
Ciekawostka: Tak, Jackson był synem Apolla. Ale w tym stuleciu jego ulubionym sławnym dzieckiem jest Britney. Nie wiecie tego ode mnie, jakby co.
- Jeśli tak, to tata mnie nie znosi - odpowiedziałam. - Nie dość, że jestem beznadziejną łuczniczką, to na dodatek potwornie śpiewam - przyznałam mu się bez oporów. Dziwne. Naprawdę łatwo było mi się przed nim otworzyć. Czułam się przy nim bardzo swobodnie.
Cóż, wszystko było łatwiejsze od wciąż czekającej mnie części "Hej, a tak poza tym to jesteś moim bratem". Tak. Ten moment może być potencjalnie problematyczny.
- Za to świetnie walczysz. Widziałem - skomplementował mnie Percy. - To chyba bardziej przydatne od śpiewania. - Nie wiem, czy chciał mnie pocieszyć, ale w tej kwestii zgadzaliśmy się bezsprzecznie.
Jeszcze będą z niego ludzie.
- Dzięki, ale nie mów tego tamtym. Idziesz na ognisko? - zapytałam, grzebiąc widelcem w resztkach jedzenia, które postanowiłam przeznaczyć dla bogów. Zmusiłam się do odłożenia sztućców. Bogowie nie lubią dostawać rozpaćkanej ofiary. Nawet jeśli na Olimp dociera tylko zapach.
- Chyba tak, a co?
- Chciałabym potem z tobą porozmawiać, Percy - powiedziałam cicho. - Jeśli wolisz, może być jutro, ale to ważne.
- Zaczynam się bać... - Chłopak aż zakrztusił się swoim napojem, a ja dostrzegłam, że w jego kubku chlupocze... niebieska cola? Obozowe kubki napełniały się dowolnym wybranym przez nas bezalkoholowym napojem, ale... niebieska? - Moja mama zawsze przynosiła mi z cukierni, w której pracowała niebieskie słodycze - wyjaśnił, dostrzegając mój wzrok i posmutniał.
Naprawdę musieliśmy porozmawiać.
Kolacja dobiegła końca, a obozowicze po kolei podchodzili do trójnogu, by złożyć ofiarę. Podnieśliśmy się jednocześnie z Percym i razem stanęliśmy przed ogniem. Puściłam go przodem, a on bezgłośnie wyszeptał swoją modlitwę i wrzucił do ognia pół hamburgera i garść frytek. Ustąpił mi miejsca, a ja oddałam bogom całe dwa naleśniki z jagodami.
"Bogowie, jak ja mam mu to powiedzieć?"
Dym nie ułożył się w odpowiedź, a w mojej głowie nie zapaliła się żadna lampka. Westchnęłam i ruszyłam za resztą na ognisko.

***

- Bogowie, Luke, czy to na pewno konieczne?
- Mamy sojusz na dzisiejszą bitwę o sztandar. Ja ustalę z Annabeth strategię, a ty zrobisz sparing. Przyda nam się rozgrzewka przed wieczorem. - Luke nie widział żadnych słabych stron tego pomysłu. Zdawał się nie zauważać niechęci, jaką Sowiooka żywiła do mnie. Co prawda działało to w obie strony, ale mimo to... - Dołączymy do was tak szybko, jak tylko będzie się dało.
Westchnęłam i dokończyłam zapinanie mojej zbroi, którą Beckendorf w końcu mi oddał. Lewy naramiennik był jak nowy, poznikały także wszystkie inne wgniecenia, a skórzane pasy były napastowane. Wisiałam mu jakąś przysługę za to wszystko. Może będę miła i nie stłukę go na kwaśne jabłko podczas dzisiejszej bitwy? Może. 
Obozowicze z domku Ateny oraz Apollina schodzili się na plac treningowy. Annabeth i Lee podeszli do Luke'a i wspólnie analizowali mapę Obozu. Reszta natomiast skupiła się wokół mnie.
-  Dobierzcie się trójkami! - zawołałam. - W każdej trójce przynajmniej jedna osoba z innego domku, a najlepiej trzy różne. Trzy minuty walki dwa na jeden, potem zmiana. Walczymy do końca czasu lub do pierwszego rozbrojenia przeciwnika. Wszystkie chwyty dozwolone, ale pamiętajcie, że mam dziś bitwę do wygrania!
Chwilę później polanę wypełnił szczęk mieczy. Obserwowałam braci Hood walczących z najmłodszym dzieckiem Ateny - chłopak miał niecałe dziesięć lat, ale dzielnie stawiał opór nastolatkom. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Percy nie znalazł pary.
- Ktoś pozwolił ci się obijać, nowy? - zapytałam groźnie.
- Nie znalazłem grupy. Nie znam właściwie nikogo poza Lukiem i Annabeth. No i tobą. 
Westchnęłam ciężko i zakręciłam młynka mieczem.
- Przygotuj się.
Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Uniósł miecz, który musiał być dla niego za ciężki i stanął szeroko na nogach. Wyprowadziłam prosty wypad. Chłopak się uchylił, miecz pociągnął go w bok, a ja wybiłam mu go z ręki szybkim ruchem z półobrotu.
- Po uniku od razu rób kontrę. Możesz zrobić pół kroku do tyłu, żeby wykorzystać impet - poinstruowałam go krótko. - Jeszcze raz.
Powtórzyliśmy nasze ruchy sprzed minuty. Tym razem Percy faktycznie zrobił pół kroku do tyłu, odbił się z palców i machnął mieczem na odlew. Syknął z bólu, gdy sparowałam jego cios, a nadgarstek wygiął się nieco bardziej niż powinien.
- Nigdy tak nie rób. Z tego ustawienia ten cios nie ma żadnych szans, a przeciwnik może skręcić ci rękę - wyjaśniłam, przerzucając miecz do drugiej ręki. - To było łagodnie. Jeszcze raz.
Percy podniósł miecz i zaatakował, a ja znowu rozbroiłam go w ciągu pięciu sekund. Sapnął poirytowany.
- Gdzie popełniłeś błąd? - zapytałam, wbijając miecz w ziemię i oparłam się o rękojeść.
- Miałaś miecz w lewej ręce - odparł. - Ciąłem od złej strony.
- Brawo. Atakuj - poleciłam, zakładając ręce na piersi.
- Nie bierzesz miecza? - zdziwił się.
- Jesteś powolny jak bąk w południe - mruknęłam. - Jeśli w ciągu najbliższej minuty uda ci się mnie dotknąć, to odstąpię ci moje łóżko w domku.
Propozycja była poważna. Moje łóżko było bardzo wygodne, a Percy spał na ziemi. To nie byle co. Nie zastanawiał się długo i zaatakował mnie z lewej. Bez problemu zrobiłam unik. Drugi atak również wyprowadził z lewej - nieco mniej przewidywalne, niż drugi atak z prawej, ale nadal za wolno, by mnie zaskoczyć.
- Postaraj się bardziej - zachęciłam go. A może tylko go podjudzałam?
Percy zatrzymał się, dla uspokojenia oddechu, ocenił odległość i znowu zaatakował z lewej. Zrobiłam pół kroku w prawo w ostatniej chwili, tak że przeleciał siłą impetu do przodu. Sapnął poirytowany, ale dostrzegłam jakiś błysk w jego oku.
- Masz jeszcze piętnaście sekund - poinformowałam go uprzejmie, zakładając ręce z tyłu.
Tym razem zaatakował z prawej, dokładnie tak samo, jak przed chwilą, a ja tak samo zrobiłam unik. Tak samo jak wcześniej poleciał do przodu, ale tym razem obrócił miecz o sto osiemdziesiąt stopni, odbił się z palców i cofnął z powrotem... przykładając ostrze do moich pleców.
Miecz zgrzytnął o płyty mojej zbroi, a ja obróciłam się zaskoczona.
Percy podniósł wzrok i spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, jakby bał się, że zrobię mu teraz krzywdę, albo przynajmniej na niego nakrzyczę. Ja jednak uśmiechnęłam się tylko i poklepałam go po ramieniu.
- O to właśnie mi chodziło, Percy. Łóżko jest twoje. Dobra robota. A teraz słuchaj Luke'a, bo ma jakieś ogłoszenia.
Nasz grupowy wraz z Annabeth objaśnili plan bitwy o sztandar. Trafiłam do oddziału, który miał zająć główną grupę szturmową Aresa, którą zapewne dowodzić będzie Clarisse. Bułka z masłem. Dzień bez spotkania z jej elektryczną włócznią, dniem straconym, nie?
Percy dostał przydział do patrolu granicznego - stać na granicy, czyli przy strumyku i nikogo nie puszczać. Niby proste, dobra misja na początek. Sama tak zaczynałam.
Tylko, hm, miałam wtedy sześć lat. Wcześniej Chejron nie pozwalał mi biegać samej z mieczem po lesie. W sumie to całkiem rozsądne z jego strony.
Luke przejął pałeczkę i poprowadził dalszą część treningu. Jak zwykle postanowił sprzedać nam kilka swoich złotych, szermierczych myśli. Do pomocy wziął Percy'ego, który jako najnowszy obozowy nabytek z zasady musiał być kozłem ofiarnym (swoją drogą - nigdy nie używajcie tego określenia przy satyrach, robią się wtedy strasznie nerwowe). Rozbrojenie przeciwnika zajęło mu jakieś trzy sekundy. 
- To wygląda teraz bajecznie łatwo, Luke, ale co, jak trafisz na lepszego szermierza? - zapytałam głośno.
- To była tylko demonstracja! - Annabeth natychmiast wzięła go w obronę, a chłopak uśmiechnął się zawadiacko.
- W takim razie zapraszam na arenę, maleńka. - Skłonił mi się z galanterią i i gestem zaprosił do siebie. Annabeth prychnęła z cicha, a przez tłum obozowiczów przebiegł szept zainteresowania. 
No tak. Jackson i Castellan w walce jeden na jeden. Zdarzało się rzadko, ale jak już się zdarzało, to było na co popatrzeć.
- Mamy na to czas, Luke? - Uniosłam brew, ale zakręciłam mieczem młynka i podeszłam bliżej. 
- Na pojedynek z tobą? Zawsze! - zawołał i wyprowadził sztych, ja jednak zrobiłam unik i pokręciłam głową.
- Chętnie, ale nie tym razem - odparłam, a przez polanę przetoczył się jęk zawodu. - To nie cyrk, mamy bitwę do wygrania - ucięłam okrzyki i podeszłam do Percy'ego.
- Czemu odmówiłaś? - zapytał, a ja potarłam czoło dłonią.
- Musimy pogadać, Percy - oznajmiłam z westchnieniem. - Chodź nad jezioro.

***

Przystań kajakowa była pusta. Wszyscy obozowicze szykowali się do bitwy o sztandar. Siadłam na pomoście i opuściłam bose stopy do wody, licząc, że pomoże mi to ubrać w słowa coś, czego nie dało się ot tak powiedzieć. Percy wziął ze mnie przykład i też usadowił się na końcu pomostu.
- Zaczynam się bać - odezwał się, gdy ja szukałam odpowiednich słów. - I to prawie tak, jak przy Minotaurze.
- Porównujesz mnie do wielkiego bykołaka? - Zerknęłam na niego z ukosa i zaczęłam się śmiać. Byłam mu wdzięczna za te słowa, pomogło mi to się trochę rozluźnić. - Słuchaj, Percy, to wszystko musi być dla ciebie bardzo dziwne i pokręcone, prawda?
- No tak. Ale już się powoli przyzwyczajam - przyznał.
- Ja nigdy nie doświadczyłam tego... zaskoczenia. Wychowałam się tutaj. To jest mój dom - westchnęłam. - Ale wiem, jak to jest. Widzę to co roku. Przybywają nowi herosi i wszystko ich dziwi. Dowiadują się, że bogowie olimpijscy są prawdziwi, że mity są prawdziwe i niestety, że potwory też. Niektórzy przekonują się o tym na własnej skórze bardzo dotkliwie. Jest dużo do ogarnięcia, ale nasz półboskie mózgi są przygotowane na całą porcję dziwactw. Akceptują je szybciej, niż zwykli śmiertelnicy.
- Coś w tym jest. Faktycznie da się do tego przyzwyczaić. Choć wolałbym, żeby potwory jednak pozostały mitem. - Skrzywił się, a ja zaczęłam się śmiać. - Annabeth mi bardzo pomogła z tym wszystkim. Chejron zresztą też.
- Dlatego chciałam z tobą porozmawiać - wyznałam. - Jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć, kolejne małe trzęsienie ziemi. Gotowy? - Spojrzałam na niego poważnie.
- Dawaj. Wieczorem Clarisse pewnie zdzieli mnie swoją włócznią i być może nabawię się amnezji, więc nie gwarantuję, że nie będziesz musiała powiedzieć mi tego jeszcze raz...
- Percy, my jesteśmy rodzeństwem - przerwałam mu w pół słowa. - Takim prawdziwym. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale to prawda. Twoja mama, Percy... Ona była też moją mamą. Tylko, że ja jej kompletnie nie pamiętam.
Percy milczał przez długą minutę. Odezwał się chyba tylko dlatego, że przypomniał sobie o tym, że warto jednak od czasu do czasu zaczerpnąć oddechu. O dziwo, nie wyglądał na zaskoczonego.
- Przykro mi, że nie miałaś okazji poznać mamy. Była naprawdę wspaniałą osobą - powiedział w końcu cicho. Zdusiłam w sobie wyznanie o tym, że jeszcze parę dni temu uważałam ją za najgorszą osobę na świecie. Błądzić jest rzeczą ludzką, prawda? - Fajnie, że jesteś moją siostrą, Alex.
Teraz to ja zdębiałam. Spodziewałam się... Cóż, spodziewałam się, że będzie równie zaskoczony co i ja. A nawet bardziej. A tymczasem...
- Nie jesteś w szoku? - upewniłam się. 
- Jestem. Ale parę dni temu dowiedziałem się, że na szczycie Empire State Building znajduje się Olimp i bogowie beztrosko hasają sobie po całej Ameryce. Fakt, że mam siostrę jest mniej więcej o połowę mniej dziwny od tego. 
Chyba powinnam się poczuć urażona. 
- A poza tym... Wiesz, trochę się domyślałem. W sensie, dopóki tego nie powiedziałaś, to o tym nie myślałem, ale to w sumie wiele wyjaśnia. Wiesz. - Wzruszył ramionami. - To samo nazwisko i tak dalej. A poza tym, spójrz, jesteśmy niemalże identyczni. - Wskazał palcem nasze odbicie w wodzie.
Faktycznie. Gdy pochyliłam się nad taflą dostrzegłam, że Percy wygląda jak męska wersja mnie. Te same niebieskozielone oczy, ciemne, lekko kręcące się włosy, ten sam nieco zawadiacki uśmiech i drobne piegi na nosie. Jakbyśmy byli jedną osobą w dwóch egzemplarzach. Herosi pochodzący od tego samego boskiego rodzica często byli do siebie podobni, ale nie aż tak. 
- Nie spodziewałam się, że aż tak dobrze to przyjmiesz - przyznałam. - Ja miałam z tym problem.
- Nie wiedziałaś? - zdziwił się.
- Wiedziałam, ale myślałam, że jesteś śmiertelnikiem - odparłam, wzruszając ramionami. - I że mama wolała ciebie ode mnie. Ja byłam zbyt... kłopotliwa. Ale Chejron powiedział mi, że nie miałam racji.
- Nie miałaś. - Pokręcił głową Percy. - Dziwi mnie tylko, że mama nigdy nie wspominała o tobie... Może było jej zbyt ciężko?
Pomyślałam, że to byłoby zbyt proste. Nie można tak po prostu zapomnieć o dziecku i nigdy nawet o nim nie wspomnieć. Postanowiłam mu jednak o tym nie mówić.
- Czyli... tata od dwunastu lat nie chce się do ciebie przyznać? - podsumował, dość trafnie, całe moje życie.
- Mam nadzieję, że twoja obecność będzie miała na niego jakiś wpływ - westchnęła. - W dwójkę ciężej będzie nas ignorować.
Rozmawialiśmy jeszcze długo, aż do czasu, gdy gong obwieścił zbliżający się początek bitwy o sztandar. Kiedy ruszyliśmy z powrotem do zbrojowni, by stawić się na zbiórce, doszłam do wniosku, że Perseusz może być całkiem fajnym bratem. W końcu naprawdę byliśmy do siebie podobni. A skoro ja jestem super, to z nim nie może być inaczej, prawda?

***

Ogólnie rzecz ujmując, wszyscy jakoś bez fajerwerków przełknęli informację o tym, że moja i Percy'ego zbieżność nazwisk, zbieżnością nazwisk nie jest. Co prawda, żadne z nas nie biegało po Obozie z wielkim transparentem "PERCY I ALEX SĄ RODZEŃSTWEM", ale ta wieść rozeszła się jakoś naturalnie. Zresztą Luke domyślił się już wcześniej, zatem parę innych osób pewnie też do tego doszło. Z Lukiem co prawda znaliśmy się jak łyse konie, ale to akurat nieistotne. Percy miał rację - naszego podobieństwa nie dało się nie zauważyć.
Clarisse nie było nigdzie widać. To było co najmniej dziwne. Luke uprzedził mnie, że Annabeth ma plan, ale żeby się powiódł nie może mi go zdradzić. Super. A teraz na mnie oraz na Lee Fletchera pędziło trzech zwalistych i wściekłych synów Aresa.
- Załatwię to - oznajmił nonszalancko syn Apolla, nałożył na cięciwę strzałę i posłał ją w kierunku pierwszego osiłka. Trafił bezbłędnie między płyty pancerza, a tamten padł tak, jak stał.
Spoko, luz. To była strzała usypiająca. Poza drobnym siniakiem nic mu nie powinno być. 
Lee w taki sam sposób wyeliminował drugiego napastnika, a trzeciego osobiście poczęstowałam płazem miecza. Rozejrzeliśmy się czujnie dookoła. Luke miał ruszyć po sztandar razem z Annabeth, a my i pięć innych grup mieliśmy odciągnąć obrońców.
Tylko gdzie, na bogów, była Clarrise?
Właściwie tylko o nią się martwiłam, cała reszta raczej nie stanowiła większego problemu. Clarisse też była do pokonania, ale jej zajadłość względem mnie bywała dość kłopotliwa.
Jakby na złość, w tym momencie spod trawy wystrzeliły pnącza i obwiązały mnie ściśle, jakby była peklowaną wołowiną. Lee miał dokładnie ten sam problem, a żadne z nas nie miało jak sięgnąć do broni. Mój miecz był ściśle przywiązany do mojego tułowia. Zza drzewa wyszła jedna z córek Demeter. 
- No i pierwsi jeńcy złapani - zwróciła się do pokonanych przez nas przed chwilą dzieci Aresa, które właśnie odzyskiwały przytomność. Korzystając z jej nieuwagi, puściłam miecz, który upadł na ziemię. - Nie musicie dziękować.
Synowie Aresa ponieśli się nieco niepewnie, jednemu z nich na czole rósł właśnie ogromny guz. Odczułam z tego powodu ogromną satysfakcję. Podszedł do mnie i Fletchera, by zaprowadzić nas do celi dla zakładników. Cóż, przynajmniej miał taki zamiar.
Mój miecz miał jedną, ogromną zaletę. Kiedy nie miał kontaktu z moją dłonią po kilkunastu sekundach zmieniał się z powrotem w spinkę. Spinkę, którą wystarczyło odpowiednio obrócić i zapiąć, naciskając na nią stopą. Dobrze, że grunt nie był zbyt miękki.
Ostrze przecięło więzy, gdy miecz wrócił do swoich normalnych rozmiarów, a ja uchyliłam się przed rękami osiłka, który był jeszcze nieco oszołomiony. 
Porwałam miecz z ziemi, rozpłatałam kolejne wysłane w moim kierunku pnącza i ponownie zdzieliłam syna Aresa w to samo miejsce, co wcześniej, powiększając jego guza. Córka Demeter wysłała na mnie kolejne pędy, które rozcięłam, przecinając jednocześnie te więżące Lee, który natychmiast zrobił użytek ze swojego łuku usypiając dziewczynę, a ja szybko rozprawiłam się z pozostałymi dwoma napastnikami.
- Odeskortujesz ich? - spytałam, gdy pozbawiliśmy ich już broni. Fletcher kiwnął głową, a ja ruszyłam w głąb lasu na poszukiwanie Clarisse. 
Długo nie szukałam - jej gniewne posapywanie dało się słyszeć z kilometra. Ewidentnie dobiegało znad strumyka granicznego. Im byłam bliżej, tym wyraźniej słyszałam dźwięki walki. Przelotnie zastanowiłam się, kto jeszcze miał być w patrolu granicznym. Bo Luke chyba nie zostawił Percy'ego samego?
- Aaa! Ty idioto! Ty nędzny robaku! - Tak, to zdecydowanie była Clarisse.
Clarisse, która właśnie wylądowała na tyłku w strumyku wepchnięta tam przez mojego nieopierzonego jeszcze jako heros brata. Podbiegłam bliżej, nokautując dla porządku pozostałych czterech przyrodnich braci Clarisse, na wypadek, gdyby przyszło im do głowy coś głupiego. Ale bitwa zasadniczo dobiegała końca - z przeciwnej strony biegł ku nam Luke dzierżąc w dłoniach sztandar Aresa. Gdy tylko przekroczył środek nurtu, materiał zafalował i zmienił barwę z krwistej czerwieni na szarosrebrne barwy domku Ateny. Wygraliśmy!
- Dobra robota. - Tuż obok mnie pojawiła się znikąd Annabeth. Tak, ona i jej jankeska czapka-niewidka. - Clarisse złapała haczyk, wiedziałam, że będzie się chciała zemścić za te łazienki. Atena zawsze ma plan, mówiłam ci.
- Zrobiłaś z niego przynętę? - wykrzyknęłam, a woda wokół moich stóp wzburzyła się nieco. - A ja niepotrzebnie uganiałam się za nią przez cały las?
- Nie mogłam cię wtajemniczyć, żeby było wiarygodniej. - Sowiooka wzruszyła ramionami. - Wszyscy wiedzą, że jesteś najlepsza więc Clarisse i jej siepaczy zostawiamy tobie i Lukowi.
Dobra. To było prawie miłe. To prawie był komplement. 
Percy nadal stał w strumyku, a rana, która jeszcze przed chwilą mocno krwawiła teraz prawie zniknęła. Może mi się tylko wydawało? Annabeth miała chyba jednak też to zauważyła, a nawet miała jakąś teorię na ten temat, bo kazała Percy'emu wyjść z wody.
Na wnioski z eksperymentu nie było jednak czasu, bo gdzieś bardzo blisko rozległo się niepokojące psie wycie. Równie niepokojące były krzyki dobiegające z drugiej części lasu, w których szybko rozpoznałam głos Chejrona wzywającego nas do broni. Po starogrecku, co oznaczało, że było naprawdę niedobrze.
I w tym momencie na Percy'ego rzucił się ogromny piekielny ogar. Stworzenie, które absolutnie nie miało prawa się tutaj znaleźć. Chyba, że ktoś sprowadził je tutaj specjalnie.
Percy uskoczył, Annabeth krzyknęła, a ogar machnął ogromną łapą, rozdzierając zbroję mojego brata niczym chustkę do nosa. Upadł na brzeg strumienia, a ogar zamachnął się jeszcze raz. Widziałam, jak Chejron szykuje łuk do strzału, podobnie jak kilkoro dzieciaków od Apollina. Było pewne, że trafią.
Było też pewne, że potwór zdąży rozerwać w międzyczasie Percy'ego na strzępy, o ile ktoś mu nie przeszkodzi. Annabeth nie zakończyła jeszcze swojego okrzyku, w takim tempie wydarzyło się to wszystko. Byłam w stanie rozłożyć to na czynniki pierwsze tylko ze względu na typowe dla półboskiego dziecka ADHD.
Mimo to jedyne, co zdążyłam zrobić, to skoczyć pomiędzy Percy'ego a piekielnego ogara, przeciągając jednocześnie ostrzem gdzieś na wysokości potężnej klatki piersiowej potwora. To wystarczyło, by wyhamować jego impet, a moment później jego cielsko zwaliło się ciężko tuż obok mnie z tuzinem strzał wbitych w kark. Pięć sekund później rozsypał się w pył, jak na porządnego potwora przystało.
Zrobiło mi się jakoś słabo i klapnęłam tyłkiem do strumyka, podobnie jak Clarisse kilka minut wcześniej.
- Percy, jesteś ranny, właź do wody! - zawołała Annabeth, wypychając go do strumienia obok mnie. Widać, rozgryzła już to, co i mnie krążyło po głowie. Gdy tylko chłopak dotknął wody, jego rany zaczęły się zasklepiać. Czyli wcześniej nie miałam zwidów.
Swoją drogą, ja też czułam się znacznie lepiej. Jeśli by ktoś pytał.
- Słuchajcie, ja nie wiem... - speszył się Percy, gdy wszyscy zaczęli się na niego gapić. Ja również nie mogłam wyjść ze zdumienia, nawet nie zauważyłam, że zerwałam się na równe nogi.
Bo nad głową mojego brata pojawiło się to. Znak.
I to nie byle jaki. 
To był trójząb. Symbol Posejdona. Pana Mórz. Wstrząsającego Ziemią i tak dalej.
Posejdona, który właśnie się przyznał, że Percy jest jego dzieckiem.
Wszyscy przyklęknęli z szacunkiem, a Chejron oznajmił uroczyście:
- Witaj Perseuszu Jacksonie, synu Pana Mórz.
Nie mogłam się powstrzymać i sama spojrzałam w górę, gdzie niebieskawy trójząb właśnie rozpływał się powoli w powietrzu. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Przestrzeń nad moją głową wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych trójzębów, nawet głupiego widelca. Muszli, koni ani rybek też nie.
Nikt, zdaje się, nie zauważył zawodu wypisanego na mojej twarzy. Obozowicze zaczęli się rozchodzić, poklepując Percy'ego po plecach. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mi myśl, że to w sumie bardzo niedobrze, że to akurat Posejdon okazał się jego ojcem. Ale nie poświęciłam jej zbyt wiele uwagi. Stałam dobrych kilka minut w bezruchu, a strumień obmywał mi nogi aż do kolan. Nie został nikt. Nikt, kto zainteresowałby się faktem, że z dwojga rodzeństwa, tylko jedno zwróciło uwagę boskiego rodzica.
Ta sytuacja miała jedną dobrą stronę. Teraz przynajmniej wiedziałam, który z bogów jest moim ojcem. Szkoda tylko, że ten nie uznał, że jestem wystarczająco godna, by nazywać się jego córką.
______________
Tak właściwie do pisania tego rozdziału pchała mnie głównie ostatnia scena, ale z całej reszty też jestem dumna. Tak poza tym to jestem w szoku, że bracia Hood nie są bliźniętami. Trochę to popsuło mi szyki, ale z grubsza udało mi się wybrnąć.
Gotowi na dalszą porcję potworów?
PS: Formatowanie oczywiście w ostatnim fragmencie musiało się rozjechać. Co złego to nie ja!